środa, 6 listopada 2013

Wilk i szczenię - konkursowy fanfik

Leto, który mnie przeraża za każdym razem, gdy na niego spojrzę.
Niniejszy tekst powstał pod wpływem chwili. Dwie znajome autorki (nie wiem czy muszę komuś przypominać, że chodzi o A. M. Chaudière i Katarzynę Szewiołę-Nagel) zorganizowały konkurs na opowiadanie, w którym należało połączyć dwa z pozoru nieprzystające do siebie światy: realia "Niewolnicy" i "Mroków".
Sam konkurs trwa do jutra, a jego szczegóły znajdziecie tutaj.

Bonusowo dokładam dwie grafiki przedstawiające moją wariację na temat bohaterów w stylu Burtona i Alice.

I teraz, kiedy wskazówki zegarka wybijają już minuty po północy, jedna z autorek obchodzi urodziny. Chciałabym zatem jeszcze raz złożyć jej najserdeczniejsze życzenia - wszystkiego mrocznego :)
A czytelnikom życzę miłej zabawy.
Pozdrawiam,
Cat


"Wilk i szczenię"

Miała już tego serdecznie dosyć. Z zaczerwienionymi oczyma i umorusanymi rozmazanym przez łzy kurzem policzkami biegła przed siebie, przez gęste zarośla. Kolce krzaków jeżyn rozcinały jej skórę, a gałęzie krzewin co rusz uderzały ją w głowę i ramiona, pajęczyna wplątywała się we włosy. Krew powoli krzepła na biało-czarnych rajstopkach, porozrywanych o liczne przeszkody. Obraz nędzy i rozpaczy, niemal jakby przeszła przez "ścieżkę zdrowia".
"Dosyć! Po prostu dosyć! Oby jak najdalej od tego wszystkiego!", krzyczała w duchu przebijając się przez bezdroża. Chciała uciec, by jej mama wreszcie dostała nauczkę za odebranie jej przyjaciółki. Arina bardzo lubiła bawić się z Mirą, córką dwojga ulubionych niewolników jej rodziców.
Dotychczas fakt ten nie przeszkadzał głowie magicznego rodu. Jednak kiedy dziewczynki postanowiły wymienić się rolami - dziedziczka wplątała się w szarym gieźle między podkuchenne, a Mira przywdziała wizytową suknię młodej magiczki i przysiadła wśród gości, cierpliwość pana domu nie wytrzymała trudnej próby. Cienka linka naprężyła się i pękła z wielkim trzaskiem, niczym uderzenie bata. Na nic nie zdały się tłumaczenia dziewczynki, że to tylko niewinny żart, że to tylko zabawa. Rozgniewany mag następnego dnia sprzedał za bezcen całą rodzinę niewolników na targu, a jej matka... Matka kazała jej na to patrzeć. Rozkazała jej patrzeć jak jakaś obleśna zaśliniona bela mięcha chwyta Mirę tymi swoimi obmierzłymi łapskami i przy akompaniamencie krzyku dziewczyny ciągnie ją na drabiniasty wóz. Mała niewolnica zamilkła tuż po razie w policzek, a nowy pan założył jej obrożę i przypiął do jednego ze szczebli. Jak psa, jak krowę, jak nieświadome zwierzę ciągnięte na rzeź. Pani Vellieur stała wciąż tuż za Ariną i przytrzymywała dziewczynce głowę tak, by ta ani na moment nie mogła odwrócić wzroku.
Potknęła się o wystający korzeń i runęła jak długa. Uderzenie o ziemię na chwilę ją zamroczyło. Zacisnęła powieki. Z głuchym stęknięciem przysiadła. Gdy otworzyła oczy, jej oczom ukazał się oderwany kłapnięciem potężnych zębisk kikut wilczej łapy zatrzaśnięty w błyszczących dumnie sidłach. Przerażający, lecz przykuwający uwagę widok.
"No ładnie", słyszała już w głowie reprymendę matki. "Cała podrapana, do tego co żeś z tą sukienką zrobiła najlepszego, dziecko?! Tak nie przystoi jednej z Vellieur!"
- No i co z tego?! - krzyknęła w przestrzeń. Niedaleko, w zaroślach, poruszyło się jakieś przestraszone zwierzę. Z gałęzi zerwał się mały, szary ptaszek i wyfrunął ku niebu. Nagłe poruszenie, a potem martwa cisza. Jakby miniaturowa fala uderzeniowa po wybuchu bomby ze świata przed Apokalipsą zmiotła wszystko dookoła.
Arina zamrugała z niedowierzaniem. Była sama. Wreszcie z dala od rodziców - od ojca, który sprzedał jej najlepszą przyjaciółkę; od matki, która nie pozwoliła jej nawet zamknąć oczu. "Pamiętaj, że to ty jesteś ich panią, to ty masz mieć nad nimi władzę", szeptała dziewczynce do ucha raniące serce słowa. "Nam nie wolno się z nimi spoufalać, bo źle się to skończy..."
- A ja się zastanawiałem co tak śmierdzi, a to mała magiczka zgubiła się w lesie. - z krzaków wyłonił się smukły elf otulony płaszczem. Leto, przypomniała sobie Arina wzdychając z goryczą. Jednak ktoś zakłócił tę jej małą samotność.
Najnowszy nabytek jej rodziców od początku dał się poznać jako tajemniczy, niepokorny skrytobójca, którego wieku nikt nie potrafił określić. Równie dobrze mógł mieć dwadzieścia lat, jak i dwieście.
Dziewczynka pamiętała dobrze ten wieczór, gdy kilku niewolników wniosło jej ojca do domu na prowizorycznie uczynionych noszach. Jego krew była wszędzie: na ubraniu, na niewolnikach, na podłodze...
A z oddali dochodziły odgłosy szarpaniny i stłumione krzyki. To był chyba najgorszy wieczór w jej życiu, tuż przed utratą Miry.

- Odejdź niewolniku, nie wolno wam się ze mną zadawać. - warknęła, a z oczu na nowo popłynęły łzy. - Bo to się źle kończy... - dodała cicho, lecz te słowa nie umknęły uwadze elfa.
- Niby jak? - znalazł się przy niej momentalnie. Zacisnął palce na jej drobnym nadgarstku i szarpnął ku górze. Jęknęła z bólu, ale poddając się jego sile wstała. - Rzucisz na mnie jeden z tych swoich magicznych uroków? Wypowiesz formułkę? "Abra-kadabra"?
Milczała wpatrując się w niego gniewnie. Był od niej o wiele wyższy i potężniejszy, choć wśród znanych mężczyzn mógł uchodzić za drobnego. Cóż, z perspektywy dziesięciolatki cały świat wydaje się ogromny.
- Zachciało się smarkuli ucieczek, jakbyś nic innego do roboty nie miała. - ciągnął ją za sobą jak szmacianą lalkę. Arina starała się jak najszybciej przebierać krótkimi nóżkami, by nadążyć za elfem.
- Co ty możesz wiedzieć? - wrzasnęła. - Jesteś tylko niewolnikiem!
Zwolnił uchwyt. Wreszcie mogła wyszarpnąć z jego dłoni obolały nadgarstek. Patrząc na niego spode łba rozmasowywała pulsujące miejsce.
Jego nienawistne spojrzenie zmroziło ją do szpiku kości. Skuliła się w oczekiwaniu na wybuch, który nie nastąpił. Zamiast tego Leto podwinął mankiety skrywające jego wstydliwą tajemnicę - dwie srebrne bransolety, po jednej na każdym nadgarstku. Symbole przynależności. Dwa palące kawałki srebra.
- Myślisz, że to czyni mnie bezmyślną kukłą, którą można pomiatać, że niewolnicy nie czują nic? Kto ci nakładł takich głupot do głowy, magu? - ostatnie słowo wypowiedział z wyraźną odrazą. - Jesteście wszyscy tacy sami, dumni panowie i paniusie, co nie chcą sobie koronkowych rękawiczek ubrudzić. Istne "bułkę przez bibułkę, a gówno gołą ręką"!
- Wcale nie. - wyszeptała zmieszana dziewczynka. - Ja miałam przyjaciółkę wśród niewolników taty. Ale on Mirę i całą jej rodzinę... - zaniosła się płaczem. Zszokowany Leto przytulił dziecko do siebie. Nie wiedział nawet dlaczego to zrobił, po prostu zwykły odruch, nad którym nie zapanował.
Milczeli oboje - on wpatrujący się w skupieniu w sprytnie ukryte między jeżynami zaciśnięte na kikucie wilczej łapy sidła; ona wtulona w przepocony strój najnowszego niewolnika jej rodziców.
- Musimy wracać do posiadłości Vellieur - Leto przerwał przeszkadzającą mu ciszę. Obraz odgryzionej wilczej łapy nie dawał mu spokoju. Wciąż przyciągał uwagę, kusił.
Ogromne, metalowe zębiska zaciśnięte na strzępie kości obciągniętej mięśniami i skórą, odrzucony jako zapłata za wolność zlepek komórek. Tym samym mogłyby stać się jego pięści, gdyby tylko się odważył. Gdyby te dłonie nie były mu tak przydatne w przetrwaniu.
Wysunięta zza lewego mankietu bransoleta zabłysnęła złowieszczo, jakby ten zimny kawałek metalu chciał się do niego uśmiechnąć szyderczo. "I co łowco, potrafiłbyś oddać dłonie za wolność? Czy spękasz?"
- Idziemy - syknął jakby przeciwko sobie. - Chyba nie chcesz, byśmy oboje mieli przerąbane, co?
- Porozmawiam z ojcem. - oświadczyła Arina rozpalona nagłym napadem ślepej ufności i wiary. - To moja wina, nie powinieneś mieć problemów.
- Tak jak Mira? - nie potrafił się powstrzymać przed rzuceniem tej uwagi. Nie musiał patrzeć na dziewczynkę, by wiedzieć, że blednie. Sięgnął do kieszeni.
Gdy trafił do baraków niewolników rodu Vellieur, ze szpary między przydzieloną mu pryczą, a ścianą wyszperał malutką laleczkę z gałganków. Nie musiał długo dociekać, do kogo należała owa zabawka. Współmieszkańcy z trwogą w głosach opowiedzieli mu losy pewnej poddańczej rodziny, która cieszyła się niegdyś łaską właścicieli. Sytuacja uległa drastycznej zmianie, gdy mała dziedziczka założyła szare łachmany posługaczki i wmieszała się w tłum kuchcików, a Mira zaczęła udawać córkę maga. Obie skończyły na tym źle, panienka została dotkliwie ukarana, a cała rodzina małej niewolnicy trafiła do posiadłości Tamarillo.
Dziewczynka westchnęła ciężko. Nie miała siły płakać, zbyt wiele łez już wylała.
- Czy mógłbyś ją odnaleźć? - wiedziona nagłym impulsem spojrzała mu niepewnie w oczy. - Proszę.
- Jest tylko jeden problem, mała. - uderzył kilkakrotnie paznokciem o bransoletę. - Powiem nawet, że dość poważny.
- Jeśli tylko obiecasz, ja... - wzięła jego potężną dłoń do swoich małych rączek. Wyśpiewała inkantację, w której Leto nie potrafił rozróżnić ani słowa. No tak, tajemniczy język magów.
Pierwsza bransoleta pękła. Upadła między ich stopy, w krzaki jeżyn.
- Jak ty to zrobiłaś? - elf nie potrafił ukryć swojego zaskoczenia. Obracał uwolnionym nadgarstkiem przed rozszerzonymi oczyma.
- Sam mówiłeś, że jestem małą magiczką, co śmierdzi. - uśmiechnęła się szelmowsko. - To bransoleta rodowa, więc każdy, kto ma w sobie krew Vellieur, może ją zdjąć. O ile zna odpowiednie zaklęcie. Wolałabym, by rodzice nie dowiedzieli się, że nocami zakradam się do ich biblioteki i czytam manuskrypty. - popatrzyła na niego znacząco. Od teraz mieli wspólną tajemnicę. - Więc nie daj się złapać, bo wtedy i ja będę miała kłopoty.
- Czemu więc nie uratowałaś swojej przyjaciółki? - zapytał Leto pocierając drugą oswobodzoną dłoń. Arina posmutniała.
- Proponowałam jej to wielokrotnie, ale siły wystarczyłoby mi na uwolnienie jednej osoby, potem musiałabym odczekać kilka dni, aż moja moc się zregeneruje. Mira nie chciała uciec sama, a gdyby ktoś zauważył, że nie ma bransolet na nadgarstkach... Wolę nie wiedzieć.
"Zresztą jak mała dziewczynka poradziłaby sobie w tej głuszy wokół posiadłości rodu Vellieur?", pomyślała gorzko.
Stylizowana na Alice Arina rysowana na wykładzie
Elf nie przerywał jej. Ta mała dziewczynka w tak krótkim czasie zyskała w jego oczach szacunek, nawet jeśli w jej żyłach krążyła ta znienawidzona, magiczna krew.
Odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie przez gęste krzaki dojrzałych jeżyn. Podejrzewał, że mała panienka prędzej czy później powróci do rodzinnego domu i modlił się w duchu, by nie powiązano jej zniknięcia z ucieczką najnowszej zdobyczy. Był jej wdzięczny, nie potrafił tego ukryć. Jedynej magiczce na jego drodze życia, dumnej smarkuli, której ród przez krótką chwilę stanowił o jego życiu i śmierci. Jej jednej nie życzył zaznania niewolniczego losu. Gdyby tylko wiedział, że jego wola się nie spełni.
Wyszedł z lasu ściskając gałgankową lalkę. Był wystarczająco daleko od posiadłości Vellieur, by nie czuć gorącego oddechu pościgu na karku. Uśmiechnął się. Musiał złożyć wizytę dziedzicowi Tamarillo.


KONIEC

2 komentarze:

  1. O rany, mój Leto w wersji Burtona. Jeden z fajniejszych prezentów. Dziękuję;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co..? Patrzę na to i patrzę i pokorekciłabym, ale klamka zapadła :p

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.