poniedziałek, 14 października 2013

"Morza Wszeteczne" - tak jak balsam są dla ucha morskie opowieści...

"Kiedy rum zaszumi w głowie
cały świat nabiera treści.
Wtedy chętniej słucha człowiek
morskich opowieści."

Historie o piratach mają w sobie to "coś", ten hak, który z ogromną siłą przyciąga wielu potencjalnych czytelników. Przygoda, zbiór indywiduów, czy też ten dreszczyk emocji - nie potrafię sprecyzować co też mnie osobiście przyciąga w morskich opowieściach najbardziej. Cokolwiek by to było, najczęściej sięgam po tego typu książki niemal "w ciemno", bo wiem, że w rytmie szant z komputerowego głośnika doskonale się przy nich ubawię.
No i nie zaskoczę gdy powiem, że owa magiczna i nienazwana siła pewnego dnia nakazała mi wypłynąć w długo oczekiwany rejs (śledziłam bowiem doniesienia o tej książce z facebookowych stron wydawnictwa Uroboros i Marcina Mortki), niewidzialna macka pchnęła mnie ku regałowi z dumnie - niczym liny okrętowe - prężącymi się egzemplarzami "Mórz Wszetecznych", najnowszej książki Marcina Mortki, poznańskiego pisarza (snującego opowieści zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci) oraz lektora języka angielskiego


"Kto chce, niechaj słucha,
A kto nie chce, niech nie słucha,
Tak jak balsam są dla ucha morskie opowieści."


Dwudziestoletni kapitan Roland zwany przez wielu Wywijasem (ze względu na dwie ośmiornicze macki wyrastające z jego pleców) nie ma łatwego życia. Pewnego feralnego piątku stracił on swój statek "Orlica" i wszedł w posiadanie "Błędnego Rycerza", okrętu odbitego Skellenberczykom. I jego załoga, składająca się z "najbardziej oddanych" (no, właściwie najbardziej nieporadnych) piratów z "Orlicy" (moim osobistym ulubieńcem jest Grzmot, "diabelskie nasienie", który mówi tak szybko, że zanika spacja między wyrazami) wydaje się tu jednym z błahych problemów. Nieco większym jest bowiem mnogość tajemniczych symboli i inskrypcji, którym nie ufa Baobab - okrętowy szaman z masą duchów przodków dookoła, co dość często "mamrocze swoje gusła i piana mu z pyska idzie". Dorzućmy do tego jeszcze samą królową demonów Raun, którą Skellenberczycy przewozili tego dnia nieopodal Necronville, gdzie nadziali się na załogę Rolanda... Leniwie bynajmniej nie popłyną znów rejsu godziny, oj z pewnością nie, gdyż Roland wplątał się właśnie w jedną z poważniejszych wojen, które mogą wstrząsnąć do głębi Wyspami Plugawymi.

"Może ktoś się będzie zżymał 
Mówiąc, że to zdrożne wieści, 
Ale to jest właśnie klimat 
Morskich opowieści."

Przyznam się z ręką na pompce, że oczekiwałam z niecierpliwością na kolejną "piracką" książkę od Marcina Mortki - wszak przy obu częściach "Karaibskiej krucjaty" leżałam ze śmiechu ("Heeeee-maaan!"). W przypadku "Mórz Wszetecznych" takie sytuacje zdarzały mi się delikatnie rzadziej - książka ta jest o wiele dojrzalsza i wulgarniejsza (tak, "brzydkich wyrazów" tu trochę - by nie było, że nie ostrzegałam) i Roland, główny bohater, nie jest tak ciapowaty jak Billy O'Connor. Nie mówię jednak, że nie śmiałam się w ogóle. Załoga pirackiego statku nie zawiodła, a sam "Błędny rycerz"... Knock-out. Szczególnie jeśli idzie o stwory, które z pentagramów i kręgów się wynurzały. Jakie? Nie zdradzę, zepsułabym zabawę.
Przez moment obawiałam się, że autor wplecie w swój utwór coś w stylu romansu Davy'ego Jonesa i nimfy Calypso z trzeciej części "Piratów z Karaibów", czego echa przez chwilę słyszałam. Marcin Mortka zręcznie zabawił się tym motywem i z tego szablonu ukleił... Ano właśnie, tego też nie zdradzę.
Zaciekawiło mnie również przedstawienie piratów jako istot posiadających jakąś mutację na ciele. Nie, nie mówię o przyczepionej do policzka rozgwieździe i wiecznej służbie okrętowi. U członków załogi Rolanda również jest o wiele ciekawiej...

Przekartkowałam jeszcze raz książkę, przejrzałam ilustracje, rzuciłam po raz kolejny okiem na okładkę (wykonane naprawdę starannie, choć na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie prostych). W wydaniu Uroborosa brakuje mi jedynie "skrzydełek" przy okładce - rogi już się nieco przygięły, okładka przetarła.

I muszę się przyznać do jeszcze jednej rzeczy - książka pozostawia czytelnika z ogromnym niedosytem. Pochłonęłam swój egzemplarz momentalnie, doczytałam do ostatniej strony i "czy to już, serio?" - mruknęłam. "Wszystko co dobre, szybko się kończy", jak mówi popularne porzekadło. Pocieszam się, że dalsze losy kapitana Rolanda pojawią się w kontynuacji - "Wyspach Plugawych", których już nie mogę się doczekać.
I wszystkim tym, którzy jeszcze nie wybrali się w rejs z Rolandem i jego przedziwną załogą, polecam udanie się w niezwykłą i pełną niebezpieczeństw podróż po "Morzach Wszetecznych", której z pewnością nie będzie można nazwać czasem straconym.

Morza Wszeteczne

autor: Marcin Mortka
wydawnictwo: Uroboros
data wydania: wrzesień 2013
ilość stron: 412
cena okładkowa: 39,90

moja ocena: 4/5

W tekście wykozystałam zwrotki "Morskich opowieści", autor nieznany.

6 komentarzy:

  1. Przyznam, że gdybym przed twoją recenzją znalazła gdzieś tą książkę, nawet bym jej nie podniosła. Ale brzmi zabawnie. Może się skuszę?

    Czytałaś może jakieś powieści Mileny Wójtowicz? ("Podatek"?, "Wrota"?). Bardzo możliwe, że są w podobnym stylu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam "Podatek". W sumie rzeczywiście, można je zestawić, choć "Podatek" nie jest tak wulgarny. Jednak ten humor to coś, co uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.