sobota, 24 sierpnia 2013

"On the road" - autobusowe story 2

zdjęcie z WarszaWikii
Opisywana przeze mnie historia działa się jakiś czas temu, choć nie tak dawno, by o niej nie pamiętać. Wszystko rozgrywało się wczesną wiosną, gdy buty grzęzły jeszcze w śniegowym błocie, a linia 503 kursowała z Ursynowa na Nowodwory - błogosławieństwo pierwszej połowy roku 2013.
Jak w wielu przypadkach zakupów na popularnym serwisie aukcyjnym, umówiłam się ze sprzedającym na odbiór przedmiotu na mieście, wsiadłam w autobus i ruszyłam z nadzieją, że nic ciekawego się tego dnia nie wydarzy. Wiecie doskonale czyją mamą jest nadzieja..? No właśnie.
Wsiadłam więc w autobus linii numer 503 jadący w kierunku Ursynowa, wyglądałam przez okno i spoglądałam na rozchlapujące błoto auta. Na Uniwersytecie wysypało się wielu pasażerów, na Foksalu wsiadła cyganka z dzieckiem na ręku i zaczęła na cały autobus wywrzaskiwać swoje pieśni etniczne. Wielu pasażerów zatykało uszy, bo kwik szedł niemiłosierny, a kobiecina na sam koniec przelazła z kubkiem pomiędzy siedzeniami i wysiadła na następnym przystanku, wyraźnie pogniewana na ludzi nie rozumiejących jej "sztuki".
Odetchnęłam, sytuacja pozornie wróciła do normalności. Pozory prysły, gdy w tłumie ktoś mnie chwycił za rękę. Szarpnęłam i obejrzałam się gniewnie w tamtą stronę. Przede mną stał podstarzały, łysiejący facet w znoszonym szarym garniturze z wytartą, skórzaną aktówką w ręce.
- Ale pani ładna... - zaczął. Już coś zaczęło brzęczeć. Wewnętrzny alarm, niczym Cyfral z "Pana Lodowego Ogrodu", nie dawał mi spokoju.

- Dziękuję, wiem. - odparłam z nadzieją, że taki pokaz "bezczelności" [jak mi kiedyś ktoś niezbyt mądry tłumaczył] wystarczy. "Nadzieja matką...", bo facet widocznie potraktował to jako zachętę do dalszych dywagacji. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, czy po prostu odczuwał ciśnienie, bo wypalił:
- Mnie zabiją jak się z panią nie prześpię. - walnęłam w autobusowy drążek głową. Nie, nie przez wybój.
- A mnie zabiją jak się z panem prześpię. - odparłam niewiele się zastanawiając. Czoło nieco pulsowało bólem, myślałam jedynie o tym jak najszybciej dojechać na miejsce.
- Ale ja panią do Juraty zabiorę, do Zakopanego, do Krakowa... - i tak wyliczał po kolei, ale nie robiło to na mnie szczególnego wrażenia, więc popatrzył na moje "pantofelki" [jak pieszczotliwie czasem nazywam swoją poprzecieraną parę glanów] i w powietrzu zapaliła się latarka. - A bo wie pani, u mnie dzisiaj pod drzwiami z rana stały borowiki, ale nie te grzyby z lasu, tylko te miśki z Biura Ochrony Rządu.
Facet sam się nakręcał. Może nawet by z tych jego historyjek powstał jakiś film akcji klasy "alfabet się dawno skończył", ale na szczęście nikt takiego chłamu produkować by raczej nie chciał.
Spojrzałam na boskiego "żigolo" z politowaniem i - znowu niewiele myśląc - objaśniłam:
- A u mnie dzisiaj pod drzwiami stała moja współlokatorka. Równie niebezpieczna.
Po tych słowach "ryczący kawaler" ruszył ku innej dziewoi, by zalecać się z gracją konia.

1 komentarz:

  1. Dziewczyno, Ty to masz przygody. ;) I jakie powodzenie. ;)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.