niedziela, 9 czerwca 2013

Ursynalia 2013 - pełen niespodzianek studencki festiwal

Buciorki jakby z Prypeci wyciągnięte
Z napisaniem tego tekstu nosiłam się dość długo, wciąż pełna sprzecznych odczuć na temat trzydziestej edycji popularnego studenckiego święta o nazwie Ursynalia. Musiałam zaczekać aż wszystko we mnie ostygnie, by wydać jak najbardziej trzeźwy osąd. Wiem, dochodzi do tego poważny zarzut, że prywatę urządzam [jakby już moje książkowe opinie prywatne nie były, ale mniejsza z tym], że tekst o wydarzeniu muzycznym [nijak nie związanym z książkami] ma się do treści ogólnej bloga jak przysłowiowa pięść do nosa. Niby tak, ale co z tego? Co z tego wyjdzie? Zapraszam do lektury kilku moich wspomnień przyobleczonych w słowa.

Ursynalia... W przeciwieństwie do większości, moje zaczęły się stosunkowo wcześnie - przynajmniej miesiąc przed rozpoczęciem festiwalu. Z początku w ogóle nie planowałam umieścić owej imprezy w moim kalendarzu, oszczędzam siebie i swoje fundusze na tegoroczną edycję Masters of Rock w Czechach. Zdarza się jednak, że znajoma mordeczka wyciągnie na zebranie. No dobrze. Uczestniczyłam w kilku spotkaniach informacyjnych i organizacyjnych, w końcu otrzymałam żółtą koszulkę, identyfikator i opaskę - zostałam wolontariuszem. Wsłuchana w obietnice organizatorów szłam przed siebie, pełna nadziei na jedną, jedyną zdobycz, na której mi zależało - na autograf pana Lemmy'ego. I nie ukrywajmy, czekałam też na usłyszenie "Ace of spades" na żywo. Wszystko miało być piękne, pomalowane kolorowymi farbkami. Jak wyszło?

Już przed rozpoczęciem było głośno. Spośród szumnie zapowiadanych gwiazd wyłamał się ZZ-Top. Nie było line-upu [z racji, że nie lubię zangielszczania naszego języka, będę używać polskich odpowiedników tego słowa], na otarcie łez Ursynaliowicze otrzymali zdjęcie powstającej sceny głównej [Main Stage, jak kto woli. Ja wolę po swojemu] malowniczo osadzonej na kampusowym bagienku.  Wielu przyszłych i niedoszłych [lawinowo posypały się oferty sprzedaży karnetów na imprezę] skonsternowanych uczestników przyglądało się najnowszym, głównie nieoficjalnym doniesieniom z obozu. Pomrukiwali pewnie gniewnie, gdy wyłamał się również Bad Religion. Cóż, nawet zostaliśmy ostrzeżeni o możliwym wybuchu zamieszek. Buduje morale, co nie?

Kolejne dni, kolejne wyłamujące się zespoły, powtarzane "aż do zdechu i aż do upaści" pytanie czy przypadkiem wszystko nie pieprznie - jak w kabarecie. Nie pieprzło. Impreza się odbyła.

Piątek, 31.05.2013
Pojawiłam się przed swoim dyżurem. Jako jedna z niewielu "szczęśliwców" miałam tego dnia zajęcia na uczelni i w życiu nie zdążyłabym obrócić do domu przed swoją zmianą. Już z przystanku słyszałam odbywającą się próbę Huntera, uśmiechałam się w duchu. Będzie dobrze, myślałam. Wyciągnęłam telefon, by zlokalizować sierścucha odpowiedzialnego za moją plakietkę wolontariusza. Tak więc wiedziona wołaniem kumpla ruszyłam na "obcy" teren, by pomóc innej brygadzie w kreatywnym owijaniu barierek folią spożywczą. W jakim celu, pewnie zapytacie. Ano, by zapobiec wrzucaniu śmieci przez uczestników imprezy na podziemne klatki schodowe. Zaobserwowałam, że i tak znaleźli się tacy, którzy mieli folię za nic i trafiali do celu.
Sztab. Praca wre, dzwonią telefony, jakiś długowłosy chłopak perswaduje na jednym z organizatorów zwrot pieniędzy. Bezskutecznie, co miało się później okazać.
Przesiaduję na schodach i czytam "Stowarzyszenie umarłych poetów", a obok mnie przechodzą Letki i Jelonek [!!! one one one!]. Kończąc książkę kątem oka przypatrywałam się obu muzykom. Raz kozie śmierć, ruszyłam przed siebie, wzięłam autografy, Letki mnie wyściskał. Zaczęło się miło.
Wybiła godzina 16.00, na scenę wchodzi formacja Frog'n'dog. Publiki brak, bo wciąż stoi przed bramkami w oczekiwaniu, że ochrona wreszcie zacznie ich wpuszczać. Muzycy grają "sobie, a muzom", robi mi się szkoda. Około 16.30 wokalista przez sceniczny mikrofon pyta organizatorów, czy chociaż na Motorhead ludzi wpuszczą. Niecałe 10 minut później pod sceną zaczęli pojawiać się widzowie.
Komu w drogę, temu kopa. Ruszam na swoją zmianę. Na scenie głównej nastąpiła już zmiana zespołu. Dostałam przekierowanie na stanowisko innego sztabu, ale nie ma co lamentować - praca siedząca, ogarnięcia wymagająca. Poradzę, pomyślałam przysiadając za jednym z biurek, gdzie obsługiwano strefę VIP. Nie było źle, ale żeby chociaż na naszych stołach leżały wszystkie listy, żebyśmy mieli mini mapki, żebyśmy mieli aktualna koncertową rozpiskę - wymieniona makulatura pojawiała się sukcesywnie koło godziny 18, kiedy już spora część ludzi weszła na teren, a kilkoro utknęło w martwym punkcie, bo mieli w którejś tabelce się znaleźć, a jak zwykle ich nie ma.
Ominął mnie koncert Huntera, ominął mnie widok towarzyszącego im na scenie chóru. Mam nadzieję, że na najbliższym planowanym przez nich warszawskim koncercie również będzie można tego typu widowisko ujrzeć.
Motorhead warto zobaczyć, tak powtarzał mi Żaba. Zakończyłam więc swój dyżur i przez błotne lawiny przedarłam się na "dziadki, co te młode kapelki zmiotą z powierzchni ziemi". I na serio - zmietli. Dla tego koncertu warto było kombinować, trzech muzyków pokazało klasę. Bullet for my Valentine mogli już po nich nie wychodzić. Nie mówię o tym tłumie, który po bisowym "Ace of spades" ruszył przez przemielone niezliczonymi parami glanów i niezbyt pięknie pachnące bagienko oby jak najbliżej cudnego piwopoju. Nie wspomnę już jak owa grupa była nazywana przez uczestników imprezy. Nie warto sobie paznokci na klawiaturze łamać. Powiem tylko tyle, że playback Queenu i "O fortuna" wyszedł im ładnie. Poza tym usłyszałam jeden znany przeze mnie kawałek - lepiej brzmi on jednak na "jutube". W sumie ostatni koncert mogłam sobie podarować.
W piątek dość mocno uderzyła mnie jedna sprawa - dlaczego wolontariusze pracują na nieźle obsadzonym stoisku jednego z partnerów festiwalu? Pracownik otrzymuje za swoją pracę pieniądze, wolontariusz nie. Pracownik może się poobijać, wolontariusz będzie pilnował i bajerował ludzi na zakup gadżetów. Co mi do tego? Poczekalibyście na tego uczynnego wolontariusza niecałe 2 godziny, aż skończą inwentaryzację na stoisku.
O dziwo, nie polała się krew. I nie wspomniałam, że Lemmy'ego też nie dorwałam. Po prostu nie miałam nic do dodania.

Sobota 1.06.2013
Zaczęłam ignorować facebookowe powiadomienia, już miałam dość informacji o kolejnych zespołach, które jednak nie przyjadą. Wzięłam się za konstrukcję zaliczeniowego projektu na uczelnię.
Wybitnie nie chciało mi się iść na festiwal. Ok, w programie był HIM, gwiazda uwielbiana przeze mnie w czasach licealnych. Ale może jakieś wagary? Ostatecznie wypełzłam tak, by kilka minut przed rozpoczęciem dyżuru być na terenie kampusu SGGW.
Koncert wspomnianej kapeli obejrzałam ze swojej kanciapy, powspominałam dawne czasy [gdy ganiałam mamuty z patykami], usłyszałam ukochane "Buried away by love", "Wings of a butterfly", "Join me" i "The funeral of hearts". Odlot! Nastawiłam się optymistycznie, choć na niedzielę organizatorzy na gwałt szukali Głównej Gwiazdy [po ichniemu się to "headliner" nazywa]. Stanęło na TSA. A mi w domu, już po zakończeniu koncertów, z wrażenia w gardle stanęło jadło przy lekturze facebookowego wpisu z oficjalnego fanpage'a Ursynaliów:

Jak już wiecie, z przyczyn niezależnych od nas jutro nie będzie z nami 5FDP. Chłopaki obiecali jednak, że wrócą do Polski i zagrają dla nas być może już tej jesieni! Mamy jednak niespodziankę. W zamian za 5FDP zagra INFERNAL BIZARRE - to zespół który nie ma płyty, który nie ma dema, nie ma nawet strony www i FB! Pierwszy koncert zagrał 25 maja tego roku... A teraz na naszej dużej scenie zagra swój pierwszy OPENAIR! Kto wie może jesienią rozgrzeją 5FDP - wszystko w Waszych rękach! 
Chcieliśmy także serdecznie podziękować naszych partnerom i produkcji, gdyż dzięki ich życzliwości i wsparciu festiwal przybrał taką, a nie inną formę. Dzięki! :)


Niedziela, 2.06.2013
Po powyższym wpisie już szczególnie mi się nie chciało. Wiem, jego autor miał szczere intencje, ale mi wybrzmiał szalenie negatywnie. Tak zniechęcająco, że znowu doczłapałam się głównie na swoją zmianę. Kolega mówił, że Infernal Bizarre grali dobrze. Cóż, pozostaje mi na słowo wierzyć.

Krótko po Ursynaliach zastrzegałam się, że już więcej na nie nie pójdę, choć słynna jest maksyma "nigdy nie mów nigdy". Powiem więc inaczej: wysoce prawdopodobne jest, że zaliczyłam w tym roku podwójne Ursynalia - pierwsze i ostatnie. Irytowały mnie opóźnienia w oficjalnych oświadczeniach dotyczących odwołanych zespołów, wnerwiało mnie [niezależne od organizatorów] śmierdzące na odległość błoto na terenie, irytował mnie konfenansjer, ale najbardziej zastanawiał mnie brak "Meet&Greet Stage", nawet niech będzie za minimalną opłatą, bo w Polsce za zbyt wiele rzeczy się płaci i to drogo. Podobno nudna się zrobiłam przyrównywaniem polskich koncertów do realiów czeskich, ale... Tam w cenie niecałych dwóch koncertów [mam na myśli muzykę rockową i metalową, czyli wjazd na koncert rzędu 120 zeta] są 3 dni festiwalu, pole namiotowe i wspomniany przeze mnie Meet&Greet namiot. Czy w tym roku się nie zepsuli? O ile będzie mi to dane, wyruszę i zdam raport.

3 komentarze:

  1. czyli tak więcej plusów nić minusów :D.....ja to bym huntera posłuchała...no i HIM!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koncertów Huntera i Jelonka żałuję, bo bym z chęcią na nie poszła. Pocieszam się, że dość często w stolicy bywają, więc co się odwlecze...

      Usuń
  2. Ja na Ursynalnia nie, ale tak ogólnie to na koncerty lubię sobie pochodzić. Żałuję, że w tym roku nie poszłam na Huntera (w Kolbudach, gdzieś koło Gdańska). Nie wybaczę sobie nigdy, choć myślę, że to wydarzenie wynagrodziła mi wycieczka do Warszawy, gdzie spotkałam muzyków z Luxtorpedy <3 Taakk, fotka i autografy. Cieszę się po dzień dzisiejszy. :)

    Mam nadzieję, że w końcu posłuchasz sobie Huntera tak jak chciałaś, z chórem. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.