środa, 17 lipca 2013

Masters of Rock 2013 w Vizovicach

Sławetna Droga na Vizovice
Myślę, że powinnam jakoś usprawiedliwić swoją długą nieobecność i zupełny brak notek na blogu. Zrobiłam sobie mały, niezapowiedziany urlop i cóż... Oparłam się w miasteczku słynnego Józka z Bagien. I choć ten został już sprzedany do ZOO, w miasteczku nie wiało nudą. Jakim cudem, pewnie zapytacie. Ano, za sprawą jedenastej edycji Masters of Rock.

Masters of Rock to festiwal wszechmiar wyjątkowy. W przedsprzedaży bilety na 4 dni koncertów łapnęłam za około 130 złotych [przy przeliczniku z dnia 17.07.2013], co przy cenie pojedynczego koncertu światowej gwiazdy w Polsce wydaje się dosłownie śmieszne. Nie dziwmy się zatem, że Mastersi otrzymali od moich znajomych miano "Polskiego festiwalu zamiejscowego". Ba, nawet pracujący przy piwopoju Czech się z ową opinią zgodził.

Ekonomia ekonomią, ale jest jeszcze coś, co każdego roku przyciąga rzesze ludzi do miasteczka Vizovice pod Zlinem, a dokładniej do wytwórni śliwowicy znanej nie tylko w Europie, ale prawdopodobnie i w sporej części świata. Tak, gwiazdy światowego formatu. Zobaczylibyście za 130 złotych w Polsce Avantasię, Accept, Yngwie Malmsteen, Rage [symfonicznie z Lingua Mortis Orchestra], Leningrad Cowboys, Devin Townsend Project, Lordi i wielu, wielu innych? Tak, podchodzi pod fantastykę. Nie w Czechach.



Koszulka z "Kłamcy" zawędrowała aż pod słowacką granicę
Nasz polski skład ruszył dnia 10.07.2013 z Krakowa. PKS do Cieszyna, spacer przez Most Przyjaźni na czeską stronę, nawiedzenie wietnamskiej alei, sympatyczna rozmowa z Polką sprzedającą wszelakie dziwnostki w jednym ze sklepików, dworzec Cesky Tesin. To właśnie tutaj postanowiliśmy złapać pierwszy pociąg w kierunku Vizo. Przed nami ze 2-3 przesiadki, ale trudno. Bilety tanie jak barszcz [bilet grupowy liczy się od 2 osób i na każdy łepek w grupie przypada stosowna zniżka. Tak więc zamiast 234 koron wyliczonych przez internet wyszło nam po 171 na twarz. Polskie koleje też mogłyby coś takiego wprowadzić.], a kolej podmiejska wygląda o niebo lepiej niż większa część polskich składów kursujących na relacji Warszawa - Kraków. Wiem, mama mi powie, że nie szanuję Polskich kolei. Nie, po prostu widzę różnicę. U nas nie spotkałam jakoś zawiadowcy, który na najmniejszej nawet stacji wychodzi w pełnym umundurowaniu i pilnuje by wszystko było w porządku. Również kontrole biletów nie są takie sympatyczne jak w Czechach. Żaba z Mariem [moi towarzysze podróży]

Przy Jelinku
Pierwotnie obozowisko mieliśmy rozbić po drugiej stronie potoku przepływającego przez miasteczko. No cóż, każdy kto kiedykolwiek był na masowym polu namiotowym wie o co chodzi. Wyszło jednak jak wyszło - nie wszyscy mieli odpowiednie do forsowania rzeczki pantofelki, zatem ostatecznie osiedliliśmy się po tej samej stronie co wszyscy. Stało się zatem ranka pięknego coś takiego, że nie do końca przytomny czeski małolat spadł z trzymetrowej górki na Żabę chroniącego własną piersią, ogniem i mieczem, hakuna matata nasz namiot i palnik, na którym gotowała się woda na napój bogów [czytaj: kawę].
Obok nas wspomniani Czesi, poza tym Słowacy, Polacy i prawdopodobnie Węgrzy - międzynarodowo.

W czwartek pognaliśmy świńskim truchtem ku fabryce Jelinkowej po opaski - wejście na teren festiwalu możliwe było od godziny 11, zatem byliśmy tam chwilę po, by dostać bransoletkę i  - co przekonywało nas bardziej - "Neprodejne CD Masters of Rock 2013", czyli promkę zawierającą single 17 zespołów pojawiających się na tegorocznej edycji festiwalu. Niby jedna na głowę, ale... Wejścia były 2, więc z polskim zmysłem kombinatorskim wyszło nam po 3 na twarz - było na czym brać autografy dla znajomych.
Tu był Kot, ale chłopaki ocenzurowali

Autografy i koncerty z dnia pierwszego [11.07]... Łyknęłam Coli na odwagę i pognałam na Arkonę [Slava! Szkoda tylko, że przez komitet kolejkowy koncert mi umknął, ale mam nadzieję, że jeszcze nadrobię], potem na Trollfest [którzy grali genialnie - wokalista w pszczółkowej koszulce bił rekordy popularności], Grave Digger [widziałam ich już wcześniej w warszawskiej Stodole jako support Blind Guardiana, ale popatrzyłam na nich z chęcią], Dragonforce [a tak z sentymentu do "Last journey home". Szkoda, że grali późno w nocy - bo tak to bym się na nich przeszła], chłopaki z Leningrad Cowboys narysowali mi obrazkową dedykację z kotem [chyba zacznę kocie autografy zbierać, bo przeglądanie ich po fakcie to istna frajda], z Accept niestety trofeów nie mam. Było po autografie na twarz, więc załatwiłam Żabie na przywiezionej przez niego płytce. Po sesji podpisywania uciekałam przed pewną Czeszką, która na siłę chciała ze mną na temat żabiej książeczki płytowej porozmawiać.
Straty moralne z podpisywania płytek wynagrodził mi wieczorny koncert Accept. Na żywo widziałam ich po raz pierwszy i "Metal heart" wbiło mnie w betonowe płyty pod stopami. Miejsca mieliśmy całkiem dobre, Żaba narobił mnóstwo fotek, a ja widziałam scenę [co przy moim podłym wzroście jest sztuką]. Szkoda, że nie zagrali "Aiming high", ale nie nastawiam się, że zaliczyłam pierwszy i ostatni koncert w moim życiu.

Rage i Lingua Mortis Orchestra
Dzień drugi. Powciskałam po Italsku kity facetom z Elvenkinga, dzięki czemu nikt nie robił mi problemów, że biorę 3 autografy. Nie miałam może takiej siły przebicia co dziewczę z miseczką D w czerwonym staniku biorące autografy na "oczach" [co wykorzystał również nasz znajomy Mieciu próbując jej się na walorach podpisać].
Poszliśmy do obozowiska, potem pod wpływem nalegań Mariusza ruszyliśmy na koncert Neonfly, kapelki brzdąkającej w nurcie power. Zaskoczenie pozytywne, poszłam do nich po autografy. Co prawda panie ze szlifierkami widziałam już na DVD Alice'a Coopera, ale na żywo prezentowało się to efekciarsko. Niby nie załapałam się już na plakat, ale wyrumuniłam [nie mam na celu obrażania nacji rumuńskiej] kostkę od basisty. I goście cieszyli się, że podziękowałam im za świetny show i że nie żałuję, że dałam się koledze wyciągnąć.
No i nasz finał dnia - zespół Rage z Lingua Mortis Orchestra. Te skrzypce, te gitary... Może zaszarżuję, ale przeżycie mistyczne większe niż niejedna uroczystość religijna, w której zdarzyło mi się uczestniczyć. Szkoda, że nie złapałam autografów - bo dziś wisiałyby już na kocim "Hall of fame" nad drzwiami.

Warkoczyki w modzie. Łapię autografy SSOGE
Sobota, dzień trzeci. Bez znajomości kapeli wtarabaniłam się na autografy Warhawk [zakłócali poranną ciszę nocną, więc niech piszą!], potem grzecznie ustawiłam się na SSOGE. Ich występ niestety przepadł niegdyś w warszawskiej Proximie [wokalistka zasłabła, w wyniku czego nie wyszli na scenę], więc za punkt honoru powzięłam sobie pójście na ich koncert "as soon as possible". Nie przyszła góra do Mahometa, Kocisko pognało do Czech na ich występ. Złapałam autografy na limitowanym "Navaz", porobiłam zdjęcia [no dobra, porobił Żaba], zobaczyłam większą część koncertu, bo obiecałam pewnemu osobnikowi autografy Amaranthe. Było ciężko się dopchać, ale międzynarodowy komitet kolejkowy nie zawiódł. Znajomy z zeszłego roku Czech wpuścił mnie za siebie pod warunkiem, że zrobię mu zdjęcie z wokalistką. Na takie układy pójść można.
Kto zgadnie jaką piosenkę "nietoperek" właśnie wykonuje?

Amaranthe pozamiatali. Do tego stopnia, że kilka następnych kapeli w ogóle nie zrobiło na mnie wrażenia. Potwory z Lordi z początku działali mi na nerwy, bo grali utwory z nowszych płyt [a one niestety mi nie leżą], później na "Who's your daddy" uznałam, że państwo chcą rozmawiać. W tłumie panował jednak zbyt wielki ścisk, więc prędko wycofałam się do strefy autografów i wiedziona sentymentem [sentymentalna się zrobiłam] do czasów gimnazjalno-licealnych ustawiłam się w kolejkę po podpisy potworzaków. Niestety był znowu limit 1 na głowę, mało co mi w ścisku żeber nie połamali, ale "maj preszes" jest - autografy potworów z Lordiego na pocztówce z lokalnej produkcji "A je to!" [w Polsce znanych jako "Sąsiedzi", czyli Pat i Mat]. I macnęłam gumowy paluch pana wokalisty, który mimo że Monsterman, to okazał się osóbką sympatyczną z miłym dla ucha głosem [bez growlingu].
Yngwie Malmsteena, Fidiasza gitary, obejrzeliśmy już z ławeczki w namiocie na telebimie. Po batalii o autografy byłam nieco sponiewierana, chłopaki osłabieni przez tłok pod sceną. Mariusz narzekał na małą ilość wokali w trakcie koncertu, ale przecież o gitarę tam głównie chodziło.
I był jeszcze plan, Masterplan, by przynieść sobie pod telebim leżaczki. Z radością wtarabaniałam langosza [ciasto podobne do tego z pizzy, ale smażone na oleju, posypane serem i polane sosami] i żałowałam, że Masterplan gra tak późno - bo byli świetni, ale publika już nie dopisywała. Z chęcią zobaczyłabym ich wcześniej.

W niedzielę zwinęła mnie czeska policja, co między innymi widać na załączonym obrazku. Nie byłam tak hardkorowa jak pewien Wrocławianin, który nie pamiętał gdzie się w tym roku rozbił, więc wiedziony pierwotnym, zakrapianym likierem ze śliwek instynktem władował się do namiotu jakimś Czechom, którzy mieli nieszczęście rozłożyć się tam, gdzie jegomość w zeszłym roku. Chłopię walnęło się na materac i zaczęło wyżerać konserwy, a do domku wróciły misie... Bajki bajkami, a zdumieni właściciele momentalnie zadzwonili po Policajki. Policjanci chcieli gościa odprowadzić do jego namiotu, ale chłop nie pamiętał gdzie mieszka. Poprosili więc o dokumenty, ale nie miał. Spędził więc Złotowłosy noc w Zlińskiej wytrzeźwialce i zbiedniał o jakieś 1000 koron czeskich. Nic takiego, tylko bilet na Coopera w Brnie.
W moim przypadku było bardziej prozaicznie. Znalazłam portfel jakiegoś Czecha z dokumentami i przekazałam go najbliższemu patrolowi. Żaba rechotał ostro, gdy policjanci spisywali moje dane do kajecika.
Wokalista Sanctuary
Koncertowo i autografowo niedziela rozpoczęła nam się około godziny 15.10 - wybraliśmy się na koncert amerykańskiej kapeli Sanctuary. Wokalista płynnie przechodził z growlingu do wysokich tonacji, co wywołało u mnie nieco dziwny wytrzeszcz.
I - czego tak do końca nie rozumiałam - pod sceną było niewiele luda. Żaba wywalczył kostkę gitarzysty [forsując sandał jednego z Czechów przy szturmie polskiej husarii], mi się dostało po łokciu, co wykorzystałam na autografach. Zaświeciłam oczkami, pochwaliłam się obrażeniami gitarzyście, a że jemu skończyły się już kostki, swoje piórko podarował mi jego kolega, a przy okazji... założyciel Sanctuary. Spojrzenie Żaby i Mariusza było wręcz bezcenne.
Poszliśmy do obozu, by wrócić na końcówkę Powerwolfa i zająć dobre miejsca na trzy godziny Avantasii. Zamknięcie festiwalu w wielkim stylu, na scenie między innymi uwielbiany przeze mnie pan Kiske [pierwszy wokal z  Helloween, Unisonic]. Stawałam na paluchach, widziałam sporo.

Tegoroczna letnia edycja Masters of Rock niestety dobiegła już końca. Tak jak jednemu z Czechów, mój tegoroczny skład zespołowy statystycznie wyglądał średnio [kilka kapel z "Must see", kilku na szczęście nie widziałam tak jak Nightwisha w zeszłym roku - kiedy Anette nie radziła sobie z piosenkami pisanymi pod nią, o piosenkach pod Tarję już lepiej nie rozmawiajmy, bo będziemy się śmiać], ale pojechałam tam dla niezwykłej, wyluzowanej atmosfery festiwalowej. Brakuje mi wrzasku "Hovno" roznoszącego się nad polem namiotowym [ewenement na kształt szukania Andrzeja z Polskiego festiwalu Woodstock], brakuje mi prześmiewczych rozmów przy kawie o poranku, brakuje mi przerabiania 1000 lat historii Polski kiedy trzeba iść na festiwal [przez co nie mam autografów Rage]. I brakuje mi śmiechów z Czechów, którzy myli zęby w zasikanej przez wielu uczestników festiwalu Śmierdziance. Ale co ich nie zabije...

Nie będę porównywać imprezy do tegorocznego festiwalu studenckiego, w którym uczestniczyłam. Mam dobry dzień akurat dzisiaj. Nie będę też Mastersów oceniać - dla mnie to wzór festiwalu jaki można urządzić za śmieszne pieniądze [no ludzie, 800 koron za bilet w przedsprzedaży!], przyciągnąć ludzi i sprawić, że w ciemno będą chcieli przyjechać na następny i bez chwili wahania polecą go znajomym, co też czynię i ja.

Mało argumentów? Popatrzcie tutaj.

10 komentarzy:

  1. reportaż jak zwykle cudny, az żałuje, ze mnie tam nie było. Kamil też jest zachwycony. Ja byłam za to na animatsuri i też niedługo skończę moją wersję wydarzeń. Twój styl pisania wywołuje u mnie lekka iskierke zazdrości ale, ale....powtarzam sobie, że jeszcze trochę praktyki i czasu... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna bierz Kamila pod łapkę w przyszłym roku i kombinujcie z nami. Nie wiem kto będzie grać, ale wiem, że będziemy się świetnie bawić ;)
      I styl szlifuj, bo jest co ;)

      Usuń
  2. Fajnie że wyjazd się udał. Jeszcze parę lat temu też bym się wybrała na taką imprezę, ale teraz człowiek już się starzeje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Accept, Dragonforce, Amaranthe i Powerwolf...tyle starczy. :D to już jest zachęta, aby 'skosztować' festiwalu w przyszłym roku. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Albo mamy wspólnych znajomych, albo Mariusz Heman znalazł się na trzecim zdjęciu zupełnie przypadkowo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem Mariusz, ale nazywa się inaczej i pochodzi z Krakowa ;)

      Usuń
    2. Ten sam człowiek ;) A Heman to ksywka, nie byłam pewna po prostu czy znasz go pod imieniem czy jak sporo ludzi po tym pseudonimie

      Usuń
    3. Imię, to kumpel Żaby, który się z nami zabrał ;) Miły człowiek.

      Usuń
  5. Żabę też znam, ale śmiesznie :D

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.