poniedziałek, 27 stycznia 2014

Labirynt dusz, tom 1 - o wyruszeniu w świat nieznany...

Wiedziałam, że jeśli wezmę się za sprzątanie pokoju, odnajdę coś, o czego istnieniu zapomniałam dawno temu. To ma w sobie trochę z archeologii, odrobinę z przygody i zdecydowanie sporo z kurzu. Szczególnie, gdy przesuwasz półkę na książki bez "pleców", wtedy cuda się dzieją. Podobnie było tym razem, gdy zaskoczona wygrzebałam zza księgozbioru pierwszy tom komiksu polskiej autorki Sandry "Zedekiah" Mistal pod tytułem "Labirynt dusz".

Konflikty w rodzinie, wielu z nas ich doświadcza. Tak samo jest z młodym Hauke, który zmęczony kłótnią między zgorzkniałą matką, a wiecznie krytykującym ją dziadkiem (teściem kobiety. Jej mąż któregoś dnia po prostu zniknął, co odbiło się negatywnie na jej charakterze.) postanawia odejść. Żegna się ze swoim drzewkiem bonsai, z przyjacielem z "Bractwa broni". Nie chce widzieć się z dziewczyną, bo podobno dzięki zniknięciu bez śladu "będzie lepiej". Hauke chce skierować swoje kroki do mieszczącego się nieopodal rynku labiryntu. Tylko że kto raz wszedł na jego teren, nigdy nie wraca...

Skuszony obietnicą, że Labirynt prowadzi do świata idealnego, chłopak wymyka się z domu i wbiega do budowli. Błądzi między szarymi ścianami budynku, aż natrafia na portal. Bez namysłu wchodzi w niego i ląduje na bezkresnej pustyni. Wycieńczony trafia na karawanę prowadzoną przez Darwina (czy tylko mi się brzęczyk zapalił?), hodowcę dinozaurów. Hauke zostaje przyjęty jako gość, a później najmuje się do pracy. I przy okazji kombinuje jak wydostać się z tego świata, bo nie może pozostać tu dłużej niż 7 dni...


Motyw drogi i wędrówki jest jednym z najpopularniejszych w wielu dziełach. Bohaterowie wyruszają w podróż, by odnaleźć siebie, dojrzeć, docenić rzeczy już utracone. Pamiętam nawet, że w którymś z numerów mangowego czasopisma ("Kawaii" lub "MangaZyn", tak należę do pokolenia zgredów, co czytali to w chwilach premiery) była zapowiedź anime o chłopcu, który przemierzał światy na swoim motocyklu. Nigdzie nie mógł się zatrzymać na dłużej niż tydzień. "Kino no Tabi" się to anime zwało, ale nie pamiętam czy chodziło o serię TV, czy o kinówkę.
W zalewie wielu historii jednak ciężko stworzyć coś, czego nie dałoby się przyrównać do czegoś innego.

W ramach młodzieńczego buntu Hauke wyrusza w tajemniczą podróż. Chce odnaleźć idealne miejsce i właśnie tam zasadzić nowe drzewo bonsai. Przyznam szczerze, że na początku bohater wydawał mi się zadufany w sobie, zarozumiały, miałam go serdecznie dosyć. Z czasem zaczyna dostosowywać się do norm odwiedzanych światów, rozumieć potrzeby innych ludzi. Przechodzi swoiste "rite the passage", choć nie zawsze to widać.
Na swojej drodze spotyka wielu ufnych i otwartych ludzi, a także pewnego cynicznego alchemika, który nie chce zdradzić bohaterowi swojego imienia. Szczerze mówiąc brakowało mi tutaj wyraźnego antagonisty, kogoś, kto może mieć do Haukego jakiś uraz lub kto po prostu będzie się starał na siłę zatrzymać bohatera w którymś ze światów powyżej tygodnia. Wiem, jest człowiek w masce. Tylko że coś mi w nim nie pasuje.

Widać, że autorka szlifowała swój warsztat w trakcie rysowania tego komiksu. Postaci nie zawsze są odpowiednio pocieniowane, Darwin na dolnym kadrze 37 strony chyba nie ma rąk (nie wiem czy tylko ja odniosłam takie wrażenie). Dodatkowo nie zawsze pasowały mi postacie rysowane w konwencji super-deformed, na przykład w scenie kłótni Haukego z matką.
Rozumiem, że autorka chciała przedstawić postaci Hauke i Ala (alchemika) jako dwóch szczupłych mężczyzn, ale - podobnie jak kilka innych osób - na początku strasznie mylili mi się z kobietami. Axel, przyjaciel głównego bohatera, na pierwszych kadrach wydawał mi się po prostu babochłopem. I jak on czyścił miecz! Dziwne, że nie pokroił się za pierwszym pociągnięciem szmatką.
Poza tym tło i dymki w prologu aż rażą pikselami.
Sporo elementów, do których mam zastrzeżenia została naprawiona w anglojęzycznej wersji komiksu, którego część można przeczytać tu. Wymagana podstawowa znajomość języka, ale obecnie mało kto się w Polce angielskiego nie uczy.

"Labirynt dusz" to debiutancki komiks Sandry "Zedekiah" Mistal ukrywającej się na deviantARCIE pod pseudonimem Loreen. W internecie wyszperałam na jej temat niewiele - uczyła się w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. Drugą informacją jest jej konto na najpopularniejszym portalu zrzeszającym artystów. Tyle z moich umiejętności Sherlocka.

Tom pierwszy "Labiryntu dusz" ukazał się nakładem wydawnictwa Studio JG w marcu 2008 roku. Wydano go w formacie zbliżonym do A5 (czyli większym niż standardowa manga) w miękkiej oprawie, bez kolorowych stron. Szkoda, że czasem musiałam mocniej rozchylać komiks, by przeczytać treść dymków znajdujących się wewnątrz strony, tuż przy klejeniu. Na szczęście przy tych zabiegach grzbiet nie popękał.

Na nowo przeczytałam dziwnym trafem odnaleziony komiks i muszę przyznać, że uczucia mam mieszane. Autorka miała pomysł, nawet całkiem fajny, tylko że w przypadku realizacji wychodziło różnie, nierównomiernie. Podobno w tomie 2 widać poprawę, nie wiem, nie czytałam. Nie zarzekam się, że po komiksy Sandry Mistal nie sięgnę, bo byłaby to wierutna bzdura. Jeśli mi się nawinie, przeczytam z chęcią. Widziałam na deviantARCIE co ta rysowniczka potrafi stworzyć i trzymam kciuki, że tę precyzję przeniesie pewnego dnia na karty komiksu.

Labirynt dusz, tom 1

autor: Sandra 'Zedekiah' Mistal
wydawnictwo: Studio JG
data wydania: marzec 2008

moja ocena: 2,5/5

Opinia o komiksie zgłoszona została do wyzwania "Czytam fantastykę" na rok 2014.

7 komentarzy:

  1. Bardzo lubię komiksy i podziwiam jego autorów :)
    Dziwi mnie tylko, dlaczego dwa tomy mają różne okładki - w jednym jest dziecko a w drugi nastolatek... Szczególnie że to ten sam tom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bohater ma tyle samo lat na obu, tylko że autorka postanowiła zmienić i dać rudzielcowi bardziej męskie ciałko. W sumie bardziej mi się widzi okładka angielska ;)

      Usuń
  2. Ten tytuł wydaje się mieć ciekawą fabułę, ale raczej komiksów nie czytam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem Ci szczerze, że czasami warto. Niektóre komiksy są po prostu genialne. Przybieram się do lektury kultowego "Sandmana", w którym palce maczał słynny Neil Gaiman. Poza tym mam niemały sentyment do mang (dlatego wymyśliłam to moje malutkie wyzwanie).


    Nie rozumiem dlaczego wielu spycha na margines polskich autorów, czy pisarzy, czy rysowników komiksów. Starają się tak samo jak zagraniczni i według mnie są tak samo warci spojrzenia na ich dzieło. Nie zawsze napiszę coś pozytywnego na temat książki/ komiksu, ale jeśli krytykuję, staram się nie rzucać hejtem, "bo on/ ona z Polski, to się nie zna".

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm nie czytam komiksów, więc wybacz ale spasuję ;/
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie pamiętam kiedy zaglądałam do jakiegoś komiksu. To było bardzo dawno temu.Szkoda, że w tym przypadku wyszło trochę nierówno.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.