czwartek, 19 września 2013

Kroniki Ciemności. Łowca demonów. - o czarodziejkach, magii i paru takich, czyli o konsultacjach przed użyciem

Przy układaniu ostatniego stosiku książkowego cieszyłam się jak głupia, że udało mi się złapać trzy debiuty w tak krótkim czasie, że zmieściły się na jedną gromadkę. Taka moja natura - odczuwam szczególny sentyment wobec autorów debiutujących, uwielbiam odkrywać diamenty, które później zostaną oszlifowane.

Dlatego też, zaintrygowana zapowiedziami i pozytywnymi recenzjami na odwiedzanych przeze mnie blogach, postanowiłam zobaczyć jak ukształtował się książkowy debiut młodziutkiej (pełnoletniej od tego roku) autorki. Przyznam się szczerze, miałam pewne obawy już od samego początku. Wyczytałam na którejś ze stron, że tekst zaczął powstawać w momencie, gdy Agnieszka Michalska, wówczas trzynastoletnia dziewczyna, pod wpływem serialu "Charmed: Czarodziejki" podjęła swoją pierwszą próbę pisarską. W gardle stanęła mi dziwna gula. Sama pamiętam swoje wypociny z czasów, gdy miałam te magiczne 13 i cieszę się z mojej całej mrocznej i - co rusz katowanej kawą - pompki od krwi, że nic z nich do dzisiejszego dnia nie przetrwało.

Wróćmy jednak do debiutanckiej książki Agnieszki Michalskiej, gdyż to ona jest przedmiotem tej notki, a nie dywagacje na temat moich (mniej lub bardziej obfitych w skutki) błędów młodości.

Katy jest normalną nastolatką - ma przyjaciół, spotyka się z nimi. Lada dzień ma skończyć 15 lat. Nie jest świadoma, że trzy wychowujące ją kuzynki na ten dzień zaplanowały zdradzenie jej pewnej bardzo ważnej tajemnicy: dziewczyna jako noworodek została uratowana przez jedną z członkiń jej rodziny i - zgodnie z prośbą matki dziewczynki (przy dziecku dołączony był list od rodzicielki) - rosła w błogiej nieświadomości jej magicznego dziedzictwa. Wszystko miało się zmienić w dniu jej piętnastych urodzin...

Wiele z osób, które choć pobieżnie suną wzrokiem po mojej opinii, oglądało serial "Czarodzejki" emitowany w przeróżnych stacjach telewizyjnych. Osobiście nie byłam jego wielką fanką, ale bardzo lubiłam poleżeć przed telewizorem i popatrzeć co też Amerykańce wymyślili, szczególnie że grała tam Shanen Doherty, aktorka znana między innymi z popularnego serialu "Beverly Hills 90210" (nie wiem za co, ale kobietę lubiłam). Śledziłam zatem losy umagicznionych kuzynek: Piper Halliwell, Phoebe Halliwell, Prue Halliwell i Paige Matthews; mieszkających w jednym domu i strzegących świata przed dominacją złych mocy.
Byłam świadoma, że ten świat odnajdzie odbicie w pierwszej wydanej książce Agnieszki Michalskiej, nawet chciałam zobaczyć co też można z tych realiów wyciągnąć.
I magicznie rzecz ujmując: w wielu aspektach po prostu się rozczarowałam. W sposób jak najbardziej obiektywny postaram się przedstawić co nie podeszło mi w "Łowcy demonów". Nie mam na celu obrażania i ubliżania komukolwiek, tylko wyrażenie swojej opinii - słowa te kieruję do osób, które opatrznie interpretują niektóre sformułowania.

W dalszych akapitach tego tekstu zamiennie z tytułem i słowem "książka" będę używać sformułowań "fanfik" i "fanfiction" (w końcu jesteśmy obywatelami UE, to już brzmi niemal światowo). Same czarodziejki, tak jak i ich świat został według mnie - wbrew zamysłom autorki - powielony, a nie "zreinterpretowany". Zgadzają się serialowe imiona, relacje bohaterek, ich sposób bycia i zainteresowania.
W jednej z opinii na lubimyczytac.pl przeczytałam, że fanfikiem owa książka nie jest, bo bohaterki podobno mają serialowe imiona, ale moce za to mają inne (podany został przykład Phoebe i jej mocy). "Twój argument jest kaleką", mam ochotę odpowiedzieć. Czytałam kiedyś fanfik z "Dragon Balla" (a lato było piękne tego roku, choć nie pamiętam daty dokładnie. Niestety nie pamiętam też tytułu fika i jego autora), w którym Trunks rozmawiał z jednym z synów Son Goku, na temat nowych mocy, które odkryli w sobie ich ojcowie. Okazywało się, że do przemiany w Super Sayana nie trzeba mieć w sobie pokładów niezwykłej złości, ale trzeba się cieszyć! Bohaterowie osiągali zatem kolejne poziomy mocy, tuning po całości. Wszystko skończyło się w momencie, gdy jeden z nich zobaczył się w lustrze i przestał się cieszyć.
Zastanówmy się więc razem czy autor streszczonego przeze mnie fanfika z "Dragon Balla" może obwołać swój utwór opowiadaniem (tekst miał chyba ze 2 strony w Wordzie), bo zmienił moce?
No dobrze, pewnie wielu zakrzyknie, że przecież autorka "Kronik ciemności" zbudowała swoją własną historię na bazie serialowych realiów, mimo że (jak woły na pastwisku) strasznie wiele elementów w książce wywołuje w czytelniku dziwny proces "deja vu".
No tak, ja kiedyś też zbudowałam coś na kształt "mojego świata" na bazie serialu "Beyblade" (na oko emitowany po raz pierwszy jakoś w marcu 2003 na Polsacie. Tworzyłam fiki pod mangi i anime, bo siedziałam w tym głęboko), nawrzucałam do tego przeróżnych elfów i półelfów i kazałam im "puszczać bąki" (chodzi o zmodyfikowane zabawki, które część z nas pamięta z dzieciństwa). Były nowe turnieje, były nowe bestie, ale administrator strony umieszczającej moje wątpliwej jakości teksty nie podczepił tego pod zakładkę "Opowiadania", lecz "Fanfiction -> Beyblade". (Nie wiem czy ktoś jakimś dziwnym trafem ma jeszcze straszydło pod wdzięcznym tytułem "Dalsze losy Bladebreakersów", ale jeśli przez niedopatrzenie wciąż jest w jego posiadaniu, proszony jest o niezwłoczne usunięcie wirusa z dysku. Tak, wypowiadam się na temat swoich wypocin sprzed ponad 10 lat.)

Zauroczyła mnie ilustracja z okładki przedstawiająca młodą, "puciatą" dziewczynkę z wiązką mocy wyłaniającą się z jej dłoni. Magia przełamująca mrok, świetna sprawa dla takiego maniaka jak ja. Świetnie rozłożone światłocienie, moja ulubiona kolorystyka. No po prostu miód i orzeszki, bo czego chcieć więcej?
Otwieram książkę, w środku wita mnie powtórzona grafika, tym razem w wersji czarno-białej.

Zaczynam czytać. Już od początku akcja rusza z kopyta. Tajemnicza postać przedziera się przez miasto i potyka się o ostre kamienie (pojawiają się "tylko po to, by ją zatrzymać". Magia li to, czy dziwna personifkacja?). Dzierży w rękach tajemnicze zawiniątko, tak małe, że jego zawartość może się wysunąć. Kilka akapitów później dowiecie się, że owym zawiniątkiem jest malutkie niemowlę otulone becikiem, które może się wyślizgnąć. Czarne żarty na bok. Jako osoba nie posiadająca jeszcze potomstwa postanowiłam zasięgnąć opinii kogoś, kto już swoje dzieci ma. Dowiedziałam się, że becik działa w ten sposób, że owija dziecko dość ciasno, by te nie wypadło.
Niosącą dziecko kobieta jest jedną z czarodziejek, która później relacjonuje siostrom swoją ucieczkę. Okazuje się, że z zagrożonego terenu udało jej się zbiec dzięki zaklęciu teleportacji, dzięki któremu znalazła się w domu. Szkoda, że brakuje ewentualnej adnotacji typu: "Niestety byłam zbyt wycieńczona, by znaleźć się od razu w domu i musiałam przebiec przez kawałek miasta.". Od razu klamerką spina się nieszczęsny bieg bohaterki i teleportacja.
Nie do końca przemówił do mnie również list, który był "dołączony" do dziecka. Autorka (matka dziewczyn) na początku prosiła kuzynki o zajęcie się potomstwem, wyznaczyła sposób wychowania niemowlaka, w razie potrzeby zaoferowała pomoc (choć nie żyje. Czy przywoływanie dusz zmarłych nie podchodzi przypadkiem pod czarną magię i nekromancję?). Zastanowiło mnie natomiast bardzo mocno "post scriptum": "Zapomniałabym. Dziewczynka ma na imię Katy. Katheryn Elizabeth Halliwell. Jest jedną z trzech wybranych." (fragment książki, strona 13). W słynnym "P.S." autor listu zawiera informacje mało istotne lub coś, co mu się przypomniało. Jak jednak imię dziecka i jego natura ma być zepchnięta na dalszy plan? Jeśli miałabym coś takiego pisać, zaczęłabym na przykład tak:

"Drogie córki,
z racji, że jesteście już prawie dorosłymi czarownicami, nie mam obaw przed powierzeniem Wam tej trudnej misji. Przed sobą macie oto Katy, Katheryn Elizabeth Halliwell, Waszą (bo zwroty do adresata w listach pisze się z wielkiej litery, chyba że obyczajowość się zmieniła) kuzynkę będącą jedną z trzech wybranych. Jednocześnie chciałam Was przestrzec, by dziewczyna do dnia swoich piętnastych urodzin nie dowiedziała się niczego ani o magii, ani o swojej prawdziwej naturze.(Tu ustęp o księdze, bo jest w porządku)
Liczę na Was, moje dziewczynki!
Powodzenia!
XYZ
P.S. W razie jakiegokolwiek kłopotu wzywajcie mnie zaklęciem."

Czytałam dalej. Wiem, że autorka jest młodą osobą i dopiero co rozpoczyna swoją pisarską karierę (i nie ukrywam, że życzę jej sukcesu, bo czemu miałabym życzyć źle?) i jej styl jeszcze wymaga pracy. Jestem jednak przeciw tworzeniu dziwnych metafor ("Metafory są niebezpieczne!", jak pisał Feiks W. Kres w "Galerii złamanych piór" - polecam każdemu, kto chce za pisanie się brać) typu "(...)poustawianych na nim (na stole - przyp. Cat) świetlików smagających przybyłych niemrawymi łunami."(strona 30). Zajrzałam zatem do słownika, który w znaczeniach tego słowa wskazał mi owada o świecącym odwłoku, okno dachowe wpuszczające światło i mały przyrząd będący pomocny wędkarzom podczas połowu ryb. Podejrzewam, że autorce chodziło o jakiś rodzaj świecy, czy lampy. Zatem owa specyficzna lampa smaga ludzi światłem. Smagać można na przykład batem. I czy łuna jest niemrawa? Wrzuciłam ową kolokację w google i nie wyskoczyło nic. (Któryś z profesorów na roku radził, by w przypadku jakiś dziwnych połączeń wyrazowych wrzucać to "kuriozum" w google i zobaczyć ile jest wyników. Im więcej, tym mniejsze szanse, że nie stworzymy jakiegoś dziwoląga. Usłyszałam to w kontekście języka angielskiego, ale w innych też się sprawdza.)
Wiem, że autorka chce ubrać w słowa sytuację, w której światło tych lamp/ świec oświetla twarze gości, to znów je przyciemnia.
Zauważyłam również pewną niekonsekwencję. Bohaterów otoczyły demony, sytuacja była podbramkowa, złe istoty chciały zmieść z powierzchni ziemi naszych protagonistów. Tylko jakim cudem władający nadprzyrodzonymi mocami dowódca na stronie 75 zostaje nazwany człowiekiem. No ja wiem, że u Jaspera Kenta gromadą wampirów dowodził człowiek, ale poza nadludzką (i wyćwiczoną) tężyzną fizyczną nie posiadał super mocy. Tylko że tutaj to nie pasuje.
"Gdy wreszcie dwie grupy oddzieliły się od reszty garnizonu..."(strona 76) Zapewne chodziło o "oddział". Garnizon, jak definicja między innymi na Wiki wskazuje, odnosi się do przestrzeni/ miejsca.
"Był gotów wziąć pierwsze uderzenie na siebie, ale nie musiał, bo nagle przed nim, jakby spod ziemi, wyrosła postać Łowcy, który odparł ostrze demona własnym mieczem." (strona 92) - Ja bym ten potok słów skróciła. Przykładowo: "Był gotów wziąć pierwsze uderzenie na siebie. Szczęśliwie i niespodziewanie pojawił się przed nim łowca (nie pojmuję, czemu wciąż pisany jest z wielkiej litery), który odpierając ostrze demona własnym mieczem, osłonił go."
Irytują też notoryczne powtórzenia: "ciastka, ciastka, ciastek, szafa, szafa, szafy, demony, demony jednorożec, jednorożec"... Tego da się w bardzo łatwy sposób uniknąć. Owszem, nie widać może tego w trakcie pisania, czy też po zakończeniu procesu twórczego, ale "tekst powinien odleżeć", jak niejednokrotnie podkreślał wspomniany przeze mnie Kres.

Uparłam się, że doczytam tego fanfika do końca. Mimo gwałtownie opadającego morale. Owszem, miał potencjał. Już pal go w piętę, że czkało mi się serialem "Czarodziejki" jak nigdy, choć podobno miałam dostać coś świeżego. To nawet byłoby do przełknięcia, choć wolałabym, by autorka wykreowała coś swojego, nowatorskiego. Niech to nawet będą jakieś czarodziejki, oby nie z księżyca i oby nie kuzyki Halliwell, niech rzucają jakimiś czarami, mają klany, mają dary, niech to nawet się na jakimś schemacie opiera, a nie będzie niemal przekserowane. Niech to nie będzie próba zrobienia alternatywnego odcinka/ początku serialu.
Popastwiłam się nad tym wydaniem, choć nie robiłam tego dla własnej przyjemności. Lekturę od strony technicznej przypłaciłam ostrym bólem głowy. Wiem, autorka jest młoda, ale ktoś podpisał się pod korektą. Jednak takich rzeczy nie wyłapać?!

Przykro mi, ale z tym tomem żegnam się z serią "Kroniki ciemności.". Z początku cieszyłam się na kolejny debiut na naszym rodzimym fantastycznym rynku i dreptałam niecierpliwie w kolejce w Empiku do momentu, gdy książkę odebrałam (tak, kupiłam "Łowcę demonów" za własne pieniądze, zatem mogę wyrazić opinię z punktu widzenia kupującego), potem się zawiodłam.
Trzymam jednak kciuki za autorkę, że kiedyś wykreuje swój własny świat i tutaj, tak w tym miejscu, dokładnie na blogu Zapiski z Przypomnianych Krain, będę mogła o książce Agnieszki Michalskiej wypowiedzieć się w samych superlatywach i latać pod sufit z pochwałami za pomysłowość, dobrze rozplanowaną intrygę i humor, czego sobie i Wam życzę z głębi mojej uszkodzonej od nadmiaru kawy pompki.

Kroniki ciemności. Łowca demonów.

autor: Agnieszka Michalska
wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
data wydania: 2013

moja ocena: 1/5
Przykro mi, ale nie urzekło.

14 komentarzy:

  1. Szkoda, że tak słabo. Miałam na nią ochotę...

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam, ale obawiając się o swoja skórę nie napisałam recenzji, z wiadomych względów. Moją opnie znasz, mnie to wystarczy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na potwierdzenie deklaracji mam jeszcze wydruk z Empiku. Nie dostałam książki, nie czułam presji.
      Na serio byłam nastawiona pozytywnie, choć ten szum "łaaa, to jest super i bestseller" nieco zniechęcał.

      Usuń
  3. No cóż ;) Dziękuję za każdą opinię ;) Mam nadzieję, że jednak sięgniesz po tom drugi, ponieważ będzie już to zupełnie inna historia, w której niemalże zanika fanfick :) Zostają tylko imiona, a fabuła daleko odbiega od serialu ;) Tym razem zanurzę się w ogień ;)

    Ale i tak dziękuję za recenzje ;) Każda się liczy ;)

    Agnieszka Michalska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popracuj nad stylem. Świetnymi książkami z mnóstwem rad są "Galeria złamanych piór" (biały kruk, ale może w bibliotece się trafi) i "Galeria dla dorosłych" Feliksa W. Kresa. Facet jest momentami złośliwy ponad miarę, mało kiedy chwali, ale wrzuca mnóstwo porad dla tych, którzy chcą pisać książki.
      Podobno jeszcze King stworzył podręcznik dla pisarzy, ale nie miałam szczęścia go złapać.

      Usuń
    2. Pracuje cały czas nad stylem, a każda recenzja dla mnie jest nauką, którą przelewam na tom drugi ;)

      Spróbuję złapać te książki przy najbliższej okazji ;) Dziękuję za radę :)

      Usuń
    3. Agnieszko, bardzo mi zaimponowałaś wzięciem na klatę tej ostrej (choć moim zdaniem i zasłużonej) krytyki. Jeśli jest w Tobie tak duża doza dystansu do swojej twórczości i chęci uczenia się na błędach, to prawdopodobieństwo, że kiedyś wysmażysz arcydzieło znacząco się zwiększa. Tego Ci życzę, a na razie... pisz dalej :)

      Usuń
    4. Także i u mnie za tą postawę Agnieszka ma spory plus. Kiedyś niepochlebnie wypowiedziałam się o pewnej książce nagradzanego autora i ten napisał, że nie mam racji, bo jestem brzydka. Ot, tak z przytupem.
      Za Agnieszkę trzymam kciuki, bo widzę w niej mnóstwo uporu i wiary. Tylko ten, co nie robi nic, nie popełnia błędów. Zdecydowanie lepiej już coś robić i na swoich błędach się uczyć.

      Usuń
  4. Może, kiedyś, jeśli będę miała okazję, przeczytam. Jestem mało krytyczna, dziwnych sformułowań metaforycznych nie wyłapuję. ;) A Czarodziejek prawie nie pamiętam, bo oglądałam od przypadku do przypadku.
    I masz rację Małgosiu podążając za Kresem - warto odleżeć tekst i jeszcze dać komuś do przeczytania, kto zada nam dodatkowe pytanie 'co autor miał na myśli' dając nam do myślenia. Ja sobie swego czasu pisałam 'do szuflady' i czytała moja siostra, która ze mną omawiała to i owo.
    Przy okazji, zbieram się do przeczytania moich nastoletnich opowiadań, coby się trochę pośmiać. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się pośmiałam ze swojego znalezionego "nastoletniego" opowiadania, które przyjaciółka przepuściła przez korektę. Nie ma to zakończenia, bo wena mi się w pewnym momencie wyczerpała i porzuciłam. NIe wykluczam, że ta historyjka znajdzie się tutaj i doczeka zakończenia.

      Usuń
  5. Raczej nie przeczytam, ale okładka bardzo mi się podoba.
    Świetnie napisana recenzja.

    OdpowiedzUsuń
  6. I like you! ; ) Masz taką łatwość w redagowaniu tekstu, zazdroszczę. Co do książki, zgadzam się w 100%. Nie miałam zamiaru zabrania się do niej, a Twoja opinia tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Dzięki! ; )

    OdpowiedzUsuń
  7. Mimo twojej niepochlebnej recenzji bardzo chciałabym zapoznać się z tą książką. Chociażby dlatego, że autorka jest moją rówieśniczką.
    Nie pochwalam wydawania swoich pierwszych książek w tak młodym wieku (sama miałam na to wielką ochotę, lecz w porę się powstrzymałam), lecz przecież to wolny kraj i jeżeli ktoś tak bardzo pragnie pokazać światu swoje wypociny - to czemu nie? :)
    Zadaniem czytelników będzie ocenienie tej powieści - okaże się jednak czy w sposób pozytywny czy negatywny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że znajdziesz w tej książce coś, co Ci się spodoba - wszak różni ludzie i różne gusta (całe szczęście, bo świat byłby nudny). I powodzenia przy wydaniu własnej książki ;)

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.