poniedziałek, 13 maja 2013

Karaibska krucjata. Płonący Union Jack - "Mgła spowiła statek, gdy szło do świtania. A więc nikt nie odkrył, że ktoś ich dogania."

Skoro już fale wyrzuciły Was na mój brzeg, rozsiądźcie się wygodnie - gdzie się komu żywnie podoba. O tak, byle z dala od papugi - strasznie klnie jak ją jakieś szczury portowe wnerwią. Wszyscy siedzą? No dobra. No to coś Wam opowiem, taką piracką historyjkę. Że piracka nie pasi? A korsarska? No dobra, to dzisiaj będzie o korsarzach...

Poznajcie Williama "Billy'ego" O'Connora, faceta uważającego siebie za pechowca. W całym jego nudnym życiu pojawiają się, niczym gromy z jasnego nieba, wydarzenia przełomowe, zwalające z nóg. Gdy przeminą, powraca monotonia. Jednym z takich znamiennych wydarzeń w jego życiu była bitwa ledwo trzymającego się brytyjskiego liniowca "Mercury" z dwiema hiszpańskimi fregatami - "Nuestra Senora" oraz "Santa Maria Magdalena". William, jak łatwo się domyślić, jest trzecim oficerem Royal Navy i niezbyt uśmiecha mu się śmierć na ledwo pływającej krypie. Dołóżmy jeszcze o tego kapitana Hawke, dalekiego od szlachetnej idei umierania na swoim statku w chwili ostatecznej klęski - Billy zastaje go w trakcie próby popełnienia samobójstwa. Pełen gniewu i pogardy oficer pozbawia życia swojego dowódcę, po czym sam przejmuje władzę nad ogarniętym chaosem statkiem. Od teraz losy bitwy z Hiszpanami zależą od jego decyzji. Rozpęta się piekło, a przerażona załoga jeszcze długo będzie opowiadać, że w ich nowego kapitana wstąpił jakiś diabeł...

"Karaibska krucjata. Płonący Union Jack" to pierwszy tom dylogii autorstwa Marcina Mortki - pisarza [między innymi cykl "Miecz i kwiaty"] oraz tłumacza [między innymi "Wojna w blasku dnia"]. Sama powieść, czerpiąca swe źródło podobno z odbywających się zimą roku 2003 sesji RPG, to szalony, ale według mnie jakże udany, miks historii i popkultury. Na tle wydarzeń [łupienie statków hiszpańskich przez jednostki Royal Navy] i miejsc historycznych [Port Royal, Tortuga] przewijają się ciekawie skonstruowane fikcyjne postacie. Sam William "Billy" O'Connor jest mężczyzną zbyt podatnym na wdzięki pojawiających się na horyzoncie kobiet, wybuchowym i nie zawsze dającym wiarę załodze, ale za to bardzo uzdolnionym strategiem. Orędownik sprawiedliwośći na mocy listu kaperskiego służący Francuzom, gotów też służyć Hiszpanom, byleby tylko już nie być pod rozkazami brytyjskimi. Dlaczego nie, w końcu O'Connor jest oficerem Royal Navy - wielu by zapytało. Ano, jak byście byli wówczas na HMS "Mercury'm" i poczuli się paskudnie zdradzeni, też byście zrezygnowali z radosnej perspektywy gięcia karku "pod Elżbiety ręką ku wielkiej chwale Brytanii". Momentami, w trakcie lektury książki, zastanawiałam się, czy William - wraz ze swoją naiwną słabością do płci pięknej i mocno wbudowanym poczuciem sprawiedliwości -  nie jest przypadkiem pierwowzorem Gastona de Baideaux, bohatera trylogii "Miecz i kwiaty". Takie moje odczucie.

Wspomniałam również o popkulturze, bardzo pojemnym naczyniu, z którego można czerpać pełnymi garściami i w ten sposób ubogacać swoje dzieło. W moim odczuciu prym wiedzie buldog jorkszyrski o imieniu Winston, zwierzęcy samiec "alfa" na pokładzie statku Magdalena, próbujący okazywać swoją dominację przez gwałcenie nogawek załogi. Pies obronny jako się zowie, no ale... "Winston jest dzielnym wojownikiem. Będzie walczył na plażach, będzie walczył na wzgórzach i na ulicach. Winston nigdy się nie podda." [strona 288] Nie wyrobiłam, parsknęłam śmiechem i zgorszyłam kilkoro współpasażerów na trasie Białołęka- Centrum. Trudno, jeśli przeczytają, zrozumieją o co mi chodzi. Co rusz rozśmieszał mnie również czarnoskóry Bambo, niezbyt rozgarnięty członek załogi wyrażający się podobnie do Sienkiewiczowskiego Kalego. Był też pan Dolittle i wielu, wielu innych - nie pomijając nawet samego Jacka Sparrowa! Karaiby... Było to do przewidzenia, a jednak nie boli. Ba, w moim przypadku wywołało kolejną salwę śmiechu.

"Karaibska krucjata. Płonący Union Jack" zaskoczyła mnie pozytywnie. Spodziewałam się fanfiction rodem z "Piratów z Karaibów", a otrzymałam książkę ciekawą, lekką i - co najważniejsze - pełną intrygujących pomysłów autora zgrabnie poruszającego się w temacie popkultury. Miłe czytadło uprzyjemniające wypoczynek. Kiedyś miałam na swoim pokładzie pierwszy tom w wersji zaproponowanej przez warszawską Runę, ale jego okładka odrzucała mnie przy każdym zdejmowaniu książki z półki. Bohater o zaburzonych proporcjach trzymający kwadratowe "coś" przypominające kolorami przejrzałe mango, przerośnięta papuga w niebieskim płaszczu szytym na modłę Zorro, czy murzyn w moim odczuciu będący nędzną podróbką Samuela L. Jacksona z "Sekcji 8" na pokładzie malutkiego stateczku zniechęcali mnie do lektury skutecznie. Wiem, "nie ocenia się książki po okładce", ale postrzegam siebie jako kolekcjonera z głęboko zakorzenionym poczuciem estetyki i dlatego pozbyłam się wersji Runy jak najszybciej się dało. Podejrzewam, że mało kto jest w stanie takie bohomazy znieść. Wiem, sama ładniej nie potrafiłabym narysować, ale nie biorę za swoje bazgroły pieniędzy - jedynie porysuję parafrazując popularną maksymę "śpiewać każdy może".
Wznowienie książki przez Fabrykę Słów okazało się dla mnie strzałem w dziesiątkę, odpowiednią zachętą, bym jeszcze raz wzięła do ręki ową kniżkę i nie odłożyła jej przed przeczytaniem. Dzisiaj, gdy jestem już po lekturze tomu pierwszego, planuję  ponowne wypłynięcie w rejs po karaibskich wodach i sięgnięcie po drugą część - wszak pogoda za oknem ku temu skłania. I co ja tu będę długo gadać? Na pokład! Przygoda czeka.

Karaibska Krucjata. Płonący Union Jack

autor: Marcin Mortka
wydawca: Runa/ Fabryka Słów

moja ocena: 4/5

2 komentarze:

  1. To może dla odmiany, zamiast na treści, skoncentruję się na okładkach. Ty w wydaniu Runy jest tak licha, że aż nie wiem, jak to skomentować. Natomiast produkt Fabryki Słów wyraźnie aspiruje do Piratów z Karaibów :) Ech, jednak wierzch książki to również b. ważna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ważna. Dzisiaj jedna runiczna okładka powstrzymała mnie przed kupieniem książki w antykwariacie. Podejrzewam, że tak słabą szatą graficzną Runa wbiła sobie przysłowiowy gwóźdź do trumny, a tytuły wypuszczali na rynek ciekawe.

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.