sobota, 6 kwietnia 2013

Król Bezmiarów - czyli co nieco o powieści, która w 1992 roku dostała Zajdla

"Ja cię jeszcze nauczę Kresa czytać!" - do dziś pamiętam te groźnie brzmiące słowa wypowiedziane przez Żabę nad moją walizką, zanim z krakowskiego Płaszowa wróciłam do stolicy [administracyjnej, miano kulturalnej wciąż według mnie nosi Kraków]. Kumak wrzucił mi wówczas "Prawo sępów" oraz opiniowanego przeze mnie "Króla Bezmiarów" - powieść uhonorowaną Nagrodą Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla w roku 1992.

Młoda, jednooka dziewczyna o imieniu Ridareta zostaje pojmana w jednej z łapanek zorganizowanych przez pirackiego kapitana Rapisa. Brak jednej gałki ocznej skutecznie uniemożliwia sprzedanie jej za dobrą cenę, zatem pozostaje ona na statku pirackim, oficjalnie jako nałożnica zastępcy Demona Walki [Rapisa]. Pewnego dnia sięgnie jednak demoniczny kapitan po własność swojego oficera i odkryje straszną tajemnicę, która łączy go z jednooką...

W moje ręce dostał się egzemplarz pochodzący z roku 1992, wydany przez wydawnictwo Aurora, nie będący wówczas drugim tomem sagi "Księga całości". W domu posiadam również poprawione przez autora wydanie MAGa z roku 2003, ale do niego ustosunkuję się później, gdy wezmę się za czytanie całej serii.
Powracając jednak do wydania Aurory, mam mieszane uczucia. Ogólnie podoba mi się oldschoolowa okładka wyglądająca nieco jak obraz na płótnie. Tylko wąż morski jest jakiś naciągany, wyglądający trochę jak kaczka z rozdziawionym dziobem. Takie dziwne odczucie napływa przy spojrzeniu na [jakże zamerykańszczenie nazwany] cover design Marka Górnisiewicza. Nie sądzę jednak, żeby autor okładki musiał jakoś szczególnie się kajać.
Kajać za to powinno się wydawnictwo za brak korekty: byk za bykiem, nawet po kilka literówek na stronę. Nie wiem jak innych, ale mnie takie "babole" wytrącają nie tylko z rytmu [jak już się w akcję wciągnę], a także z równowagi. Od smarkacza ojciec powtarzał mi, że jeśli coś robię, powinnam zrobić to porządnie. Tymczasem wydawnictwo wzięło pieniądze za coś, co pod względem korektorskim skopało kompletnie. A myślałam, że takie wpadki korektorskie to domena współczesnych wydań - jak widać nie tylko.

I tu ludzi, którzy ewentualnym spojlerem mogą poczuć się urażeni, przepraszam z góry. Przyznaję się - postaci Ridarety oraz jej dwóch córek/ sióstr pod sam koniec zaczęły mi się mieszać i tańcować przed oczami jak w kalejdoskopie. Autor wprowadzał opis sceny, w której występowała jedna z nich, jednak nie zaznaczał, o którą mu chodzi. Nie wiem, może zbyt mało skupiłam się nad tą powieścią. Mam jednak [nie do końca] cichą nadzieję, że autor zajął się tym aspektem podczas nakładania poprawek [zaznaczam po raz kolejny, że wytłukuję palce na klawiaturze nad wersją nie poprawioną].
Nie mam jednak zamiaru na tej powieści jedynie psów wieszać, nie jest ona przecież [wymagającym jedynie sprasowania] papierem toaletowym. Wybaczcie dosadność, ale takie wrażenie mógłby odnieść ktoś, kto doczytał moje wypociny do tego momentu. "No dobra", mógłby zakrzyknąć. "a jednak to przeczytałaś!" Ano, przeczytałam. I stwierdzę nawet, że szarpnęłabym się na sagę "Księga całości" z kilku prostych powodów.
Po pierwsze, bardzo spodobał mi się język autora. Napisana w 1992 roku powieść różni się językowo od poczytywanych przeze mnie "na boku" Kresowych felietonów z "Galerii dla dorosłych" [wydanej przez Fabrykę Słów w 2010 roku]. Minęło wiele lat, a rzadki rubin zwany Pisarskim Talentem uległ oszlifowaniu, zeszlachetniał. U "młodego Kresa" [że tak pozwolę sobie zuchwale napisać] zachwyciły mnie dynamiczne opisy oraz przemyślane dialogi. Brzmi powszednio? Pokuszę się o zacytowanie, może kogoś przekonam.

Stojący nieruchomo na rozkołysanym pokładzie Raladan przebiegł spojrzeniem niskie niebo i ogarnął morze wokół statku. Przykuł jego uwagę czarny punkt na północnym zachodzie. Zmarszczył brwi i wytężył wzrok.
Potężny wiatr szarpał żagiel.
Czas mijał.
Majtkowie nie bacząc na bryzgi słonej wody, zaczęli skupiać się przy bakburcie. Wreszcie wszyscy porzucili zajęcia i w skupieniu śledzili czarną plamkę. Bo nie była już punktem. Przybliżała się za szybko. Zbyt szybko, jak na okręt, zbyt szybko, jak na morskie zwierzę, o wiele, o wiele za szybko... ["Trzy córki Demona Walki", rozdział IX, strona 62-63]

- To ty jesteś, córuchna? Możeś ty i piękna, ale ja tam tego nie widzę.
- Myślałam, że odwiedzi mnie kapitan Brorrok, a nie jakiś pierdliwy dziadek - powiedziała spokojnie, zakładając ręce do tyłu. - Ale trudno. Czego chcecie, ojczulku? Wsparcia?
Zaległa cisza.
- O, do stu kurew - rzekł Brorrok.
Odwrócił się do swoich.
- Hola, kapitanie!
Pilot rozsunął majtków i postąpił naprzód. Starzec spojrzał na niego i zmarszczył brwi, zaskoczony.
- O, do stu... Ślepy Raladan, niech mnie powieszą... Co robisz w tym śmietniku, gadaj! Sprzątasz?
[strona 155]

Jak widać, Kres kolejnej idyllicznej "Małej Syrenki" nie tworzy, czym zyskał sobie moje uznanie. Każda z jego postaci ma jakieś zalety i wady i - na szczęście - daleko im do przepięknie uśmiechających się postaci, których tabory starają się przeforsować niektórzy twórcy. Nie wszyscy muszą być przecież śliczni jak z okładek kolorowych czasopism, wystarczy rozejrzeć się na ulicy. Nie wiem, czy to współczucie, czy cokolwiek innego, ale odczuwałam pewną dozę sympatii do jednookiej Ridy, dziewczyny z początku kierowanej przez ślepy los, później biorącej go we własne ręce.

"Król Bezmiarów", jak już wspominałam, przyniósł swojemu twórcy w roku 1992 bardzo poważne wyróżnienie, jakim jest Nagroda Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla [popularnie zwana "Zajdlem"] przyznawana co roku podczas trwania konwentu Polcon. Tak więc do przeczytania owej powieści, poza namowami pewnego Kumaka z Krakowa, popchnęła mnie ciekawość. Równolegle nominowana do tej nagrody została powieść "Zabijcie Odkupiciela" Grzegorza Drukarczyka wydana z ramienia wydawnictwa Stalker. Owa książka jakoś bardziej do gustu mi przypadła i gdybym w tym magicznym roku 1992 nie miała lat 3, to prawdopodobnie swój głos oddałabym właśnie na nią.

Podsumowując ze swojego punktu widzenia [bardzo silnie zależnego od punktu siedzenia], "Król Bezmiarów" [wersja bez poprawek, pierwsza opublikowana powieść autora] jest tekstem dobrym, nadającym się do poczytania, jednak według mnie za słabym na wyróżnienie. Trzeba jednak książce przyznać, że zaochociła mnie na sięgnięcie po cały cykl oraz konfrontacji wydania z roku 1992 z tym, które zaproponował nam MAG. Szkoda tylko, tak na marginesie, że cykl nie mający szans za zakończenie, gdyż Feliks W. Kres w roku 2011 zadeklarował, że porzuca pisanie. Akurat przed napisaniem ostatniego planowanego tomu!

Król Bezmiarów
autor: Feliks W. Kres
wydawnictwo: Aurora
data wydania: 1992
cena: obecnie oscylująca w granicach 7 zł, brak ceny okładkowej
moja ocena: 3/5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.