środa, 19 czerwca 2013

"Jestem jaka jestem" - mały utworek wyciągnięty z odmętów kompuera

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie posiadam żadnych praw do piosenki "Jestem jaka jestem" zespołu Łzy, nie czerpię z niej żadnych korzyści majątkowych i czerpać nie zamierzam. Tak samo sprawa się ma do wykorzystanych motywów z "Naruto", "Acaryi" [kto czytał komiks, ten wie] i kilku innych. Rysunek po lewej jest mojego autorstwa, więc mogę tego bohomaza wykorzystywać ile wlezie.
Opowiadanie kiedyś zostało nagrodzone w jednym internetowym konkursie, ale niestety już do niego nie dotrę - znikł w mrokach dziejów.

„Jestem jaka jestem”


Noc już zapadała, a nad obozowiskiem unosiła się łuna niedawno rozpalonego ogniska. Cienie na zielonkawych płótnach namiotów jawiły raz owcą, innym razem zaś wilkiem, a okalające je drzewa sprawiały wrażenie wysokiej bariery, która odgradzała strudzonych podróżnych od świata zewnętrznego.
Grupka młodych ludzi siedziała przy ognisku i śpiewała wesołe piosenki, jeden z nich właśnie przyniósł świeżo złowioną rybę.
Zza płachty jednego z namiotów wychyliła się Kocurek, młoda czarownica odziana w lnianą sukienkę. Na jej piersiach wisiały przedziwne naszyjniki z kamieni i piór przeróżnego ptactwa, a w jej krótkich, brązowych włosach czerwieniły się polne kwiaty.
Dziewczyna momentalnie znalazła swoje miejsce przy ognisku, a wszyscy wokół zamilkli. Nawet jezioro nie powtarzało echa ostatniej piosenki.
- Opowiedz nam jakąś historię… - zaczęła niewinnie młoda dziewczyna o blond kucyku. – Opowiedz nam o wielkiej miłości…
- … i o zemście… - dodał chłopak o kwaśnej minie posyłając koleżance z naprzeciwka wrogie spojrzenie.
- … o młodej dziewczynie… - zakrzyknął ktoś inny.
- … i o pierdnięciu wieloryba! – zawyrokował Kocurkowy brat. Dziewczyna spojrzała na niego i pokręciła głową.
- Nie, dzisiaj będzie o ninja. – jej zimny głos odradzał jakikolwiek sprzeciw.
- I o takiej jednej ciapokapuście… - Usłyszała znajomy głos z jednego z namiotów. Uśmiechnęła się przyzwalająco.
- … i o marzeniach… - zanucił nietrzeźwo kolega, który właśnie przebudził się z krótkiej drzemki.
- Zlałeś się, Zajączku. – Wszyscy poza wiedźmą buchnęli śmiechem. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni garść tajemniczego pyłu i rzuciła go w ogień. Kilka osób krzyknęło z przerażeniem, reszta zamilkła.
- Opowiem wam więc historię, choć wielorybów nie obiecuję… Posłuchajcie…

***
Zazwyczaj narodziny bohatera zwiastowane są przez jakieś wielkie wydarzenie, a to spadnie na ziemię deszcz meteorytów, a to przejdzie przez kraj jakaś wielka wojna, a to posąg zapłacze krwawymi łzami, a to ludzie pod pałacem zrobią kolejną awanturę… Sporo jest sygnałów. Jednak tym razem los sobie zakpił… Nie spadł nikomu kamień na łeb, wojaki grzali siedzenia w domowych ogniskach, figurki obrobiły ptaki, a krzyżowcy… Dobra, oni byli na swoim miejscu.
W maleńkiej wiosce, nad brzegiem jeziora, siedział rybak. Był to już chłop sędziwy, który w życiu swoje zobaczył. Siedział więc nad brzegiem tego jeziora, na czerwonym wiaderku, a w ustach żuł skręconego własnoręcznie papierosa. Spławik jego wędki nie drgnął już od dobrych paru godzin.
Mimo, że nie miał brania, chłop wolał przesiadywać długie godziny tutaj, niż w domu, gdzie czekała na niego ciężarna żona, która wbrew mocno zaawansowanemu błogosławionemu stanowi, potrafiła mężusiowi wytłumaczyć swoją rację ciężkim korbaczem.
Siedział więc chłop nad jeziorem, wpatrując się w jego mętną toń. Dym unosił się leniwie z jego papierosa, a spławik jak zaklęty sterczał dalej na swoim miejscu, nie poruszając się ani o milimetr.
Lecz nagle woda zabulgotała, a powietrze przeszył hałas niczym grom. Rybak poderwał się z miejsca, a z jego pożółkłych zębów wypadł nadpalony skręt…
***
Danka, kobieta o stalowych nerwach [i znacznie „większych jajach” niż jej małżonek] i o poczciwej twarzy, siedziała właśnie przy oknie i cerowała skarpety swojego męża. Pod nosem mruczała zasłyszaną niedawno na ulicy piosenkę „Zabij się, zabij się, nikt nie lubi tutaj cię…”. Z początku nie zauważyła nawet ogromnego tumanu kurzu, który z zawrotną prędkością zbliżał się do ich zagrody.
- DANKAAA~~!!! DANKAAAAA~~~!!! – poderwała się, gdy usłyszała dzikie wrzaski swojego męża. Z początku przeszło jej przez myśl, że znowu na wioskę napadli wojownicy ninja, swoista plaga. Jednak po chwili, gdy zobaczyła, że małżonek przybiegł sam, bez zwyczajowo wbitego kunaia w siedzisko, odetchnęła z ulgą.
Odłożyła na stolik igły, nici i onuce, po czym otworzyła powoli drzwi, akurat na czas, by przerażony małżonek wpadł do izby, nie nadwyrężając przy tym wątłego skrzydła ich domowych wrót.
- No, co się stało, Lechosławie? – odczekała chwilę, by jej luby złapał oddech.
- Rrrrrrrrrrrr!!! – zawarczał zagadkowo, po czym z obłąkanym wyrazem twarzy, przez dziurawe przednie zęby, wycharczał: „Ryby pierdzom!!!”. Danka upadła na podłogę zemdlona i odeszły jej wody.
I tak oto przyszła na świat Zosieńka, nasza bohaterka…
***
Zosia od samego początku miała pod górkę. Nie była problematycznym dzieckiem[a wiele na to wskazywało, po tym, jak ojciec nieraz mylił jej kołyskę z betoniarką], tylko zawsze pojawiała się na miejscu nie o tej porze, co było trzeba. I tak oto nieraz spadła jej na głowę cegła w drewnianym kościele, nauczyciele się przyczepiali, a starszyzna wioski miała jej po dziurki w nosie. I wszystko byłoby możliwe do przetrawienia, gdyby nikt nie czepiał się o jej fiołkowe kucyki, które obwiązywała czerwonymi wstążkami z dzwoneczkami.
Dziewczynka, jak każde dziecko w Wiosce nad Jeziorem, chodziła do parafialnej szkółki, by kształcić się na ninja i pewnego dnia upolować Yeti, który podobno był tak rzadko widywany w tych stronach jak dobra kobieta. Chciała również być silna, by w przyszłości obronić mamusię i tatusię przed atakami ninja z sąsiednich wiosek, ale dobrze wiedziała, że póki mama może dźwignąć jedną ręką szafkę z IKEI, nie straszne jej hordy wojowników cienia.
Nauka nie zawsze szła jej łatwo, a raczej sporadycznie udawało jej się trafić w tarczę podczas ćwiczeń w rzucaniu shurikenami. Pani Bober, sensei od teoretycznego ninjutsu, już trzeci tydzień leżała w szpitalu po tym, jak Zosieńka zaczęła śpiewać i z nieba spadł pancerny MAUS, prawdopodobnie najcięższy czołg w historii wszystkich światowych wojen [dzięki Sat :D]. I nie muszę już dodawać, jak niefortunnie przygniótł panią psorkę…
Zosieńka, jak to na bohaterkę historii dla młodzieży przystało, miała najlepszą przyjaciółkę, z którą darła pluszowe misie już od najmłodszych lat. Rose, dziewczyna o czarnych włosach i różowej grzywce, nieraz poważnie zalazła jej za skórę, jak to tylko przyjaciele potrafią.
Żarły się więc dziewczyny niemiłosiernie, a gdy na horyzoncie pojawił się nowy chłopak, narcystyczny Jiikaacz w pokemonowej czapeczce na głowie, jedna drugiej wypowiedziała wojnę.
Wojna ta jednak nie trwała zbyt długo, a właściwie do wypadu na karaoke, gdy nieświadoma niczego Zosieńka zawyła za Gawlińskim „Nie pokonasz miłościiii~~~” i na ziemię spadła dobrze nam już znana pancerna „Mysia”, która posłała Rose na ojom.
Dzień ten stał się początkiem końca jej przyjaźni. Rose knuła bowiem perfidnie jak to na złego bohatera przystało. Chciała skłócić Zosieńkę z Jiikaaczem, gdy dochodziły ją głosy, że całkiem nieźle się dogadują. Dostawała wówczas kaczej skórki, a włosy same zaplatały się w czarne warkoczyki.
Był piękny, sierpniowy poranek, gdy Rose leżała w szpitalu i spoglądała na jezioro ze swego szpitalnego okna. Toń podejrzanie bulgotała, jak za każdym razem, gdy karmione kurczakami ryby dostawały niestrawności. Wówczas żaden ninja nie ośmielał się podejść do szuwarków bez maski gazowej, a i to nie zawsze pomagało. Unoszące się tam gazy były nie dość, że śmierdzące, trujące, to jeszcze bardzo silnie żrące.
Jednak tego dnia z jeziora, niczym Świtezianka, wyłonił się ogromny gumowy kurczak, który obwieścił całemu światu swoją obecność donośnym „kokodak”. Rose poderwała się z łóżka przerażona i mimo okropnego stanu zdrowia, zbiegła na parter, by ostrzec cały szpitalny personel przed zbliżającym się kataklizmem. Nie znalazła jednak nikogo, ponieważ wszyscy już się ewakuowali, dym po ostatnim motorze [celowa literówka] właśnie opadał.
Danka, matka naszej bohaterki, weszła na górę, gdzie w pokoju siedziała Zosieńka i Jiikaacz. Chłopak spoglądał pewnie w jej smutne oczy.
- I tak to już ze mną jest… - zaczęła nieśmiało Zosieńka cicho pochlipując. – że jak tylko zaczynam śpiewać, to z nieba lecą czołgi… A ja tak bardzo chciałabym zostać piosenkarką, taką jak Pomarańczka…
Jiikaacz uśmiechnął się sympatycznie, po czym prychnął śmiechem.
- Powalone masz te jutsu, mała. Ale spróbuj zrobić z tego użytek.
Ich spojrzenia się spotkały, a twarze znalazły się niebezpiecznie blisko siebie… I wtedy, niczym tornado, do pokoju wpadła Danka [uwalona niebieską farbą jak Mel Gibson z „Bravehearta”] z dzikim wrzaskiem: „But they cannot take us FREEEDOM!!!”
Zosieńka i Jiikacz spojrzeli po sobie, po czym skonsternowani zlustrowali poruszoną Zosiową matkę.
- Gum! Gum! Guma… - artykułowała zszokowana kobieta.
- Ale my jeszcze gumy nie tego… - odrzekł rzeczowo Jiikaacz. – nie potrzebujemy.
- Gumowy kurczak nas napadł, wy ciapokapusty! – wyrzuciła z siebie wreszcie matka. Zosia poderwała się z miejsca. – I porwał twojego ojca, jak znowu nad spławikiem medytował!
- Tatusia! – szepnęła Zosieńka z przejęciem. Już wiedziała… Musiała to zrobić.
Momentalnie znalazła się przy swojej ulubionej szufladzie, gdzie pod stertą skarpet trzymała wielki, różowy mikrofon.
- Zośka… - mruknął Jiikaacz. – Nie mów, że zamieszasz…
Jednak dziewczyna już tego nie słyszała. Wyskoczyła przez okno na parterze i pognała tylko sobie znanym skrótem nad jezioro.
Biegła szybko, omijając wszystkie przeszkody. Była bohaterką, była ninją. I teraz los jej wioski był w jej malutkich macajkach [czyt. rękach].
Kurczak wynurzył się z chaszczy otaczających jezioro, trzymając w dziobie szamoczącego się rybaka. Ojciec Zosieńki co jakiś czas wykrzykiwał rewolucyjne hasła bojowe typu „Balcerowicz musi odejść!”, czy też „Złap je wszystkie!”.
Właśnie wykrzykiwał „Będzie tego! Będzie tego!”, gdy na polankę wbiegła Zosieńka. Odtańczyła magiczny taniec, założyła różowe okulary i wyciągnęła z kieszeni osławiony już wcześniej mikrofon.
Otworzyła usta i zaczęła:
„Kolorowych snów na dobranoc już nikt nie życzy mi
Nikt nie śpiewa mi kołysanek, dobrych ani złych
Nie pamiętam już, o czym były stare bajki mojej babci
Nie pamiętam słów mojej ulubionej kołysanki


I nie wiedzieć czemu, czuję się jakaś dorosła
Sama nie wiem, która w moim życiu to już wiosna”
I wtedy z nieba spadł grad niemieckich czołgów, popularnych „Myszek”. Kurczak bardzo zręcznie, z gracją gumowego wojownika, omijał niebezpieczeństwo, jednak nie spodziewał się różowego ciugniuka [firmy Ursus], który przejechał mu po grzbiecie.
Zosia otworzyła oczy i zszokowana spozierała na krajobraz po bitwie, pełen ciężkiego sprzętu. Podeszła do gumowego truchła i z niemałą konsternacją oceniła stan różowej maszyny, która właśnie odpaliła i odjechała w siną dal.
- Tatusia! – wrzasnęła za ojcem, jednak ten już jej nie słyszał… I tak już by jej nie usłyszał, ponieważ ogłuszyła go śpiewana przez jego latorośl piosenka.
Zosia usiadła na pobojowisku i od niechcenia walnęła pięścią w blachę. I wtedy w jej głowie zaświtał pomysł… Już wiedziała, jak wykorzysta swoje jutsu…
Ten dzień był dla Wioski nad Jeziorem radosnym dniem. Rozpoczynał się właśnie festyn z okazji pokonania potwora i otwarcia nowego szrotu, który reklamował się hasłem „I już mi nie powiesz, że mam krótką lufę” i specjalizował się w sprzedaży sklonowanych prototypów ciężkich czołgów typu MAUS.


Koniec


I w tym momencie lecą napisy końcowe, a zatem jako autorka chciałabym podziękować:
- wujaszkowi Satarielowi – za dziką rozkminę o myszkach [;p] , bojowym ekwipunku, ninja i ogólnie za bycie Kocurkowym wujaszkiem [trudna rola];
- Magdziokowi – za deszcz latających czołgów [a miały latać imadła] i za „Bravehearta”;
- Kindze – że mnie wysłuchała podczas tworzenia tego schizm;
- graczom z Shinobigame, a przede wszystkim: wyplatowi [za tekst o Yeti] , PikPokOo, Kosmalowi, Hellowi, Kuro i wielu innym – za poprawianie mi humoru;
- Łzom, Gawlińskiemu i wielu innym;
- I najskromniej – sobie :D

Tank ju :)

1 komentarz:

  1. Piękne, piękne. Uśmiałam się. :)
    Ale się przyczepię: onuce i skarpety to nie to samo. :P

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.