niedziela, 15 września 2013

PolCon 2013, czyli dziennik z zaginięcia część 3: 31.08 - 01.09.2013

Gorączkę akredytacji i kilka prelekcji mieliśmy już za sobą. Wciąż w dwuosobowym składzie przeglądaliśmy program z mazakami w dłoniach i zastanawialiśmy się, czy pierwotna wersja planu zostaje, czy też nanosimy szybkie korekty. Dzień wcześniej jeszcze na którejś prelekcji graliśmy w "kamień-papier-nożyce" i ostatecznie stanęło w kilku kwestiach spornych na moim.

31.08.2013

Wstać na 10.00 było ciężko, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Motywacja jednak była silna, by dojeżdżać z Białołęki - czekał nas kolejny dzień do "przesiedzenia" na prelekcjach. Ten jeden argument wystarczył mi i Mariuszowi, by zwlec się z wyrek i wyruszyć w obfitującą w jedną przesiadkę podróż w kierunku Politechniki - nawet jeśli w autobusie 101 pan kierowca nie mówił nic przez mikrofon.
Dotarliśmy na miejsce sporo przed godziną 10.00. Mieliśmy już wywalczone akredytacje, na nadgarstkach złote opaski ze ścierającym się napisem "PolCon 2013" [bez napisów, ale w tym samym kolorze były dla gości VIP z Ursynaliów - takie moje małe spostrzeżenie], a na szyjach smycze z syrenką i plakietki z naszymi personaliami. Byliśmy gotowi, co by nie mówić. Tak samo gotowi jak lwia część odwiedzających teren konwentu, bo tego dnia wciąż byli chętni na wejściówki, choć imię ich już nie brzmiało "Legion".



W sobotę kostium poszedł w odstawkę...
Tego też dnia mój dyżurny kostium Alicji poszedł w odstawkę - czarna peruka strasznie przyciąga promienie słoneczne i niemiłosiernie się nagrzewa. Brak wig capa [czy jakkolwiek nazywają to użytkowniczki przeróżnych perukarskich grup] i obecność sporej ilości wsuwek i gumeczek też sprawy nie ułatwia.
Nie spodziewałam się jednak, że już na wejściu napotkam na dwie kolejne cosplayerki, które wcieliły się w postać kultowej Alice.

Ruszyliśmy na górę w kierunku Auli LIT-1. Wciąż byliśmy za wcześnie, ale zależało nam na złapaniu jak najlepszych miejsc na sali. Niektórym rozgrzewa dusze płomień istnienia, nas intrygował tytuł prelekcji prowadzonej przez Krzysztofa Piskorskiego: "Szaleni naukowcy, szalone teorie". Ok, moją początkową motywacją było złapanie autografów na "Zadrze" (co też udało się przed wykładem, gdy aula powoli zapełniała się słuchaczami), ale temat eksperymentujących szaleńców zawsze jeżył mi włos na głowie.
O dziwo, autor nie skupiał się na przykładach znanych "czytaczom" z literatury, lecz poszedł w stronę historyczną. Dowiedzieliśmy się o szalonych i (o zgrozo!) zrealizowanych projektach podczepiania psich głów do prądu (stworzenia reagowały na bodźce otoczenia, jednak nie wiadomo, czy były świadome - obejrzeliśmy upiorny filmik ilustrujący ten eksperyment), czy też o przeszczepianiu i podłączaniu do układu krwionośnego żywiciela łbów "Burków" (zszokował mnie schemat przekroju przez taką chimerę oraz kilka zdjęć pokazujących efekt "eksperymentu" na żywo). Nie brakowało również aspektów komediowych, czyli przykładów pobieranych głównie z Rosji (bawił nas nie tylko sam humor prelegenta przy przedstawieniu sylwetek poszczególnych naukowców, a także zachwyt Stalina i "ostre wtf" na twarzach uczonych). Popularne porzekadło mówi, że Rosja to nie kraj, lecz stan umysłu. W przypadku naukowca zatrzymującego rozwój genetyki na kilkadziesiąt lat, "bo to brednie" sprawdza się ono w ponad stu procentach. Szaleję? Chyba udzielił mi się klimat prelekcji.
Pod koniec autor obiecał również, że wszyscy, którzy się do niego zgłoszą na spotkaniu, otrzymają antologię "Ostatni dzień pary" z tegorocznego Krakonu. Nadstawiliśmy uszu, w oczach pojawił się dziwny błysk. Nałogowi gadżeciarze dostali cynk.

Wielu wie, że wśród obranych przeze mnie celów jest napisanie książki, dlatego też "Nieporadnik młodego autora" prowadzony przez ekipę z pisma "Esensja" [A. Kańtoch i A. Hałas] wydał mi się strzałem w dziesiątkę. Mariusz miał na początku nieco inne zdanie, ale wygrana przeze mnie partia "kamień-papier-nożyce" przesądziła sprawę. Niestety na PolConie nie da się być na wszystkim - wiele ciekawych atrakcji odbywa się w tym samym czasie.
Już na wstępie poznaliśmy ujmującą za serce historię dwóch wampirów karmiących adoptowane roczne dziecko jajecznicą z bekonem i płatkami. Dzięki temu ich pociecha potrafi wypowiadać się za pomocą zdań złożonych i nawet prowadzić wywody zamknięte przez autora/ autorkę (nie znam tożsamości osoby, która ową historię stworzyła) w rozdziały.
A później było jeszcze weselej. Pod kątem "czego nie publikujemy u nas" (czyli w "Esensji") otrzymaliśmy garść cennych wskazówek wpisujących się na listę "jak pisać wolno, jak nie". Poznaliśmy kilka niefortunnych sformułowań, których (brońcie Bogowie) lepiej nie używać, bo wszystko nagle robi się infantylne. Poznaliśmy również sposób, w jaki teksty trafiają do pisma, jaki jest mechanizm oceniania, ile czeka się na recenzję tekstu. Po prostu: było warto się wybrać.
A z opinii użytkowniczki jednego z portali internetowych wyczytałam, że niewiele straciliśmy nie wybierając się na prelekcję odbywającą się równolegle.

Kontrowersyjny nadruk na Mariuszowej koszulinie
Po prelekcji złapaliśmy Krzysztofa Piskorskiego, obiecane przez niego antologie i autograf przy opowiadaniu ze zbioru. Z początku planowałam zostawić Mariusza na terenie Politechniki i wyskoczyć na szybko w okolice Ronda Wiatraczna do koleżanki, by odzyskać egzemplarz z jedynego papierowego wydania "Gorących uczynków" Witolda Jabłońskiego. Jednak mój towarzysz, zamiast pozostać na "Przyczynku do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX w.", wyruszył ze mną przyciągając ciekawskie i niekiedy gorszące spojrzenia dzięki zakupionej dzień wcześniej koszulce. Mój Boba Fett wpisany w logo pewnej sieci fast-foodowej takiej furory nie zrobił.

Wróciliśmy nieco później niż planowaliśmy pierwotnie, lecz wystarczająco wcześnie, by załapać się na końcówkę Dyżuru Autorskiego R. Kosika i R. M. Wegnera odbywającego się w Amplitronie od godziny 14.00. Mariusz złapał autografy na swoich książkach, później wyskoczyliśmy jeszcze do niebezpiecznego dla portfeli miejsca - na Wydział Fizyki, gdzie znajdowało się wiele stoisk z książkami, gadżetami, grami i co tam jeszcze duszyczka by zapragnęła w posiadanie objąć.

Wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem "Słowa i miecza", najnowszej książki Witolda Jabłońskiego, dlatego też nie do wyobrażenia dla mnie byłaby sytuacja, w której na panel "Fantasy słowiańska" (wśród gości: Witold Jabłoński, Elżbieta Żukowska, Michał Studniarek, Sławomir Mrugowski i Artur Szrejter - ostatni nie został wymieniony w programie imprezy) bym się nie wybrała. Podobnie jak ja pomyślała spora część osób i salka LIT-4 od godziny 15.00 mogła śmiało kandydować do miana "salka.zip".
Podobno czegoś takiego jak Fantasy Słowiańskie nie ma. Podobno nasza kultura nie oferuje nic ciekawego, czym byśmy się mogli szczycić. Podobno lepiej budować swoje fantasy na realiach proponowanych przez kulturę anglo-saską. No serio? Niniejszy panel "ludziom słabej wiary" pokazał, że wcale tak nie jest. Owszem, w terminologii literackiej nie funkcjonuje taki termin jak "Słowiańskie fantasy / Slavic fantasy", tak samo nie funkcjonuje "Viking fantasy", czy "Celtic fantasy", co wcale nie przeszkadza używać tego terminu czytelnikom. Nie tak dawno temu sprzedawca książek z krakowskiego Dworca Głównego obwieścił mi, że niestety nie ma poszukiwanej przeze mnie książki, ani nic ze Slavic fantasy, które mogłoby mnie zainteresować. Wymienił kilka tytułów i wyraził ubolewanie, że niestety w tej chwili na stanie ich nie ma. Widzicie?
Jednak z naukowego punktu widzenia, jak napomknęłam, już nie wszystko jest proste. Sporo podgatunków fantastyki swą nazwę czerpie z języka angielskiego. Prostym rozwiązaniem wydawałoby się więc pojechanie do Anglii i spopularyzowanie tam proponowanego terminu. Prostsze jest jednak używanie sformułowania "tak zwana fantasy słowiańska". Sprytny trik, czyż nie?

Może i jestem zła i niedobra małpa, ale następne spotkanie wybrał Mariusz. Podreptaliśmy zatem do Auli LIT-2 na Spotkanie z wydawnictwem Powergraph. Dowiedzieliśmy się o kondycji rynku wydawniczego w Polsce, historii oficyny wydawniczej oraz jej celach: wydawanych seriach i większemu naciskowi na dystrybucję książek w elektronicznym formacie. Osobiście preferowałabym papier, ale lepsza taka forma niż żadna.
Mariusz ściskając w "rencach" swój egzemplarz "Herosów" podśmiewał się ze mnie, że z pewnością będzie miał więcej autografów w książce. Udało się chłopakowi. Gdy zakończyła się prezentacja wydawnictwa i przeszliśmy do części "pytania od publiczności", on od razu wystrzelił ze swoim: "Przepraszam, ale która to jest pani Skalska, bo mam książkę do podpisu." Zbił wszystkich z tropu, ale odpowiedź i dedykację uzyskał, czym się chwali u siebie.

Nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Myśleliśmy, czy by się przypadkiem nie wybrać na "Hatak zaprasza: Bogowie w telewizji - jak ostatnio przedstawia się w serialach istoty nadprzyrodzone", gdzie obok redakcji Hatak.pl można było posłuchać również Jakuba Ćwieka. Nie przeczę, temat z pewnością ciekawy. Nie wiem jak wyszło z jego realizacją - objętość salki OF 2 skutecznie uniemożliwiła nam udział.
Nie zmieściliśmy się? No trudno, zarządziliśmy więc przerwę obiadową. Zamówiliśmy po kanapce w bufecie [reklama nie sponsorowana, ale dobre te zapiekane mieli] i podreptaliśmy na kanapy przy OF 1.
Przysiedliśmy zatem, rozłożyliśmy programy i planowaliśmy: czy trzymamy się pierwotnej wersji, czy znowu coś zmieniamy.
I nagle spojrzeliśmy na lewo, gdzie Robert M. Wegner w towarzystwie swoich córek rozmawiał z dwiema kobietami. Mariusz trącił mnie łokciem. "Ty, to chyba pani Zajdel tam stoi", wyszeptał. Uśmiechnęłam się szelmowsko wyciągając z torebki długopis i identyfikator z folijki. (Długopisy na PolConie to straszna zmora - mało kto swoje pisadło miał. Przez pierwsze dwa dni cały czas świeciliśmy do ludzi oczami o udostępnienie na chwilę. Trzeciego dnia uznałam, że nie po to się tyle ich u mnie po pokoju wala, byśmy na miejscu szukali po ludziach.)
Poczekałam chwilę na odpowiedni moment, gdy pani Jadwiga zostanie sama i ruszyłam w jej stronę, by poprosić ją o pamiątkowy wpis. Nie sądziłam, że kolega ruszy tuż za mną.
Zaskoczyliśmy żonę sławnego pisarza. Nie była przygotowana na to, że ktoś przyjdzie z prośbą o dedykację właśnie do niej. Pieczątka z podpisem jej męża została w domu, jednak pani Jadwiga obiecała nam, że na drugi dzień będzie ją miała ze sobą.
I jak wrażenia ze spotkania "w 6 oczu" z panią Zajdel? Przesympatyczna, pełna ciepła kobieta, która nazwała nas "swoimi dzieciakami kochanymi" i dotrzymała słowa z pieczątką, o czym napomknę później.

I znowu zmieniły nam się plany, wszystko pod wpływem spotkania z poprzedniej godziny. Mieliśmy iść słuchać o metodach ukrycia ciała przez seryjnych morderców [panel Anety Jadowskiej], ale niestety nie wyszło. Ruszyliśmy zatem do sali naprzeciwko, Auli LIT-1 na pełen wspomnień Panel Zajdlowski. Poznaliśmy historię nagrody imienia Janusza A. Zajdla, dowiedzieliśmy się o kilku narastających wokół niej kontrowersjach oraz wysłuchaliśmy mnóstwa ciepłych konwentowych anegdot. Czuliśmy się jak gdybyśmy znaleźli się nagle na zjeździe rodzinnym. Pani Jadwiga Zajdel zrobiła na nas niebywałe wrażenie - jak z rękawa sypała historiami z konwentów i gal. Potrafiła także opisać wnętrza pomieszczeń, w których się one mieściły. Niebywała pamięć. Dowiedzieliśmy się również o teorii spiskowej, według której jeśli chcesz zostać laureatem, musisz kręcić się niedaleko pani Jadwigi. Ile w tym prawdy?
Sympatycznym akcentem była również obecność kilku pisarzy należących do grona nagrodzonych "Zajdlem". Dwóch z nich miało odebrać niewręczone w poprzednich latach statuetki.

Po panelu wyrwałam z Politechniki jak szalona. Podobno sama Gala miała być "nudna jak flaki z olejem", jak przekonywał jeden z uczestników konwentu, ale przecież takie coś trzeba zobaczyć! Takie przynajmniej moje zdanie.
Pognaliśmy zatem do metra, stamtąd do Centrum i piechotą do Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki.
Jak zwykle byliśmy za wcześnie. Sympatyczny gżdacz ze szponiastymi rękawicami pilnował drzwi i "na piękne oczy" przed godziną 20.00 nie wpuszczał.
Napięcie się potęgowało, pojawiało się coraz więcej uczestników i autorów. Czekaliśmy. Dyskutowaliśmy z innymi na temat naszych typów co do nagrody. Zauważyłam również, że niekiedy "kto tę nagrodę dostanie" zmieniało się na "kto na tę nagrodę szans w ogóle nie ma". Sama obstawiałam Roberta M. Wegnera i jego opowiadanie "Jeszcze jeden bohater" z antologii "Herosi" i - choć wydanie obfitowało w babole - czwarty tom sagi "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza. Czas pokazał, że trafiłam w 50%. Chyba mogę zacząć grać w Lotto.
Chwila wpuszczania na salę w końcu nadeszła. Złapaliśmy świetne miejsca niedaleko sceny, przysiedliśmy i rozglądaliśmy się po nowoprzybyłych twarzach.
Wszystko ucichło, zgasły światła. Z głośników popłynęła muzyka wygrywana przez długowłosego klawiszowca. Na scenę wyszło dwóch prezenterów. Rozpoczęła się gala.
Na początek podziękowania dla tych, bez których konwent w ogóle by się nie odbył. Na scenę wychodziło kilkoro przedstawicieli (jeden nie przemawiał zbyt długo, zażartował na temat ballady o KolejKonie), wszyscy obecni gżdacze. Z sali płynęły oklaski. Później przedstawiciel białostockiego klubu fantastyki "Ubik" odebrał dyplom upamiętniający trzydzieści lat działalności. Wybrano Mistrza Gry i wręczono mu puchar, nagrodzono najlepszy scenariusz gry planszowej. Oczekiwanie się potęgowało. Na scenę wyszli laureaci konkursu "Światy Zajdla".
Światła przygasły. Znowu muzyka, tym razem nawiązująca do uniwersum "Gwiezdnych Wojen". Dłużyła się niemiłosiernie do chwili, gdy usłyszałam motyw z Kantyny. Wtedy ożywiłam się. Ktoś na sali podobno zaczął tańczyć.
Na Panelu Zajdlowskim usłyszeliśmy, że tego dnia wręczane mają być statuetki nagrodzonym, którzy jeszcze swoich nie otrzymali. Dlaczego? W chwili gdy otrzymywali swoje nagrody, dostali je w formie dyplomu. Figurka pojawiła się nieco później.
Na scenę wyszła pani Jadwiga Zajdel.
Pierwszym nagrodzonym był profesor Edmund Wnuk-Lipiński za dokonania na polu polskiej fantastyki
Statuetka Nagrody Fandomu Polskiego imienia
Janusza A. Zajdla. Źródło fotografii:
http://www.zajdel.art.pl/galeria.html
socjologicznej. Jako drugi na scenę wyszedł Marek Baraniecki, autor książki "Głowa Kasandry" wydanej po raz pierwszy w 1985 roku.
Nastąpiła krótka przerwa. Za chwilę nastąpić miał ten moment, na który czekali wszyscy. Pani Jadwiga Zajdel ponownie wyszła na środek sceny. Pojawiła się także osoba z komitetu liczącego głosy.
Jeszcze raz spojrzeliśmy na wyświetlane na projektorze powieści i opowiadania nominowane do Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla. Wśród nominowanych autorów każdy miał na swoim koncie przynajmiej jedną statuetkę. Poczet "Zajdlistów" miał się więc w tym roku nie zwiększyć.

W kategorii "Powieść" nominowane były utwory:

  • "Kłamca 4. Kill'em all" Jakuba Ćwieka, wydawnictwo Fabryka Słów,
  • "Pan Lodowego Ogrodu. Tom 4" Jarosława Grzędowicza, wydawnictwo Fabryka Słów,
  • "Czarne" Anny Kańtoch, wydawnictwo Powergraph,
  • "Niebo ze stali." Roberta M. Wegnera, wydawnictwo Powergraph,
  • "Pomnik cesarzowej Achai. Tom 1" Andrzeja Ziemiańskiego, wydawnictwo Fabryka Słów.
Jak już wspomniałam, typy wśród fanów były różne. Niewielu z naszych rozmówców wierzyło w powodzenie Jarosława Grzędowicza w tym roku.
Pani Jadwiga Zajdel ruszyła na środek sceny. W dłoniach trzymała dyplom skrywający przed nami to jedno nazwisko - tylko czyje? Zastanawialiśmy się wszyscy. Czekaliśmy.
W końcu nasza ciekawość została zaspokojona - Nagrodę Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla za rok 2012 w kategorii "Powieść" otrzymał Robert Wegner za tekst "Niebo ze stali". Wzruszony autor zarzekł się w trakcie przemówienia, że nie zaśpiewa. Jeszcze nie wiedział...
Z naręczem kwiatów i statuetką w dłoni odsunął się krok w tył.

W kategorii "Opowiadania" nominowane były utwory:
  • "Będziesz to prać" z książki "Chłopcy" Jakuba Ćwieka, wydawnictwo Sine Qua Non,
  • "Co było, a nie jest..."  z książki "Chłopcy" Jakuba Ćwieka, wydawnictwo Sine Qua Non,
  • "Kukuryku!"  z książki "Chłopcy" Jakuba Ćwieka, wydawnictwo Sine Qua Non,
  • "Portret nietoty" Jacka Dukaja publikowany w zbiorze "Zachcianki", wydawnictwo Świat Książki,
  • "Czerwona Mgła" Tomasza Kołodziejczaka z książki pod tym samym tytułem, wydawnictwo Fabryka Słów,
  • "Jeszcze jeden bohater" Roberta M. Wegnera z antologii "Herosi", wydawnictwo Powergraph.
Doniosła chwila nam nadeszła. Pani Jadwiga Zajdel wzięła do ręki dyplom preznaczony dla laureata w tej kategorii. Wstrzymaliśmy oddech. Tutaj byłam niemal pewna swojego osądu, ale jakiś brzęczyk szeptał, że wszystko się może zdarzyć. Mogło.
Kilkanaście sekund później już wszystko było wiadomo. Nagrodę Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla za rok 2012 otrzymał Robert M. Wegner. No, trafiłam!
W tym momencie autor nie mógł już odmówić woli ludu wywrzaskującej gromko hasło "zaśpiewaj". Ze sceny popłynęły pierwsze słowa "Szła dzieweczka do laseczka", po chwili przyłączyliśmy się i my.
I gdy skończył, na scenę wbiegły jego dwie córeczki. Chwila dla fotoreporterów: szczęśliwy ojciec i jego dwie dziewczynki, które ochoczo pomagają mu nieść kwiaty i dyplomy. Piękna i niezapomniana chwila.
I jak z tą teorią spiskową..?
Dzień 31.08.2013 w historii Nagrody Fandomu Polskiego zapisał się jako moment, w którym po raz drugi pisarz w trakcie jednej gali zgarnął statuetki w obu kategoriach. Poprzednia sytuacja miała miejsce w roku 2006, gdy Jarosław Grzędowicz otrzymał "Zajdla" za rok 2005 za pierwszy tom powieści "Pan Lodowego Ogrodu" oraz opowiadanie "Wilcza zamieć" z antologii "Deszcze niespokojne" - oba utwory wydane w wydawnictwie Fabryka Słów.

01.09.2013

Tego dnia spadł deszcz. Zupełnie jakby wszystkie siły na niebie i ziemi żałowały, że PolCon właśnie się kończy. Nam było smutno, a nasze negatywne emocje poszliśmy dusić na stoisku z książkami. Już nas widzę na jakiejś grupie wsparcia: "Małgorzata G. i Mariusz P. opowiedzą Wam teraz o tym jak nałogowo kupują książki." "Tak, nałogowo kupujemy książki." "Wspieramy Was...". A tak na serio: chcieliśmy się zaopatrzyć w jakąś książkę imiennika prawdopodobnie najsłynniejszej nagrody z dziedziny fantastyki w Polsce. Mój wybór padł na "Limes Inferior".

Na ten dzień zaplanowane mieliśmy niewiele, w sumie chcieliśmy iść na cokolwiek, by jak najwięcej uszczknąć z tego PolConowego tortu.
Takie założenie było przy planowaniu pierwotnym, ale po Panelu Zajdlowskim Mariusz strzelił mnie łokciem pod żebro i oświadczył: "Gośka, idziemy na Spotkanie z Jadwigą Zajdel" w OF 1 o 11.00". Wspomniałam już wcześniej, że żona słynnego Janusza A. Zajdla obiecała nam przyniesienie pieczątki z podpisem jej męża. Poza tym sama postać pani Jadwigi i ciepło, którym emanuje, sprawiły, że nasze kroki same skierowały się ku miejscu spotkania.
Aula była spora, jednak atmosfera kameralna. Pani Jadwiga Zajdel i reszta towarzyszących jej osób wyszła zza pulpitu (na stanowisku pozostał jedynie P. W. Cholewa operujący komputerem i wyświetlający zdjęcia). Wszyscy przysiedliśmy w kole i słuchaliśmy niezwykłych opowieści snutych przez żonę zmarłego pisarza, a także oglądaliśmy fotografie pochodzące z prywatnych zbiorów prelegentów.
Po prelekcji udało mi się złapać "PWC" i dostać od niego autografy na posiadanych przeze mnie "Pratchettach", a także pieczątkę i dedykację na "Limes Inferior" od pani Jadwigi. Mariusz z tego, co zauważam, nie pochwalił się kto pieczątkę ze sławnym podpisem otwierał...

Niestety ominął nas panel Witolda Jabłońskiego pod tytułem "Słowiańska apokalipsa", ale zamierzamy to nadrobić podczas Katowickich Targów Książki w sobotę o 12.30. Taki jest pierwotny i niezmienny element planu.

Ostatnim punktem PolConowego programu, w którym uczestniczyliśmy, była promocja książki A. Haskiej i J. Stachowicza "Śniąc o potędze" wydanej przez Narodowe Centrum Kultury. Posłuchaliśmy o przedwojennej fantastyce, o marzeniach o dominacji Polski nad resztą świata. Wizje niekiedy szalone, ale bardzo ciekawe. Zamierzam wreszcie przysiąść nad poruszaną na prelekcji książką "Rok 1975" B. Żarnowieckiego. I jeśli mi się spodoba, kto wie - może i ja rozpocznę swój sen.

Tegoroczny PolCon w Warszawie niestety dobiegł końca. Nie obyło się bez wtop (KolejKon, brak przerw między prelekcjami), które na wcześnie można skorygować w następnych edycjach. Nie mam zamiaru jednak psów na stowarzyszeniu "Avangarda" wieszać, bo dzięki ich pracy mogłam się świetnie bawić na pierwszym w moim życiu konwencie. Teraz, kiedy spoglądam o te kilka dni wstecz, nawet KolejKon wspominam jako przesympatyczną przygodę (choć wolałabym, gdyby była to jedyna tego typu przygoda na konwentach).
W przyszłym roku PolCon ma się odbyć w Bielsku-Białej w terminie od czwartego do siódmego września. Za organizację odpowiedzialna będzie Fundacja Wspierania Inicjatyw Kulturalnych i Społecznych. Ja już kombinuję wyjazd, a Wy?

5 komentarzy:

  1. Normalnie aż się łza w oku kręci do wspomnień xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kebabie nie wspominałam, ale tę tradycję można wpisać w wypady ;)

      Usuń
  2. Ale obszerna notatka;) Super. Masa informacji:) Btw fajny kostium:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziękowawszy ;) Przy okazji mój pierwszy "dorosły" kostium, bo "Balów przebierańców" z podstawówki i przedszkola nie liczę.

      Usuń
    2. Po Katowicach będziesz też miała dwie relacje xD I nawet będziesz jedną z bohaterek tych relacji xD tu i na Książkach w Pajęczynie :)

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.