niedziela, 6 października 2013

Graham Masterton w Polsce, czyli o konsekwencjach ratowania pewnego kota

Nabytek
Rok akademicki wyglądał już zza winkla, czaił się podstępnie by dorwać dwójkę szalonych studenciaków szukających jakiejś atrakcji, dzięki której można wykorzystać umykające przez palce ostatnie momenty wakacji. Postanowiliśmy zatem z Mariuszem zrobić z ostatniego wolnego dnia jakiś użytek.
Pocztą pantoflową trafiła do nas informacja, że 30.09.2013 w księgarni Matras przy Alei Solidarności w Warszawie o godzinie 18.00 ma się rozpocząć spotkanie autorskie z Grahamem Mastertonem, uznanym autorem horrorów, thrillerów, poradników i powieści historycznych.

Chwilę przed 18.00 pojawiliśmy się w Matrasie. Pokazaliśmy ochroniarzowi wniesione przez nas książki (w tej sieci, nie wiem czemu, nie ma możliwości oznaczenia wnoszonych towarów) i przystanęliśmy przy jednym ze stolików. Miejsc siedzących już nie było, nie tylko wokół sceny z trzema fotelami i stolikiem, lecz także wzdłuż małego korytarzyka. Oczekiwaliśmy. Lada moment mieliśmy zobaczyć słynnego pisarza.
Poruszenie, niecierpliwe szepty z dalszej części zebranej grupki fanów. Graham Masterton wreszcie się pojawił...


Uczynię pewną dygresję już na wstępie. Bo mnie boli. Bo wali po łbie i kaleczy uszy. Imienia tego pisarza nie wymawia się "Graham"! To nie typ pieczywa (w sumie całkiem smacznego), tylko imię. I nie wymawia się go tak po słowiańsku, lecz tak. Dygresji koniec.

Znaleźli się na scenie we trzech: Graham Masterton, prowadzący oraz tłumacz. Graham rozpoczął to spotkanie klimatycznie - śpiewając fragment "Can't help falling in love". Zaskoczył mnie pozytywnie, miał na serio ładny głos.

Skąd Graham Masterton czerpie inspirację, skąd bierze pomysły na te wszystkie książki? - to pytanie w niekiedy zmienionej formie słyszy prędzej czy później każdy pisarz. Niektórzy opowiadają historie o magicznych szufladach, inni o specjalnej "Gazecie z pomysłami". Historyjek tego typu jest wiele. Co natomiast odpowiada Masterton? Postaram się Wam zrekonstruować jego historię z pamięci - najlepiej jak potrafię.

Kiedyś, kiedy Graham był jeszcze małym chłopcem, z powodu kiepskiej sytuacji finansowej rodziców, musiał dzień w dzień chodzić do szkoły pieszo. W przeciwieństwie do swoich kolegów nie miał rowerka.
Dzięki temu mógł w trakcie spacerów obserwować otoczenie.
Gdzieś tam, po drodze, znajdował się stary, zapuszczony dom. Mieszkała w nim staruszka, która miała wiekowego kocura.
Pewnego dnia to kocisko wybiegło na ulicę. Pech chciał, że zwierzak wpadł pod motocykl.
Motocyklista zatrzymał się nieopodal i zlustrował poszkodowane zwierzę. Graham otrząsnął się z szoku.
- Musimy go zabrać do weterynarza, jest niedaleko. - oznajmił.
- To tylko kot - zaprzeczył motocyklista zakładając kask.
- Ale musimy mu pomóc!
- To tylko kot - powtórzył mężczyzna i odjechał.
Chwilę później na drogę wybiegła przerażona staruszka.
- Mój kotek! Mój kotek nie żyje! - załamywała ręce.
- On żyje - zauważył Graham i wziął ranne zwierzę na ręce. - Zaniosę go do weterynarza.
- Czy naprawdę mógłbyś to zrobić? - w głosie kobiety po raz pierwszy można było usłyszeć nadzieję.
- Oczywiście. - jak powiedział, tak zrobił. Wyruszył do gabinetu weterynarza.
Dowiedział się tam, że kot ma tylko złamaną łapę i wyliże się z tego. Uradowany wyruszył do właścicielki zwierzaka, by przekazać jej tą radosną wiadomość.
Staruszka ucieszyła się niezmiernie, że jej jedyny domownik będzie żył.
- Kim byś chciał zostać w przyszłości, młody człowieku? - zapytała, gdy miał już wychodzić.
- Pisarzem - oświadczył dumnie Graham.
Kobieta wyciągnęła kawałek papieru i zapisała na nim ciąg cyfr - numer telefonu.
- Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował pomocy, zadzwoń pod ten numer.
Wiele lat później, gdy myślał o rozpoczęciu kariery pisarskiej i szukał odpowiedniego pomysłu na książkę, odnalazł poszarzały kawałek papieru. Niewiele myśląc wykręcił numer i czekał na połączenie. Jeden sygnał, drugi... W końcu po drugiej stronie odezwała się znana mu sprzed lat kobieta.
- Jest taki Indianin - zaczęła - który ma zdolności szamana. Nazywa się Manitou. - odłożyła słuchawkę.
Graham uznał, że to bardzo przydatna wskazówka. Dzięki niej napisał jedną ze swoich sztandarowych książek - "Manitou". Od tamtej pory za każdym razem, gdy nie ma pomysłu na książkę, wyciąga ten kawałek kartki i dzwoni do staruszki po podpowiedzi. Intrygujące, czyż nie?

W trakcie spotkania z autorem nie tylko tę historię można było usłyszeć.
Graham Masterton bardzo lubi Polskę. Gościł już w naszej ojczyźnie w trakcie Pyrkonu, Krakonu, a teraz pojawił się w Warszawie (przy okazji wesela swojej przyjaciółki). Wspominał, że w trakcie Pyrkonu "there were five thousand people, some of them were dressed like fairies, some like Darth Vader and some legal people", co zostało przetłumaczone jako "było tam 12 tysięcy ludzi, część przebrana za skrzaty, część za Dartha Vadera i za ludzi LEGO". Plasnęłam się w czoło. To samo sformułowanie zostało powtórzone w przypadku Krakonu. Ludzie LEGO?! Że gdzie?! Widziałam jednego LEGO człowieczka na PolConie, ale...
Ale to nie były jedyne kwiatki tłumaczeniowe. Córką zostało ochrzczone wyrażenie "granddaughter" (okeeej), a jedna z książek, o której opowiadał Graham podobno nie została nigdy wydana. Dziwnym trafem owe "niewypuszczone na polski rynek dzieło" wypinało się do słuchaczy dumnie z jednego z książkowych stolików.
Po tej tłumaczeniowej wtopie do akcji wkroczył prowadzący i przejął tłumaczenie kwestii Grahama publiczności. Alleluja.

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Kończyło się także spotkanie autorskie, niezwykle kameralne w porównaniu do tych, do których przyzwyczaja nas Empik.
Ustawiliśmy się w kolejce po autografy. Przed nami stała dziewczyna, która zapytała autora o jakieś rady dla osób chcących debiutować jako pisarze. Graham wyjaśnił (piękną i wyraźną angielszczyzną, czego na wstępie niestety nie zaznaczyłam. Uczynię to więc tutaj), że jeśli się naprawdę o czymś marzy, trzeba do tego uparcie dążyć i nie przejmować się niepowodzeniami. I tym optymistycznym akcentem zakończę ową notkę. Cieszę się, że ostatnie chwile wakacji poświęciliśmy na to, by poznać nie tylko jedną z ikon horroru, lecz także pełnego ciepła człowieka.

2 komentarze:

  1. Czasami jestem wręcz zaszokowana moim brakiem wiedzy na temat różnych autorów. Od niepamiętnym czasów chcę przeczytać jakąkolwiek książkę pana Kinga, ale nic ku temu mnie nie skłania. Tak samo jest w przypadku pana Masterona. Wstyd i hańba. Muszę koniecznie to nadrobić! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze świetna relacja. Mastertona przeczytałam chyba 80% powieści, prócz najnowszych... Czas nadrobić. Erotyki ma genialne, horrory sprawiają, że nie można spać po nocach. Mój ulubiony to właśnie Manitu, czytany ze sto razy chyba.
    Kissy Stag.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.