niedziela, 17 listopada 2013

"Most Płaczącej Wywerny", "Punkt bez powrotu", część 1

Tytułem wstępu:
Poniższy tekst jest fragmentem opowiadania, które zaczęłam tworzyć w czasach licealnych i niestety nie dokończyłam go do dziś. Kto wie, może wreszcie doczeka się zakończenia? 
Przedstawiam Wam wersję po korekcie, nad którą siedziała niezastąpiona Stagerlee.
Jej także pozwolę sobie zadedykować opowieść traktującą o losach Fenrira i Isary...

Kopiowanie tekstu tylko za moją wiedzą i zgodą.

<<Punkt bez powrotu>>
część 1

Most Płaczącej Wywerny jest granicą pomiędzy światem mroku (Babilonu) i światem ludzi i elfów
(Avalonem). Obie krainy zdają się być dwiema oddzielnymi, latającymi wyspami, pomiędzy którymi rozciąga się niezbadana przepaść. Ludzie mówią, że obie leżą na grzbiecie ogromnej wywerny. Jednak to tylko ludowe bajanie. Faktem jest jednak, iż to wywerna – potwór dużo mniejszy od smoka, z ogonem zakończonym żądłem – jest symbolem tego połączenia. Mówi się, że szpikulec na ogonie symbolizuje Babilon. Tak jak trucizna spływa po ostrym kolcu, tak trujące są ostrza i słowa mieszkańców. Natomiast paszcza, zwrócona w stronę Avalonu, miała oznaczać wiarę, że święty ogień (według legendy otrzymany od tegoż miniaturowego smoka) nigdy nie wygaśnie...
Po pysku kamiennego potwora zwróconego głową ku Avalonowi znowu płyną łzy...
Rozpoczyna się nowa historia...
***
Nad wioską wstawało słońce. Rynek główny powoli wypełniał się przekrzykującymi się przekupkami i drobnymi złodziejaszkami.
Jak co rano, wszystko toczyło się swoim leniwym torem.
Marduk, syn sołtysa o płomiennorudych włosach splecionych w niezbyt staranny warkocz, oparł się o fontannę. Przez moment przyglądał się postaci ogromnego, kamiennego smoka, po czym westchnął. Gdzieś na wschód od wioski mieszkał taki smok - pomyślał. Ten smok więził dziewicę, którą miał uratować pewien mroczny elf, wszak ten przypadkowo się napatoczył. Tak, życie mogłoby być piękne, gdyby mógł przejąć władzę po ojcu. Na jego nieszczęście, ojciec nadal żył. Zdarzało mu się rozchorować, ale miejscowe znachorki zawsze potrafiły dobrać odpowiednie zioła, aby postawić starca na nogi.
Alan, młody strażnik zauważył Marduka w tłumie. Machnął mu przyjacielsko ręką.
- Jak się tam sprawy mają? Pozbyłeś się już tego plugastwa? – Nie przeszkadzało mu, że rudzielec wpatruje się w jakiś odległy punkt.
- Taa… - Mruknął jakby od niechcenia zgarniając kilka niesfornych kosmyków z twarzy. – Dziada zeżre smok, jak i piętnastu poprzednich. – Rzucił beznamiętnie.
Jeden z kupców rozkładał ciężkie skrzynki z owocami na swoim straganie. Podśpiewywał pod nosem jakąś skoczną piosenkę. Nie zauważył, kiedy jakiś urwis podbiegł do niego i go popchnął. Ogromne, czerwone jabłka potoczyły się po bruku. Wbrew wrzaskom kupca, mieszkańcy rzucili się na nie jak dzicy. Tylko kilka z nich zostało rozdeptanych, reszta jakby zapadła się pod ziemię.
Marduk wybuchnął śmiechem. Odwrócił się w stronę fontanny i niemal położył się na murku okalającym akwen. Alan patrzył na niego niedowierzając.
- I czego, debilu rżysz? Przecież on na skargę przyjdzie i będzie odszkodowania chciał. – Rudzielec spoważniał na chwilę.
- Niech przyjdzie, przyjmę go wódką i kiełbasą. – Prychnął i znowu zaniósł się śmiechem. – I opowiem mu coś…
- Co? – Wyszeptał zaciekawiony strażnik. W jego popielatych oczach płonęły dwa małe ogniki.
- Opowiem mu historię o tym, jak wrabia się frajerów. – Alan nie rozumiał. Patrzył na Marduka jak na totalnego idiotę.
- I co to ma niby do tego? Ten kupiec sam... frajer, bo dał się od tylca zajść. – Strażnik teatralnie wyrzucił ramiona do góry i opuścił je z mniejszym pietyzmem. Syn sołtysa zamilkł na chwilę. Po chwili powrócił do tematu:
- Zapobieganie kradzieżom to Twoja rola, mój drogi… - słyszał odgłos przełykanej śliny. – Nie, dzisiaj mam za dobry humor, żeby cię na pręgierz wystawiać… - przeciągnął się. – Mimo lekkiego kaca mogę stwierdzić, że dobrze się dzieje… - Wyszeptał zagadkowo. Alan uśmiechnął się pod nosem.
- To masz na myśli.
- Jestem bohaterem tej wiochy – rudzielec pochylił się nad strażnikiem. – No bo kto wczoraj wyrzucił drowa na zbity pysk nie dając mu szans na przeżycie? No, kto go na pewną śmierć wysłał?
Alan pokręcił głową z niedowierzaniem. Marduk wydawał mu się geniuszem.
- Spadłeś ty tym ludziom z nieba.


***

            Droga do wieży złego smoka ciągnęła się w nieskończoność. Fenrir, młody mag wywodzący się z mrocznych elfów, ciężko westchnął. Jego szkapa, bardziej przypominająca pająka niż konia, człapała powolnie, jakby chciała jeszcze bardziej pogorszyć nastrój właściciela.
            Czarodziej plunął w trawę, po czym poprawił czerwony rękaw szaty.
- Że też mnie maga, samego, bez wsparcia na wojnę ze smokiem wysyłają! Chamy niemyte! Mnie, adepta sztuk magicznych na Uniwersytecie w Dolinie Błękitnego Kruka! Toż to się w głowie nie mieści! I co mnie ma obchodzić jakaś chędożona dziewica, co ją niby jakiś jeszcze mocniej chędożony smok pod kluczem trzyma! Szybciej tam, Błazen! – Koń zarżał z oburzeniem. Fenrir był chyba jedynym magiem, który swoim zwierzętom dawał tak idiotyczne imiona.
            Słońce chyliło się już ku zachodowi. Mag zmrużył oczy. Nienawidził patrzeć na zachodzące słońce. Błazen zarżał. Mroczny elf klepnął go w zad.
- Że to niby moja wina, że wyjechaliśmy tak późno, co?! Żadna moja! – No dobra, moja, pomyślał, ale nie chciał zdradzić się przed koniem. Powiedzmy, że Błazen po wypiciu którejś z mikstur nagle zrobił się dziwny. Taki jakiś mądrzejszy... I to bolało Fenrira. Koń bez żadnego problemu potrafił wybadać, co też jego właściciel porabia w gospodzie. Jak chociażby do takiej tawerny wejść. I nie zwracając uwagi na dziwne reakcje gości...
            Fenrir chwycił się za głowę. Dziwne wspomnienia powracały wraz z coraz mniej dokuczającym kacem.
- Oni mnie upili, Błaźnie! Upili i kazali mi bić się ze smokiem! Mi, magowi TRZECIEJ klasy ze specjalizacją na nekromancję i przywołania! Rozumiesz, wrobili mnie! Mnie, maga z uniwersytetu.
- Bo głupi jesteś – zarżał Błazen, ale cieszył się, że jego pan tego nie zrozumiał.

***

            W gospodzie było niezwykle tłoczno, gdy Fenrir wślizgnął się do niej. Zmierzył wszystkich wzrokiem. Nikt mu na takim zadupiu jak Przełęcz Zdechłej Myszy nie zagrażał. A w tej karczmie to już szczególnie. Owszem, było tam kilku osiłków, takich drwali, czy też grabarzy, ale takich mag pokonywał zazwyczaj intelektem. Inteligencja z reguły nie idzie w parze z siłą. I tacy jak oni byli na to niezbitym dowodem.
            Żaden z bywalców tawerny nie zwrócił na niego wystarczającej uwagi, by dojść do wniosku, że należy go sprzątnąć. Fenrir właśnie dlatego częściej przebywał w takich miejscach. Nie wyczuwał tu żadnych objawów uprzedzenia, z jakimi spotykał się na co dzień w okolicach świątyń i głównych traktów. Wówczas by uciec przed dociekliwymi spojrzeniami świątobliwych paladynów, ukrywał się pod płaszczem. Tutaj na szczęście nie musiał.
            Elf przysiadł przy jedynym, pustym stoliku. Spojrzał na kilka kelnerek, które krzątały się przy barze lub przepychały przez tłum sprośnych, pijanych adoratorów.
- Norma... – mruknął. Zresztą czego miał się spodziewać po takim lokalu?
            Do jego stolika przecisnęła się młodziutka kelnereczka. Mag bez najmniejszego wstydu zmierzył wzrokiem jej krągłe kształty, które w niewielkim stopniu skrywała biała bluzeczka, zresztą dosyć mocno prześwitująca.
- Czy może coś podać? – Zagadnęła. Rozkosznie potrząsnęła kasztanowym warkoczem. Zamrugała zielonymi oczyma.
- Coś, najlepiej na koszt zakładu. – wyszeptał Fenrir spoglądając na nią kątem oka, ale wystarczająco zalotnie, by wywołać na jej twarzy rumieniec.
            Poprawiła stanik.
- Na koszt zakładu to tylko po godzinach – zaśmiała się.
- To chyba skorzystam. – z udawaną nieśmiałością dotknął jej ręki. – Jeśli drowy nie wzbudzają w tobie żadnego lęku, panienko...
- Nie tutaj, panie. WON! – Wrzasnęła wymierzając kopniaka do tyłu. Mroczny elf poczuł się wytrącony z równowagi. Spojrzał na zataczającego się, pijanego cieślę, który wpadł na blat stolika obok. – Bardzo pana przepraszam, ale tak jakoś mam, jak ktoś próbuje mnie macać w pracy... – Elf wzruszył ramionami.
- Jajecznicę.
- Słucham?
- Jajecznicę. I piwo. Tak żeby trawiło się lepiej. Na mój koszt. A o tym na koszt zakładu pomyślę.
            I nie skorzystam - pomyślał odprowadzając ją wzrokiem aż do wąskich drzwi za ladą, w których znikła.
            Rozejrzał się wokoło. Wszystko było tu zupełnym przeciwieństwem świata podziemi, zwanej przez jego pobratymców Doliną Błękitnego Kruka. Tutaj, na powierzchni światem rządzili mężczyźni. To od nich zależały losy całych krain, to oni mogli sobie w spokoju obmacywać tawernowe dziwki. Dobra, jeśli zapłacą i jeśli główne macane będą w odpowiednim nastroju. Ale w Podziemiach to byłoby nie do pomyślenia. Tam światem rządziły kobiety. Silne i twarde, czyniły z przedstawicieli płci przeciwnej swoich niewolników. Trenowały ich na silnych wojowników, którzy doskonale by się spisywali zarówno na arenie, jak i w łóżku. A nie daj bogini, aby któryś podniósł rękę na swoją właścicielkę. Matka opowiadała mu nieraz o publicznych egzekucjach w świątyni bogini polegających na odcięciu delikwentowi tego i owego...
            Fenrir wzdrygnął się na samo wspomnienie. I drugi raz na wspomnienie swojej matki... Niezwykła kobieta. Zaraz, jak ci powierzchniowi o takich mówią? Hetera? Rzeczywiście, jego matka była prawdziwą Herod babą...
            Drzwi trzasnęły. Wszyscy zamarli w bezruchu. Fenrir zerknął w tamtą stronę, jakby nie był wcale zainteresowany bożym światem. Podparł brodę lewym łokciem. Wiedział, że ktoś, kto właśnie wszedł do tawerny, zmierza w jego kierunku.
- Chyba się nie doczekam tej jajecznicy – mruknął, gdy rosły, czarnowłosy mężczyzna zatrzymał się przy jego stoliku.
- To nie do mnie te zażalenia, drowie!
- Czyżbym wyczuł w twoim głosie złość? – Fenrir wiedział, że jego niewinny głosik wyprowadzał z równowagi przybysza. Uśmiechnął się obnażając zęby. – Bo wiesz, poprzednia kelnerka była ładniejsza i *okrąglejsza*, jeśli rozumiesz, o co chodzi. – wykonał znaczący gest umożliwiający wyobrażenie sobie wielkiego biustu dziewczyny o kasztanowych włosach.
            Czarnowłosy mężczyzna poczuł, że coś się w nim gotuje. Wziął głęboki oddech i w myślach policzył do dziesięciu. Nie zadziałało. To do dwudziestu... Lepiej...
- Możesz mi nie zasłaniać światła i widoku na tyłek tej blondynki? – Złośliwy głos mrocznego elfa sprowadził go na ziemię.
            Rozejrzał się wokoło i nagle coś w nim pękło.
- JAK ŚMIESZ się GAPIĆ na tyłek MOJEJ Dag?! – W izbie zapanowało złowrogie milczenie. Atmosfera robiła się tak gęsta, że nawet przelatujące muchy musiały czekać w kolejce na pozwolenie na lot.
            Kelnerka o kasztanowych włosach wyszła uśmiechnięta z izby za ladą niosąc zamówiony przez elfa posiłek. Uśmiechnęła się, gdy jej oczy napotkały na spojrzenie mrocznego elfa. Wzięła głęboki oddech i postawiła krok...
Jak się okazało niezbyt stabilny, by utrzymać cały jej ciężar...
            Fenrir z bólem serca śledził wzrokiem lecący talerz, który po niedługim czasie rozbił się na głowie jednego z drwali.
- Moja jajecznica! – Załkał. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to nie koniec.
            Ręka dziewczyny zadrżała, gdy talerz z przypalonym stekiem przeleciał jej przed nosem. Spojrzała na kufel z piwem, który trzymała jeszcze w ręku. Bez namysłu cisnęła nim w pierwszego lepszego gościa.
            Rozpoczęła się wojna. Wojna bez zasad. Wojna na odpadki...
- Zapomnij o tym i owym. – Zaproponował drow wyciągając zaskoczonego mężczyznę z tawerny.
            Droga do wyjścia była niezwykle trudna. Elfi mag bez większych problemów unikał lecących w jego stronę naczyń. Czego nie można było powiedzieć o szatynie. Fenrir uznał, że trzeba to jakoś rozwiązać... I to szybko!
- Co ty... AU! – Wrzasnął człowiek, gdy jeden silny kopniak wepchnął go pod stół. Mroczny elf wpakował się tam za nim.
- Więc syn sołtysa ma do mnie sprawę? – Wyszeptał, gdy upewnił się, że nikt nie przydepnie mu płaszcza. Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony.
- A jakim prawem ty mnie... Skąd wiesz? – Fenrir uśmiechnął się tajemniczo.
- Czytanie w myślach mało inteligentnych istot to moja specjalność... – Na czole szatyna uwidoczniło się kilka żyłek...
            Nad stołem trwała wojna. Potężny drab przewrócił się na ladę zmieniając ją w kilka zupełnie nieprzydatnych desek. Gospodarz wrzasnął. Uderzył delikwenta chochlą do zupy. Inny znowu wyleciał przez drzwi, by pocałować matkę ziemię i ojca błoto. Kolejny chciał rzucić niedogotowanym ziemniakiem, ale dostał przesłodzonym ciastem.
            Szatyn siedzący pod stołem ledwo powstrzymał się, by nie wywrócić stołu i nie wyrzucić drowa przez okno na spotkanie z bratem końskim gnojem.
- I kto tu jest niby mało inteligentny, co?!!!
- Przymknij się, bo skierujesz całą ich uwagę na nas. – syknął Fenrir.
- Nie jestem niższą istotą niż ty, mroczny elfie. Jestem koniuszym sołtysa! – dla szatyna był to niebywały powód do dumy.
- Aha. – mruknął elf. – Zapamiętam.
            Rudy drwal w średnim wieku zwalił się jak długi na podłogę. Otwarł szeroko oczy ze zdziwienia, gdy dostrzegł dwóch mężczyzn chowających się pod stołem.
- RABIATAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! – podniósł wrzask. Fenrir i koniuszy sołtysa poderwali się do biegu. Niczym z procy wyskoczyli spod stołu.
- Uciekałeś już z takiej imprezy? – rzucił elf osłaniając płaszczem szatyna.
- Nie.
- To pierzesz mi płaszcz. Gnajmy teraz do tego twojego pana! – podniósł głos, gdy kufel mało go nie trafił. – To jeszcze powiedz mi, co to te „Rabiata”.
- To chyba okrzyk bojowy...!

***

            Błazen człapał coraz wolniej. Fenrir zrezygnowany położył się na jego karku.
- Wiesz, koniku... Oni mnie wrobili... Wrobili mnie, dumnego maga z Uniwersytetu w Dolinie Błękitnego Kruka... I że niby mam teraz szukać jakiejś tam głupiej dziewicy... i smoka...
- Bo głupi jesteś i cierp ciało, coś chciało... – Na szczęście Fenrir i tego nie zrozumiał. Teoretycznie mógłby czytać w myślach swojego wierzchowca, ale nie był w stanie.
- Mnie, maga trzeciej klasy z uniwersytetu... – Jęczał, a słońce rozlewało na całe niebo swoją czerwoną poświatę. Aż chciałoby się krzyknąć: Zaraz będzie ciemno!

***

            Syn sołtysa, drobny młodzieniec o bujnych, rudych lokach, siedział z nogami położonymi na stole. Wpatrywał się w okno chaty. Zauważył dwóch mężczyzn, którzy wbiegli na podwórze.
- Już są... – wyszeptał, gdy jedna ze świec wypaliła się. Nie zwrócił na nią uwagi.
            Ktoś nieśmiało zastukał do drzwi. Chłopak nie poruszył się.
- Wejść – oświadczył władczym tonem.
            Do środka wślizgnął się szatyn zagradzając drogę mrocznemu elfowi.
- Panie, przyprowadziłem go. – szepnął. Syn sołtysa kiwnął głową z przyzwoleniem.
- Wprowadź. – koniuszy wychylił głowę za drzwi i mruknął coś zachęcająco.
            Do wnętrza wszedł Fenrir. Jego krok był lekki i dostojny. Niezwykła uroda maga wprawiła młodzieńca w osłupienie. Rudowłosy przyglądał mu się w skupieniu, jak siadł po przeciwnej stronie stołu, gdy jego długie, białe włosy stopniowo opadły, gdy jego pozbawione emocji czerwone oczy spojrzały na niego...
- Ładne podeszwy. Szczególnie ta plama po krowim gównie... – oświadczył elf. W jego głosie słychać było kpinę. Syn sołtysa opuścił nogi jak oparzony.
            Fenrir splótł dłonie.
- Zatem w jakim celu twój koniuszy o wdzięcznym imieniu „Koniuszy” przyprowadził mnie tutaj? Masz jakiś grosz na zbyciu, co? I czego po mnie oczekujesz? Mam kogoś sprzątnąć? Nie czerpię z tego przyjemności. Nie jestem taki jak pozostali przedstawiciele mojego gatunku...
            Młodzieniec spojrzał zakłopotany w twarz gościa. Jego ciemna skóra pięknie wyglądała w blasku świec.
- Przepraszam za to dziwne przyjęcie. – odrzekł przeczesując rude kędziory. – Jestem Marduk, a mój sługa ma na imię Aton, a nie „Koniuszy”.
- To miło. – szepnął sarkastycznie mag. – Jestem Fenrir. – Marduk klasnął w dłonie.
- Zatem jedną rzecz mamy już jasną. Po pierwsze chciałbym cię serdecznie powitać w Złotej Wsi na Przełęczy Zdechłej Myszy. – Zamilkł na chwilę. Czerwone oczy wypalały go od środka. – Owszem, może znaleźć się trochę złota na zbyciu, jeśli chcesz wykonać dla mnie zadanie... – Zawiesił głos.
- Jakie? – Dociekał drow.
            Młodzieniec zaśmiał się. Wstał od stołu i podszedł do niewielkiej szafeczki. Brzdęknęło szkło.
- Na trzeźwo mi nie powiesz, co? – Uśmiechnął się elf widząc przed sobą butelkę bimbru i sporą szklankę.
- Kieliszki potłukły się w zeszłym tygodniu... – usprawiedliwił się Marduk próbując zmienić temat.
- Skoro tak chcesz rozmawiać, – szepnął Fenrir napełniając szklankę do połowy. – To czemu nie?
            Aton cichutko wycofał się z pokoju. Wiedział, że będzie głośno i wesoło. Znał swojego panicza i jego słabość do trunków. Pewnie tylko szukał okazji, żeby się napić...
            Koniuszy podszedł do pokoju sołtysa. Zajrzał przez drzwi. Starzec spał. Aton odetchnął z ulgą. Wreszcie udało mu się zasnąć, pomyślał, już tak długo cierpi.
            Ciało ojca Marduka trawiła nieznana choroba. Nie mógł normalnie mówić, nie mógł poruszać ani rękoma, ani nogami. Znachorki z wioski nieraz przynosiły mu zioła, które na jakiś czas przywracały mu wszystkie funkcje. Niestety, na coraz to krócej… Aton pamiętał doskonale wizytę jakiegoś tajemniczego uzdrowiciela, który pozwolił na chwilę rozbłysnąć promykowi nadziei w sercach wszystkich mieszkańców. Sołtys mógł powrócić do zdrowia. Ale... Tylko w teorii. Nikt nie był bowiem w stanie sprowadzić do osady jednego ze smoków...

            Smoki... Piękne, ogromne i wszechpotężne stworzenia, które kiedyś górowały nad wszystkim, nagle zeszły między ludzi przybierając ludzką postać.

            Fenrir nalał sobie kolejną szklankę. Spojrzał na nią pod światło. Ręka mu się trzęsła. Czuł, że zaszedł o jedną wieś za daleko.
- Fajny ma kolor ta twoja wódeczka... – łyknął zawartość jednym haustem.
- Idzie do głowy, co? – mruknął Marduk pijanym głosem.
- I to jeszcze jak... Co ty tam dodałeś?
- Tajemnica. Jeszcze? – Fenrir podniósł szklankę umożliwiając młodzieńcowi nalanie kolejnej. Machnął nogą. Pusta butelka potoczyła się i uderzyła o inną.
- To o co ci chodzi? – butelka w ręku syna sołtysa na chwilę zawisła w powietrzu. – To ma coś wspólnego z tym starcem, który leży w pokoju niedaleko? – Marduk postawił szkło na stole.
- Dokładnie jak słyszałem... Wy, mroczne elfy macie doskonale wyczulone zmysły... – westchnął. – Tak, chodzi o mojego ojca. Po części... Otóż jakiś czas temu do wioski zawitał pewien medyk, który znał sposób, żeby uzdrowić mojego ojca...
- Cudownie! – syknął Fenrir. – A co ja mam do tego? Mam tego gościa ganiać po plażach, mam go ganiać na polanach, mam go ganiać po polach i drogach, mam go... Khę! Khę! - zaschło mu w gardle.
- Udam, że nie zauważyłem tego sarkazmu w twoim głosie, mroczny elfie. – Marduk niedbale przeczesał włosy palcami. – Ale owszem, ty też masz miejsce w tym cyrku. – przerwał na chwilę, by wpatrzeć się w mętne, krwistoczerwone oczy drowa. – Niedaleko wioski, jakieś trzy dni drogi na północ, w opuszczonej wieży, siedzi smok. I to nie byle jaki smok. Tak właściwie jest to czarna smoczyca, która strzeże pięknej dziewicy...
- Ale to miało być na temat twojego ojca, a nie ewentualnego ożenku, niedoszły, samozwańczy sołtysie. – człowiek uderzył pięściami w stół. Do połowy pełne naczynie stoczyło się ze stołu, po czym rozsypało w drobny mak.
- Co ci do tego, ty plugawa...! – Fenrir uciszył go gestem dłoni. Na jego białej rękawiczce zaświeciła runa Ansuz.
- A więc to tak?! Każesz wieśniakom mnie tolerować, bo chcesz mnie wkopać w jakąś śmierdzącą robotę! Nieźle to sobie obmyśliłeś! Ożenek ze smoczą panną, dziewicą pilnowaną przez czarnego smoka, o ile mi wiadomo, o szkarłatnych oczach. I ty myślisz, że skoro mnie spiłeś, możesz ot, tak sobie mnie wysłać na pojedynek z tą bestią?! Nigdy w życiu! – ostentacyjnie założył nogę na nogę.
- Założymy się? – Marduk pstryknął palcami. Zanim mroczny elf się obejrzał, do komnaty wbiegło kilku uzbrojonych wieśniaków z dumnym koniuszym na czele.
            Fenrir łypnął gniewnie na syna sołtysa. Młodzian wstał chwiejnie od stołu, po czym przysiadł na blacie. Spojrzał bezczelnie w karminowe oczy.
- Grasz nieczysto! – mruknął drow.
- Z drowami nigdy nie gram czysto. Albo idziesz po moją żoneczkę, albo Aton i spółka wyszorują moją podłogę twoimi wnętrznościami. Co wybierasz? – Drow zmierzył spojrzeniem koniuszego i jego pięcioosobowy oddział. Okręcony poplamioną i podartą szatą mag, potężny wojownik, wyciągający z kołczanu strzałę łucznik, dwaj groźnie łypiący drwale, no i Aton oczywiście.
            Skrzyżował ręce na piersiach. Położył nogę na stół.
- Nie przewidujesz odmowy, co? – spojrzał wyczekująco na syna sołtysa. Młodzian wyszczerzył zęby.
- Zgadłeś. – odrzekł z satysfakcją.

Ciąg dalszy nastąpi.

2 komentarze:

  1. No nareszcie:) Nie mogłam się doczekać publikacji:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Not bad. Lekko niespoójne i chaotyczne ale ogólnie wciąga :D

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.