poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pan Lodowego Ogrodu 4 - godne zwieńczenie sagi

Wielu czekało na ten moment z utęsknieniem, między innymi Wujek, który regularnie - przy każdej mojej wizycie w Królewskim Mieście Stołecznym Kraków [oficjalnie nikt nie pozbawił Krakowa tej nazwy urzędowo] - psioczył na autora, że wciąż nie ukazał się ostatni tom. Podobno na wielu konwentach Jarosław Grzędowicz pytany był o tom IV tak często, że... na swoim stoliku umieścił kartkę, że ostatni wolumin napisał i teraz zajmują się nim ludzie z Fabryki Słów.
I słowo stało się ciałem, pod koniec listopada roku 2012, miesiąc przez planowanym "kolejnym, choć podobno ostatecznym Końcem Świata" w ręce fanów trafił ostatni tom sagi.

Nadchodzi ostateczna bitwa. Vuko Drakkainen i Filar Syn Oszczepnika przygotowują Lodowy Ogród do walki z dwójką szalonych Pieśniarzy. Tymczasem obłąkana Passionaria Callo budzi się w przygotowanym przez Fjolsfinna pomieszczeniu mającym wyssać z niej moc. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z pierwotnym planem. Na domiar złego w Ogrodzie wybuchają zamieszki na tle religijnym, dotarli tu bowiem wyznawcy Podziemnego Łona. Akcja już od pierwszej strony gna jak szalona i w ogóle nie przystaje.

Zazwyczaj po przeczytaniu któregoś tomu przykładowej serii sięgam po coś innego, by "nie przedawkować" przedstawionego w niej świata, by nie znudzić się bohaterami. To dziwne przyzwyczajenie pozostało mi prawdopodobnie z czasów, gdy kupowałam mangi i na tomiki poszczególnych serii trzeba było czekać po dwa, trzy miesiące [na niektóre i prawie rok się zdarzało]. W przypadku "Pana Lodowego Ogrodu" było inaczej. Domknęłam tom III i niemal przelunatykowałam do półki, gdzie czekał na mnie ostatni wolumin. Zbyt wciągnęły mnie losy Vuka, Filara i Passionarii [zapałałam nieuzasadnioną sympatią do tej postaci] by wziąć do ręki jakąś inną książkę. Wstrzymałam oddech odgięłam okładkę i pomrukując maniakalnie "Porque te vas" znowu znalazłam się w Midgaardzie. Chichotałam z wielu wyłapywanych przeze mnie nawiązań popkulturowych [przykładowo: "...To mówiłem ja, Nitj’sefni. Łubu-dubu."] czy świetnie ukazanego humoru sytuacyjnego ["A jakim sposobem można nie znaleźć rzeki? Byłem tam kiedyś, to i trafię z powrotem. Ty się musisz od nowa uczyć drogi za każdym razem? Strach pomyśleć, jak znajdujesz wychodek."].

I nadszedł koniec sagi, która szturmem wdarła się na listę moich ulubionych książek i uplasowała się na stałe w ścisłej czołówce. Przyznaję się, że z początku oczekiwałam czegoś innego, położenia większego nacisku na postaci Passionarii Callo, Cyfral i kruka Nevermore, których nieco mi brakowało. Zastanawia mnie jeszcze wątek Wody Córki Tkaczki, która przewijała się we wspomnieniach Filara i nagle zniknęła bezpowrotnie. Nie wiem czy autor pozostawia jej dalsze losy domysłom czytelników, czy też może kiedyś w jakiś sposób domknie tę historię.

Pewnego dnia, kiedy podczas pogawędki o książkach wraz z kolegą wzięliśmy na warsztat "Pana Lodowego Ogrodu" naszła nas refleksja: hej, przecież Vuko, choć jest pół-Polakiem, pół-Finem, nie przeklina po polsku! Zastanawialiśmy się czy pan Grzędowicz celowo kazał mu kląć w innych językach, by książka nie została uznana za zbyt kolokwialną. I drapali byśmy się tak po głowach aż by nam wszystkie włosy powypadały [lub zaczął się Polcon] gdyby nie czat z pisarzem na fanpage Fabryki Słów i możliwość zadania mu pytania. Autor odpisał mi tak: "To mu nadaje pewien indywidualny rys. Poza tym, rzeczywiście klnie dużo, a przekleństwa fińskie wyglądają fajnie. Jeżeli ta książka kiedykolwiek wyjdzie po fińsku, to poproszę wydawcę by Vuko klął w niej po polsku." [Jarosław Grzędowicz] Podczas rozmowy z autorem około godziny później [jakim cudem mi się to udało, to materiał na osobną opowieść, ale komunikacja warszawska stanęła na wysokości zadania] usłyszałam odpowiedź na żywo [bo wybiegłam z domu chwilę po zadaniu pytania na facebooku] i dowiedziałam się również, że w czeskiej wersji "Pana Lodowego Ogrodu" Vuko również klnie po fińsku.

Zirytowały mnie nieco mankamenty, o których wspominali mi znajomi czytający "Pana Lodowego Ogrodu" przede mną. W wyczekiwanej przez wielu fanów książce kosztującej niemało [54,90 za wydanie zintegrowane to na moją studencką kieszeń nieco sporo] pojawiło się kilka literówek i przestawiona w kolejności strona. Ostrzeżona  przewróciłam na następną, by po chwili powrócić na poprzednią. Wiem, może nie karkołomne, ale takich "kwiatków" można było uniknąć.
Trzeba jednak Fabryce oddać sprawiedliwość, tom IV prezentuje się pięknie na półce, zachwyca ilustracjami - nie tylko tą z okładki, lecz także wieloma grafikami wewnątrz książki.

Po zakończeniu czytania ostatniego tomu muszę przyznać, że brakuje mi Midgaardu. W czwartym i ostatnim tomie nareszcie wiele wątków zostało domkniętych, nareszcie wyjaśniła się tajemnica intrygującego tytułu, lecz osobiście czuję się jakoś dziwnie. Kartkuję jeszcze sporej grubości książkę, którą nie zawsze wygodnie było czytać w komunikacji miejskiej, przeglądam rozdziały "po łebkach" [dzięki czemu udało mi się wygrać nowe wydanie "Wypychacza zwierząt"]. Chyba to jest ten "kac książkowy", o którym czytałam na powielanej przez wiele portali grafice. Pewności co do tego nie mam. Wiem natomiast, że zakończenie przeze mnie innej sagi będzie musiało dłuuuugo poczekać - bo jak napisał na odwrocie książki Andrzej Pilipiuk: "Pan Lodowego Ogrodu [...] czytelnikom wskaże standardy, których mają prawo oczekiwać."

Pan Lodowego Ogrodu tom IV

autor: Jarosław Grzędowicz
wydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania: 2012
ilość stron: 871
cena okładkowa: 54,90

moja ocena: 4,5/5

4 komentarze:

  1. Dobra, chyba czas na przetrzepywanie pobliskich bibliotek w celu znalezienia tej serii. :D

    Swoją drogą, piękne nowe tło. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkę polecam obiema ręcami i nogami :)
      A tło jest jedną z pamiątek wakacyjnych :) Dopasuję tylko czcionki i pewnie zostanie na dłużej :)

      Usuń
  2. Wiem, że na to może trochę za późno, ale wątek Wody jest znany. Okręt dobił do Lodowego Ogrodu, a dzieciak, który z niego wyszedł (Brus syn snycerza) to dziecko Filara (który z "zawodu" był snycerzem) i Wody.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za uwagę, zajrzę jeszcze raz :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.