piątek, 3 maja 2013

Czerwona Gorączka - zbiorek opowiadań bez Wędrowycza

"Czerwona gorączka" autorstwa Andrzeja Pilipiuka jest jednym z tych zbiorów opowiadań, w którymi nie uświadczymy Jakuba Wędrowycza - bimbrownika, hieny i warchoła, którego rzesze czytelników [między innymi i ja] pokochały miłością wielką i - niestety najprawdopodobniej nieodwzajemnioną. W skład owej antologii wchodzi 11 opowiadań.

Zbiór otwiera tytułowe opowiadanie "Czerwona gorączka". Pojawia się w nim znany czytelnikom już z antologii "2586 kroków" doktor Paweł Skórzewski, wędrujący lekarz. Tym razem zostaje on wplątany w komunistyczną intrygę i otrzymuje zadanie odkrycia istoty tajemniczej choroby. Oczywiście nie robi tego dla zysku, a z chęci przeżycia i wydostania się na wolność. W krótkim czasie dochodzi do zaskakujących rozwiązań.
Poczytuję to opowiadanie jako jedno z lepszych w tej książce. Czytało mi się je wyjątkowo szybko i łatwo, z uśmiechem na twarzy. Po prostu lubię sposób, w jaki Pilipiuk kreśli historie alternatywne związane w jakikolwiek sposób z Rosjanami. Co prawda moim faworytem w tym temacie pozostają "Pola trzcin" z Wędrowyczowego zbioru "Wieszać każdy może", ale "Czerwona gorączka" - choć nie wywołuje salw śmiechu, w odbiorze jest bardzo łatwa i przyjemna. Prosta i przewidywalna w swej fabule, a jednak zrobiona z pomysłem na przedziwną chorobę i jej zaskakujące objawy. Dobra historia przyprawiona tak jak lubię.

"Pani się na mnie uwzięła" - tak zazwyczaj swoje niepowodzenia szkolne tłumaczą rodzicom uczniowie. Z reguły jest to sposób usprawiedliwienia się ze złej oceny, czy uwagi dotyczącej niepokornego zachowania na lekcjach. Ale co jeśli nauczycielka to rzeczywiście złośliwa małpa dowartościowująca się gnębieniem swoich uczniów? Poznajcie panią profesor Gruszczyńską, tytułową "Gruchę", nauczycielkę historii skutecznie zabijającą w młodzieży chęć do nauki tego przedmiotu. Dowiadujemy się o niej z relacji jednego z uczniów, chłopaka o nazwisku Ciachorowski. Kiedyś nawet lubił historię, ale pani profesor skutecznie go z tego wyleczyła. Bohater dziwi się, że jego kolega z ławki, Tomek Neborak, wciąż z pasją czyta "Archeologię prawną Europy". Ci dwaj stali się dla pani Gruchy kozłami ofiarnymi. Co lekcję jeden z nich był wypytywany i nie ważne, co by powiedział, i tak dostawał jedynkę. Drugą za próbę dyskusji z nauczycielem. Pewnego dnia do tablicy został wywołany Tomek, znawca tematu wojen ze Szwecją za czasów Władysława IV. Oczywiście "zmyślał", a za podanie źródeł swojej wiedzy otrzymał kolejną niedostateczną, zaś jeszcze następną za opuszczenie pomieszczenia lekcyjnego bez zezwolenia nauczyciela prowadzącego przedmiot. Nikt się wówczas nie spodziewał, że chwilę później miało dojść do tragedii...
"Grucha" od początku nie pasowała mi do tej antologii - następuje gwałtowny przeskok między nim, a "Czerwoną gorączką". Nie ma tu już tajemniczej choroby, jest za to psychopatyczna pani profesor o wąskich ambicjach - awansu zawodowego bez względu na wszystko. Tylko nie zrozumcie mnie źle - polubiłam ten tekst od razu, od momentu przeczytania pierwszych słów na ławce w zalanym słońcem parku. Pierwszą myślą było: "Jeny, podrzucę to naszej pani od pedagogiki wczesnoszkolnej z elementami pedagogiki specjalnej, akurat omawiamy na tym przedmiocie podobne zagadnienia". I wiecie co, dam jej "Gruchę" do przejrzenia.

Odnoszę wrażenie, że Pilipiuk lubi łączyć kolory z nazwani chorób i dolegliwości. Była już "Czerwona gorączka", nadszedł czas na "Błękitny trąd". Zastanawiałam się co też może być następne w serii - "Żółta grypa"? "Zielona ospa"? Czy przejdziemy przez całą tęczę, czy też pozostaniemy przy niemal matrixowym "Neo weź pigułkę", tylko czerwoną czy niebieską?
Były dziesiętnik Dysy o imieniu Meff oczekuje w celi na egzekucję. Nie spędza tego czasu rozpamiętując całego swojego życia, nie rozdzwaniają się dzwony akompaniujące Bruce'owi Dickinsonowi przy piosence "Hallowed be Thy name". Jego ostatnim pragnieniem jest napić się piwa.
Jednocześnie w Czerwonej Dolinie [chyba jednak pozostanę przy "Matrixie"] wybucha tajemnicza epidemia - informatorzy podejrzewają pojawienie się błękitnego trądu - tajemniczej, nagłej choroby powodującej odpadanie kończyn i członków z dnia na dzień oraz szybką śmierć. Praktycznie nikt ani nic nie jest nań odporne, wyjątek stanowią krasnoludy zamieszkujące sąsiednie tereny. Zdesperowany władca krainy postanawia wysłać na miejsce Meffa, który cudem uniknął śmierci, by dobił chorych oraz spalił szczątki ich i poległych już mieszkańców i zapobiegł rozpowszechnianiu się zarazy.
Do opowiadania podeszłam z pewną rezerwą. Pilipiuk zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników do historii snutych w światach równoległych będących nieraz bardzo krzywym zwierciadłem odbijającym naszą rzeczywistość. Tutaj natomiast otrzymujemy dziwny, toczony chorobą świat fantasy, w którym ludzie konkurują z krasnoludami. Po lekturze "Galerii dla dorosłych" Kresa zrobiłam się wyczulona na wszelakie motywy elfów, krasnoludów i smoków, zapala mi się czerwona lampka. Tak też było w tym przypadku - opowiadanie po prostu mi nie podeszło, a krasnoludy dobiły gwóźdź do trumny. Komuś może się spodobać, ale ja preferuję Pilipiuka w wydaniu, do którego przywykłam.

Moją ciekawość - z racji miejsca urodzenia - rozbudzało opowiadanie pod tytułem "Silnik z Łomży" nawiązujące do zdarzenia traktowanego przez wielu mieszkańców grodu nad Narwią jako farsa, idealnej pożywki dla zapalonych poszukiwaczy teorii spiskowych.
Dziennikarz lokalnej gazety finansowo znajduje się głęboko pod kreską. Zaszalał z drogim prezentem dla kobiety, z którą znajomość okazała się niewypałem. Idealnym rozwiązaniem dla niego byłoby napisanie chwytliwego artykułu. Okazja zdaje się [dosłownie] spadać z nieba - podczas przechadzki po mieście dziennikarz spotyka dwóch zdenerwowanych emerytów. Duży Fiat jednego z nich został zniszczony przez rurę z ruskimi napisami dumnie wylegującą się na siedzeniu. To jest to! Idealny pomysł na tekst, który wstrząśnie opinią publiczną!
Jak już wspomniałam, tekst ten oparty jest na autentycznym wydarzeniu. W roku 2006 z nieba na zaparkowany na jednym z parkingów samochód marki Nissan spadł niezidentyfikowany obiekt metalowy. Niektórzy dopatrywali się w tym elementu silnika samolotu, który akurat mógł przelatywać nad miastem. Atmosferę podgrzewała również wiadomość o sporym kawałku żelastwa znalezionym na łąkach na Grobli Jednaczewskiej, wedle plotek będącą resztą silnika samolotu-widno.
Po wnikliwym śledztwie okazało się jednak, że oba kawałki metalu pochodziły ze skupu złomu mieszczącego się w centrum Łomży, tuż obok dworca PKS i niedziałającej już od wielu lat stacji PKP. Pracownik zeznał, że w trakcie cięcia poczuł na plecach dziwne ciepło, a chwilę po tym materiał - zapewne sprzedany przez jakiegoś złomiarza jako pozbawiony substancji wybuchowych - wyfrunął w powietrze. Zamaracha na całego - sprawdzanie terenu złomowiska przez saperów, policyjne śledztwo, nagonka dziennikarzy z brukowców i tworzenie wielu historii o podłożu spiskowym. I chociaż okazało się, że nie były to części żadnego samolotu, lecz fragment pocisku z II Wojny Światowej, do dziś można usłyszeć wersję o spadającym kawałku samolotowego silnika.
Pilipiuk pozmieniał ową historię, dopasował ją do swoich założeń - w porządku, nie on jeden przecież luźno opiera się o przekazy i wokół niej tworzy swoją fabułę. Gryzie mnie natomiast fakt, że autor nie używa żadnych nazw geograficznych związanych z Łomżą. Bohater "szedł przez miasto" - ale którędy? Czy starówką obok Klasztoru Ojców Kapucynów? Czy może Aleją Piłsudskiego od strony szpitala? Chyba jednak kręcił się po starówce - jeśli dobrze pamiętam, to właśnie tam znajdował się najpopularniejszy [o ile nie jedyny wówczas] ogródek piwny. Redakcja bulwarówki głównego bohatera też powinna znajdować się w okolicach "Placu Czerwonego" [nazywaliśmy tak przestrzeń naprzeciwko ratusza ze względu na kolor kostki brukowej]. Kolejna sprawa - informator bohatera, "cieć  ze szpitala dla umysłowo chorych". W Łomży nie ma tego typu placówki. Jest oddział psychiatryczny w szpitalu im. kardynała Stefana Wyszyńskiego, jednak trudniejsze przypadki kierowane są do Choroszczy nieopodal Białegostoku. Założę się o piwo [z nieletnimi o sok marchwiowy], że autor nie był nigdy w moim rodzinnym mieście. Dlaczego? A mało już wypunktowałam?

Już bardziej podobał mi się "Zeppelin L-59/2", historia sterowca wyciągniętego z mułu na dnie jeziora. Wrak z rąk polskich archeolog momentalnie przechodzi w niemieckie i zostaje poddany gruntownej renowacji. Polski odkrywca nazywający się Paweł Holtz otrzymuje propozycję, by wziąć udział w wyprawie do Tanganiki, śladami przodków zza Odry. Sprawiający wrażenie nowego Zeppelin, nowe mundury stylizowane na wojenne - taka szalona rekonstrukcja bez osiadłej na błoniach publiki. W trakcie lotu dochodzi do niewyjaśnionych z punktu widzenia logiki wydarzeń.
Opowiadanie rozbudzało we mnie niemal "strach przed lataniem i głód doświadczeń", zupełnie jak w piosence Myslovitz "Mieć czy być", coraz silniej rozwijającą się fascynację nieużytkowanymi już maszynami. Również sposób przenikania się obu rzeczywistości spojonych ze sobą lotem do Tanganiki [z pozoru o charakterze charytatywnym] sprawiał, że czytało mi się to opowiadanie niezwykle szybko i miło.

Pamiętacie czasy, gdy Józef Piłsudski napadał na pociągi? Pewnie niewielka grupka z ludzi odpowie twierdząco. Jednym z takich ludzi jest "Wujaszek Igor", staruszek będący weteranem obozów pracy ze Związku Radzieckiego, obecnie zawiadowca na stacji między Kielcami a Radomiem, zajmujący się pompą wodną. Wobec panującego ustroju komunistycznego stara się zachować zdrowy dystans i robić to, do czego został powołany, jednak szuja w postaci agenta Piotrowskiego nie uprzyjemnia mu obowiązków. Ubek został przysłany na stację w celu zatrzymania tajemniczego pociągu-widmo będącego kopią konduktu Marszałka, za którego sterami podobno stoi sam Józef Piłsudski, nieżyjący już od dobrych paru lat.
Opowiadanie długie, skonstruowane na kształt postkomunistycznego filmu akcji jest bardzo miłe w odbiorze.  Niekiedy powiewa grozą, niekiedy kryminałem, niekiedy kinem typu B - świetny tekst na koniec ciężkiego dnia, gdy człowiek chce odprężyć się i odpocząć.

Dziwnym opowiadaniem wydało mi się "Po drugiej stronie". Warszawski łowca antyków odnajduje na gazecie jednego z alkoholików wystawiających się pod Halą Mirowską drogocenną chińską szkatułkę - zapuszczoną, brudną i sprawiającą wrażenie plastikowej. Ambicją mężczyzny stało się oczyszczenie jej, otwarcie i przywrócenie niezwykłej rzeczy dawnej świetności. Kolekcjoner nie wiedział wówczas jakie konsekwencje poniesie za sobą otwarcie tego malutkiego pudełeczka... Istna Puszka Pandory przeniesiona w nasze realia...
"Po drugiej stronie" w moim odczuciu jest niestety średnie. Pilipiuk ciekawie budował intrygę od samego początku, od pojawienia się tajemniczego antyka, odwołał się do grupy chińczyków dawniej zamieszkujących Warszawę, zamieszał ze sprawą skradzionej broszki. Tempo narastało, akcja gnała - czytało się naprawdę super. A potem pojawiło się kilka akapitów gwałtownie wstrzymujących akcję, jak ściana szkoły, na którą wpadają dzieciaki nie potrafiące wyhamować. Kilka akapitów będących deja-vu, w moim odczuciu powstałych w wyniku dwóch skrótów klawiaturowych: "Ctrl+C", "Ctrl+V". Przeleciałam po owych paragrafach wzrokiem, ale nie wczytywałam się. Nie lubię takiego powtarzania.

Pamiętam jak kiedyś pani od WOSu na spółkę z panią z religii [chyba się kobiety na wspólnej herbacie w pokoju nauczycielskim zgadały] straszyły nas, że wyznawcy islamu zalewają Europę i stanowią zagrożenie dla tradycji kraju, do którego się udają. Jest to temat na czasie, obserwujemy przecież konflikty co jakiś czas pojawiające się w mediach niemieckich, francuskich, czy australijskich. A to zakaz noszenia chust, a to kwestia przystosowania się do kultury rdzennych mieszkańców. A co jeśli muzułmanie przejęliby władzę w Polsce i urządzili ją na swoją modłę? W opowiadaniu "Gdzie diabeł mówi dobranoc" możecie się przekonać jak takową ewentualność wyobraża sobie autor. Ogólne zacofanie technologiczne i kulturowe, handel niewolnikami, podział na kasty, ataki terrorystyczne organizowane przez obywateli Eurabii [już sama nazwa przeraża], piekielnie wolno działający transport publiczny, powszechne łapówkarstwo, zwalczanie nielegalnie działających mniejszości religijnych - wszak tylko "jedyna, słuszna wiara" jest legalna. Właśnie w takie środowisko dostaje się dwóch amerykańskich przedstawicieli korporacji mającej na celu wynegocjowanie zgody na wydobycie surowców. Podróż przez Polskę okazuje się dla nich istnym koszmarem, nadmiarem papierkowej roboty, potrzebą uzyskania zgody na każdy krok, niemożliwośćią walki z zabobonem [strach mieszkańców przed wyższą technologią i niemożność przekonania ich do przewiezienia aparatury]. Gorzej niż miejsca, gdzie "wrony na ręcznym zawracają".
Nie podeszło mi to opowiadanie. Ekspansja islamu przeraża mnie, głównie ze względu ich brak tolerancji wobec wszelakiej inności, sposobu traktowania kobiet w środowiskach ortodoksyjnych [znanych czytelnikom między innymi z książkowych świadectw typu "Spalona żywcem"]. Nie wiem jak będzie wyglądała sytuacja Kościoła [traktowanego jako instytucji religijnej] w Polsce za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, nie zastanawiam się nad tym. Każdy niech ma swoje "dydy" i niech je wyznaje bez deptania innym po odciskach.

"Piórko w żywopłocie" wyleciało mi z głowy zupełnie, nie zrobiło na mnie wrażenia. Wstyd się przyznać, to jedyne opowiadanie, o którego przebiegu akcji nie mogłam powiedzieć czegokolwiek patrząc na sam tytuł. Jedna z historyjek w zbiorze, według mnie z tych słabszych. Nie zapada w pamięć, nie intryguje. Trop za fałszerzami amerykańskiej waluty wiedzie do Polski, do Warszawy. Zwierzchnik naszego bohatera, krajana pracującego jako agent CIA, wysyła go do samego źródła, by odszukał jak najwięcej informacji na temat produkcji przedziwnego izotopu złota, z którego odlano podróbkę dwudziestodolarówki. Trop poniesie bohatera w kierunku Okęcia, gdzie znajduje się tajemniczy ogród... Tyle jestem w stanie napisać po ponownym przekartkowaniu historii, przeczytaniu fragmentów. Intryga nie wciągnęła mnie zupełnie, ba - zmęczyła. Zupełnie jak informacje traktowane przez uczniów popularną metodą "3Z" [zakuć, zaliczyć, zapomnieć]. Nie, to nie utwór dla mnie.

Ciekawie natomiast została przeprowadzona "Operacja >>Szynka<<", historia prześmiewcza ukazująca realia okresu przedświątecznego w PRLu. Wedle wszelakich prognoz na Święta około miliona polskich rodzin nie uświadczy na swoich stołach szynki. Poważne uchybienie statystyczne, z którym na gwałt trzeba coś zrobić. Tylko co? Rozwiązaniem kuriozalnym, ale jedynym realnym [i tak głupim, że chyba tylko komunistów byłoby na takie coś stać] wydaje się cofnięcie się w czasie i ubicie ogromnej ilości mamutów i odpowiednie zabezpieczenie ich mięsa, by w Polsce nie doszło do przymusowego przerobienia części ludności na wegetarian. W sprawę zostaje wciągnięty dobrze nam znany Tomasz Olszakowski - zapalony archeolog, pojawiający się między innymi w zbiorze opowiadań "2586 kroków". Jest to również pseudonim artystyczny Andrzeja Pilipiuka, pod którym wydawał książki z serii "Pana samochodzika".
Po usypiającej mnie historii "Piórka w żywopłocie", "Operacja >>szynka<<" stała się ukojeniem dla mojego odpływającego w piękne krainy umysłu. Pamiętałam opowieści rodziców o lokatach wyżej procentowanych niż kredyty, o wielu dziwnych zakazach i nakazach. Sama rzeczywistość PRLu wyłaniająca się z ich anegdotek wydaje mi się wyjęta z innej, jakże odległej galaktyki.  Kto by pomyślał, że ten groteskowy okres można jeszcze bardziej ujaskrawić. Tak, to zdecydowanie autorowi się udało.

Zbiór zamyka opowiadanie "Samolot von Ribbentropa", kolejna próba opowiedzenia historii na nowo wedle popularnej maksymy "co by się stało gdyby...". Pójdźmy więc tym tropem. Co by się stało gdyby dokument potwierdzający pakt Ribbentrop-Mołotow trafił w ręce polskie? Według autora nasze państwo wypowiedziałoby wówczas wojnę III Rzeszy i wygrałoby ją. Chwalebne zwycięstwo zostałoby uwiecznione w świadomości narodu za pomocą filmu z obsadą najpopularniejszych polskich aktorów. Krótko przed kolejną rocznicą dziennikarz o imieniu Paweł wszczyna zawodowe śledztwo na temat wraku samolotu, który wiele lat wcześniej przez przypadek zobaczył w zamkniętej dla turystów hali. Maszyna nigdy nie została pokazana publicznie i stanowi jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic. Dlaczego? Odpowiedź poznacie po przeczytaniu opowiadania, nie chcę psuć zabawy.

Wobec całej antologii mam mieszane odczucia. Z jednej strony cieszą mnie ilustracje Grzegorza i Krzysztofa Domaradzkich, pięknie pocieniowane, dopieszczone, idealnie [w moim odczuciu] oddające klimat przedstawianych opowieści. Nie ukrywam - bałam się zobaczenia w tej książce grafik Andrzeja Łaskiego, pasujących mi jedynie do cyklu o Wędrowyczu, czy o PRLowskich wampirach, za to potwornie przeszkadzających mi w cyklu "Norweski dziennik". Bardzo fajnym krokiem ze strony wydawnictwa jest również nadrukowanie na narożnikach każdej strony czerwonej mgiełki, zdecydowanie podnoszącej wizualną atrakcyjność owego zbioru. Z drugiej strony poziom opowiadań wydaje mi się zbyt mocno zróżnicowany i niekiedy brakuje mi w tych tekstach "czegoś" nienazwanego.

Czerwona Gorączka

autor: Andrzej Pilipiuk
tegoż autora takżeKuzynkiNorweski dziennik, tom 1. Ucieczka,
wydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania: 2007
cena okładkowa: 29,99

moja ocena: 3/5

1 komentarz:

  1. Łał :) niezła recenzja naprawdę chociaż dla mnie trochę za długa :) ale przeczytałem :) a książka dla mnie wspaniałą chociaż lepsze są "2586 kroków" albo "Rzeźnik drzew".

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.