środa, 4 września 2013

Polcon 2013, czyli dziennik z zaginięcia część 2: 30.08.2013

Czwartkowa batalia, jak zauważyliście w poprzedniej notce, była porażką. Nie tylko nam przepadły zaplanowane punkty programu z powodu KolejConu, pożarły komary [choć o nich nie wspomniałam. Poza tym nie tylko moskity żarły], a plecak z książkami do podpisu niemiłosiernie wrzynał się w ramiona. Może taka nauczka na przyszłość, by zrobić przedpłatę - orzekniecie. Może. Tylko że tych z przedpłatami również na miejscu czekała kolejka - choć rację muszę przyznać, że krótsza.



30.08.2013
Wyruszyliśmy. Oczywiście ciężko było się z wyr zwlec, by zdążyć na 10.00 na prelekcję o Cyklu Demonicznym Petera V. Bretta. Docieramy więc na miejsce nieco później. Przed drzwiami Centrum Dowodzenia/ Budynku Głównego wita nas kolejka ludzi, którzy nie dokonali akredytacji dnia poprzedniego. Nawet nie "krajobraz po bitwie", choć mieliśmy w pamięci czwartek i szczerze kolejkowiczom współczuliśmy.
Sięgamy po nasz pokolorowany mazakiem plan [mieliśmy 2, ale oba jakimś dziwnym trafem znajdowały się u Mariusza - nie pytajcie jak] i kombinujemy jak dostać się na 11.00 do LIT-3. Dziękuję sympatycznemu gżdaczowi o nieznanym mi imieniu, który pomógł dwójce zagapionych na plan wędrowców na miejsce trafić. Okazja nie byle jaka. "Fenomen Royal Navy", czyli prelekcja prowadzona przez Marcina Mortkę, cenionego przeze mnie pisarza fantasy [i nie tylko!]. W trakcie tego zabawnego spotkania dowiedzieliśmy się bardzo wiele na temat sposobów werbowania załóg na okręty, morskich bitew i przesądów. Podobno unikano ratowania topielców, bo ratownik... byłby coś tonącemu winien! Kuriozum!
Chwila po spotkaniu, czyli Mariusz narzeka, że w nowym
wydaniu ukazał się tylko pierwszy tom "Ragnaroku 1940"

O 12.00 w Amplitronie czekaliśmy na dyżur Witolda Jabłońskiego i Jacka Komudy. Chociaż plecak wygodniejszy tym razem, to jednak książki pisane przez nich nieco ważyły. Sympatyczna pani gżdaczka powiadomiła nas jednak, że nie może dodzwonić się ani do jednego autora, ani do drugiego. I w tym momencie podjęliśmy jedną z najbardziej destrukcyjnych decyzji dla naszych portfeli: poszliśmy na stoiska do gmachu Fizyki. Udało mi się złapać koszulkę z PolConowymi syrenkami, drugą z "Boba Fett. Hunt it your way" rozpisaną w logo jednej z sieci fast-foodowej.

Pilnowaliśmy czasu, by wrócić na 13.00 do LIT-3. Marcin zapowiedział, że bezpośrednio po spotkaniu autorskim ucieka do Poznania, dlatego jeśli chcemy autografy na książkach, powinniśmy się wyrobić na czas. Zatem się pojawiliśmy. Złapałam autografy na "Przygodach Tappiego z Szepczącego Lasu" i "Podróżach Tappiego po szumiących morzach" dla cioci, która twórczości Marcina jeszcze nie zna. Podkreślijmy to "jeszcze", bowiem jak ją znam, po przeczytaniu obu książek postanowi przedstawić sympatycznego wikinga dzieciakom, którymi zajmuje się w szkole. Tak, jest wychowawcą klas młodszych w jednej z podłomżyńskich podstawówek. Dla siebie chwyciłam podpisy na obu tomach "Ragnaroku 1940", "Listach Lorda Bathursta" i drugim tomie serii "Miecz i kwiaty".
Na samym spotkaniu dowiedzieliśmy się dlaczego seria o Tappim jest tak ważna dla autora oraz skąd wziął się lubiany nie tylko przez dzieci wiking. Marcin zwrócił naszą uwagę, że dziecko jest konsumentem wymagającym i dociekliwym, potrafiącym wytknąć jakieś mało istotne [wydawałoby się] szczegóły. Między innymi właśnie dlatego ciężej pisze się bajki dla dzieci.
Zdałam sobie sprawę, że mój portfel ucierpi strasznie w ciągu tego roku - od Marcina będzie 6 premier [a pod koniec września wychodzą wyczekiwane przeze mnie "Morza wszeteczne"!]! Dam radę.

Uparłam się, że po spotkaniu z Marcinem Mortką zostajemy w tej same sali. Niech sobie Mariusz gdera, ale już sam tytuł prelekcji "Fajerbole, latające smoki, szklane bomby - niekonwencjonalna broń dawnych Polaków (XVIII - XIX)" prowadzonej przez Andrzeja W. Sawickiego intryguje. Może nie brał jej z początku na poważnie pod uwagę, ale argument, że mam książki do podpisania, odegrał kluczową rolę. Owszem, złapaliśmy poślizg, bo wykład wymagał laptopa i rzutnika - był tylko rzutnik. Wśród fanów udało się zorganizować jednak komputer i wszystko ruszyło z kopyta. Dowiedzieliśmy się, że za panowania Ludwiki Marii Gonzagi Polska miała szansę, by zdominować przestrzeń powietrzną dzięki skonstruowanemu przez włoskiego wynalazcę specjalnemu smokowi na pedały! Machina ta zbudowana została z drewna i w atmosferze wielkiego święta po raz pierwszy wzniosła się nad Warszawę. Pierwszym pasażerem [jak w przypadku rosyjskiej suczki Łajki] okazał się przypadkowy kot pochwycony gdzieś chyłkiem. Machina wzniosła się podobno nad dachy budynków, po czym widowiskowo upadła. Pasażer przeżył. Owo wydarzenie nie zostało niestety nigdzie oficjalnie udokumentowane - przetrwało w listach francuskich i we wspomnieniach późniejszej królowej Marysieński, ówczesnej dwórki.
Ciekawostką jest również Kosowóz, czyli jeden z pierwszych "czołgów" dla osiemnastowiecznych powstańców. Niestety nie zachowały się ani ryciny, ani rysunki przedstawiające ową maszynę wojenną, jednak jeśli wierzyć opisowi jednego z powstańców przytoczonemu przez prelegenta, pojazd zdecydowanie szokował. Po wielu latach zszokował i nas, słuchaczy tego wykładu. Napęd a'la Flinstonowie, kosy powtykane "na jeża"... Nie, to nie jest pierwszy kwietnia.

Zamarudziliśmy. Przez moją kawę spóźniliśmy się na Spotkanie z Klubem Świata Komiksu na Bloku Komiksu Fantasy Expo. Dowiedzieliśmy się, że Egmont pożegnał się z wydawaniem mangi [komiksu japońskiego], dlatego też nie uświadczymy już "Inuyashy", "Ruroni Kenshina", "Miecza nieśmiertelnego" i wielu innych. Wydawnictwo skupia się obecnie na komiksach amerykańskich i europejskich. Z dobrych wieści dla fanów Neila Gaimana: planowane jest wznowienie cyklu "Sandman". Ze złych wieści dla fanów Neila Gaimana: nie będzie wznowienia "Ostatniego Kuszenia" opartego fabularnie na płycie "The last temptation" Alice'a Coopera. Bez brania pod uwagę [jak się okazało] błędnego rozumowania, że na allegro osiąga niezłe ceny, więc by się sprzedało. W tej chwili akurat na aukcjach nie widzę, ale jeszcze nie tak dawno odbierałam na Warszawie Wujkowi.
Dowiedzieliśmy się także na temat kosztów "produkcji" komiksu i jak przekłada się to na cenę albumu w sklepie lub księgarni. Przyznam się, nie myślałam o rynku komiksowym dotychczas w ten sposób.

Na SF, drugs and rock'n'roll! się tylko kawałkiem załapaliśmy, więc znowu poszliśmy na stoiska budżet uszczuplać. Przy jednym z nich spotkaliśmy Anetę Jadowską, pogadaliśmy chwilę. Obeszliśmy również resztę stoisk, na które wcześniej poświęcaliśmy mniej czasu. Pan z Wydawnictwa Dobre Historie "wcisnął" mi "Coś na Progu" numery 3-7, płytkę i antologię za magiczne 50 zł. Całkiem tanio. Do tego dowiedziałam się, że projekt Tequilla, którego jestem jednym z fundatorów [dzięki portalowi crowdfundingowemu, a co ;) ]. Na stoisku antykwariatu na górze znalazłam do tego jeszcze numer 2, więc mam już prawie komplet. Zastanawiam się nad założeniem oddzielnej zakładki na prasę, gdzie nastukam kilka słów między innymi o "Cosiu". Jeśli coś ruszy, zostaniecie powiadomieni.

Żałuję, że zagapiliśmy się na stoiskach i spóźniliśmy się na prelekcję "Jak istniejemy?" Marcina Przybyłka. Po wykładzie udało mi się złapać autora i otrzymać od niego sympatyczną dedykację na książce "Gamedec. Granica rzeczywistości", na której wznowieniu autor figuruje jako Martin Ann, oraz na opowiadaniu w siódmym numerze "Coś na progu". Zastanawia mnie jeszcze gra, którą nosił dumnie pod pachą autor. Wkrótce mam okazję się przekonać jak wygląda planszówka osadzona w realiach świata Gamedec. Doczekać się nie mogę!

Kolejny konflikt interesów: "Średniowieczny kościół - śmiać się czy płakać" czy Spotkanie autorskie z Magdaleną Kozak? Stanęło na moim, poszliśmy na spotkanie autorskie. Już wcześniej wiedziałam, że autorka jest lekarzem wyjeżdżającym na misje do Afganistanu, więc z pewnością nuda by nam nie groziła. Nie myliłam się. Autorkę widziałam na oczy po raz pierwszy i przyznam szczerze, że jej uzależnienie od adrenaliny dało mi sporo do myślenia. Mariusz był zachwycony jej opowieściami o życiu i leczeniu ludzi w Afganistanie.

Nie dziwota, że ruszyliśmy na Dyżur Autorski Magdaleny Kozak. Mogłam z autorką pogadać bardziej nieoficjalnie i otrzymać wiadomość, która podtrzymała na duchu bliską mi osobę. Mariusz w międzyczasie złapał autograf M. Cholewy. Autora nie znam, zna go niewielu. Jednak jego mina w chwili gdy podpisywał kumplowi książkę była bezcenna.
Wyszliśmy wcześniej, w końcu nie było sensu zabierać tlenu w sali, gdzie odbywało się głównie podpisywanie książek. Poszliśmy bankrutować dalej i przy okazji coś zjeść, bo nie samą fantastyką żyje człowiek.

Kolejny punkt programu: Hell-komiks, czyli najlepsze komiksowe horrory - panel prowadzony przez Jakuba Ćwieka, K. Śmiałkowskiego i W. Birka. W drodze do sali Kuba podpisywał ksiązki w biegu, a wokół niego kłębił się tłum fanów. Do mnie taki sposób rozdawania autografów nie podszedł, więc wróciłam z "białymi" stronicami.
Przysiedliśmy z tyłu i wysłuchaliśmy dyskusji. Może z mojej strony [gderającej na mangę kiedy się da] zabrzmi to dziwnie, ale komiks japoński potraktowany był w moim odczuciu nieco po macoszemu. Ktoś z tłumu wspomniał o "Uzumaki" i temat się skończył.

Zmęczenie dawało już się we znaki, ale ruszyliśmy jeszcze na punkt programu przygotowany przez Anetę Jadowską: Apetyt na zwłoki - kanibalizm w życiu i na ekranie. Temat ciekawy i trudny, odbiegający od pojęcia "dobrego smaku". Szkoda, że okna auli po całym dniu pozostawały zamknięte. Peruka grzała niemiłosiernie i musiałam się przejść przewietrzyć. Ominęło mnie kilka punktów dotyczących przypadków prawdziwych kanibali w historii. Gdy wróciłam, omawiany był już Hanibal Lecter [on wie, że każdy człowiek jest w środku dobry] w zestawieniu z wymienianymi wcześniej kanibalami. Co ciekawe, w Polsce nie odnotowano jeszcze przypadku kanibalizmu. Można mieć pewne podejrzenia co do sprawy Władcy Much z Katowic.

30.08.2013 w porównaniu do swojego poprzednika był udanym dniem. Jego bilans przedstawia się następująco:
- mnóstwo autografów,
- lżejszy portfel,
- kilka unikatowych zdobyczy, w tym prezent dla kumpla na urodziny,
- spóźnienia na prelekcje [zastanawia mnie czy nie można zorganizować "przerw technicznych" między prelekcjami - tak po około 5 minut na zebranie się ludzi, podczepienie ewentualnego sprzętu],
- świetna zabawa. Tego dnia PolCon na serio zaczyna mi się podobać.

4 komentarze:

  1. Chciałabym kiedyś uczestniczyć w czymś takim - zabawa przednia (mimo kilkugodzinnego czekania) i ileż rzeczy ciekawych się dowiedzieć można. Autografy i spotkania stanowią wisienkę na torcie.


    P.S. Książka dziś doszła, dziękuję bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli będziesz miała możliwości i chęci, wybieraj się w przyszłym roku do Bielsko Białej :)
      Miłego czytania i dzięki za info :)

      Usuń
    2. Wprawdzie daleko będę miała, ale kto wie - może akurat mi się uda :)

      Usuń
    3. Jeśli chcesz jeszcze o PolConie poczytać zapraszam do siebie http://ksiazkiwpajeczynie.blogspot.com/2013/09/polcon-2013-kolejne-dni-swietnej-zabawy.html

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.