środa, 15 stycznia 2014

The Dreadnoughts koncert w krakowskim OFF CENTRUM 12.01.2014

Niedziela. Niewiele przed godziną 16.00.
The Dreadnoughts

Razem z Mariuszem i z Żabą czekamy na przyjazd pozostałej części załogi. Do koncertu jeszcze sporo czasu, ale nie mamy zamiaru go marnować. Kumak, choć miejscowy, nie kojarzy jeszcze gdzie jest to tajemnicze OFF CENTRUM.

Błądzimy. Raz nawet trafiliśmy pod właściwy budynek, ale machnęliśmy ręką, że "e, to nie to" i ruszyliśmy dalej. Kilkanaście minut łażenia w kółko później okazało się jednak, że jesteśmy na miejscu.
Udało nam się wejść do klubu jeszcze w czasie prób, akurat gdy na scenie stali członkowie kapeli kanadyjskiej punkowo-cydrowo-polkowej (podobny neologizm proponuje Adam PW Smith, fotograf koncertowy i autor książki, o której jeszcze nieraz wspomnę) The Dreadnoughts. Wystarczył szybki rzut okiem i już wiedziałam, że zabawa będzie przednia.
Wyszliśmy za wyznaczone przez organizatora miejsce, ustawiliśmy się w kolejkę, w której z przybyłym Liskiem zawyżyliśmy średnią wieku (ale co tam, "never too old to rock", jak śpiewał Ian Anderson). W kolejkę wplątał się Drew (ten, który wymiata na mandolinie. Zdziwieni?), mignął Marcus. Po kilku minutach członkowie kapeli zniknęli, a obsługa koncertu rozpoczęła wpuszczanie publiki.

Już w środku, "loża szyderców" zajęta. Sączymy złocisty napój ze szklanych butelek. Nie do końca to bezpieczne, jakieś 2-3 godziny później wiele takich naczyń zostanie przemielonych glanami publiczności pod sceną. A było kilka większych wywrotek. By nie było że się czepiam, sprzedawane było również piwo w plastikowych kubkach.
Rozglądamy się wokół. "Pamela" (kogo rodzice katowali Tercetem Egzotycznym, ten wie do czego piję), manekin w meksykańskim sombrero i "sukience dyskotekowej" (bardzo wczesno-dyskotekowej) i wisząca lampka w kształcie końskiego łba ze świecącymi na czerwono oczami wzbudzały emocje wśród czekających w kolejce na szatnię. Wystrój oryginalny, z pewnością zapamiętam.
Zazwyczaj chichram się z fenomenu sikania grupowego (wyjaśnijcie kobiecie dlaczego przedstawicielki mojej płci chodzą do łazienki grupą, jedna sika, a reszta stoi pod drzwiami i "po fakcie" wszystkie wyłażą), ale tym razem musiałam sama zwerbować chłopa, by mi kabiny popilnował (kibelek koedukacyjny, około połowa drzwi miała zepsute zamki i z moim szczęściem - w drewnianym kościele cegła na łeb spadnie - nie trafiłam na ten działający).

Zamiast kapeli Awariat NATO (zespół zawiesił działalność, o czym fani dowiedzieli się dwa dni przed koncertem) organizator zorganizował formację Mandat z Jaworzna. Z głośników popłynęły chwytliwe punkowe dźwięki, noga sama podskakiwała w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru. Również katowiccy De Łindows grali świetnie.
W trakcie ich koncertu zaatakowaliśmy stoiska (w liczbie sztuk: 2). Nie trudno się domyślić, że bardziej interesowały nas gadżety związane z kapelą The Dreadnoughts. Sprzedający sympatyczny młody chłopak mówił tylko po angielsku (po polsku umiał "dziękuję bardzo"), przez co (powiem bardzo szumnie) robiłam za tłumacza za każdym razem, gdy komuś z moich przyszło do głowy zakupy robić. Sama złapałam płytkę "Polka's not dead" (tak często chochlowaną przeze mnie na Youtube, że aż wstyd nie mieć oryginału) i książkę "This place is awesome. A strange, funny, drunken, sad, noisy week with The Dreadnoughts" Adama PW Smitha.
Koncertowe łupy. Książka i bilet z prawie całym kompletem autografów (brak Marca)
Koło godziny 20.00 na scenę wyszli The Dreadnoughts. Nick (Uncle Touchy) i reszta kapeli od razu złapali kontakt z publiką. Nie zauważyłam, by któryś z nich na siłę starał się wyróżnić na tle kolegów. Drew wygrywał genialne solówki na mandolinie, Andrew i Seamus (ostatni w pływackich goglach) w trakcie jednego z utworów utworzyli "Wieżę mocy" ("The tower of power", jak pisze Adam PW Smith). Nick przed jedną z piosenek z publiki wyciągnął na scenę Jonasza, by zaśpiewał z zespołem (efekt był po prostu MEGA).
Kanadyjczycy, jak żartobliwie wspomniał Nick, założyli kapelę, bo mają w swoim kraju mnóstw gównianych formacji i wykonawców jak Celine Dion, Brian Adams, czy Nickleback. Na ostatnim zebrali spory aplauz. Do pierwszych dwóch wymienionych mam spory szacunek, trzeciego słuchałam "za smarkacza", zanim zaczęli dławić się własnym ogonem. Nie sposób jednak odmówić The Dreadnoughts oryginalności. Ich muzyka to mieszanka szant, polki, folka i punka. Wybuchowo i ciekawie. Zresztą co tu wspominać o wstępach Nicka, posłuchajcie tego:


Na łopatki rozłożyło mnie punkowo-folkowe wykonanie słynnego kawałka Celine Dion "My heart will go on". Rozrzewniło "Old Maui" (szanta mająca również polską wersję językową), uśmiech wywołały utwory z "Polka never dies".
Nie poszłam w tłum, ze zwyczajem bibliofila pilnowałam książki, by ludziki wypadające z "młyna" nie połamały mi grzbietu. Przypłaciłam praktycznie oderwanym rękawem, kilkoma siniakami i zdartym gardłem (fałszowałam z zespołem. Śpiewać każdy może, ale na szczęście głośniki mnie zagłuszały). Było warto.
I szkoda, że o warszawskim koncercie dowiedziałam się po fakcie, wtedy z chęcią zaliczyłabym i ten.

Krakowski koncert The Dreadnoughts był pierwszym występem tej kapeli, na którym byłam. Wsłuchana w opowieści Wujka Żaby napaliłam się jak szczerbaty na suchary i odliczałam dni do wyjazdu do Miasta Smoka Wawelskiego. Wiem jedno, z pewnością nie był ostatnim. Przednia zabawa, niezapomniany klimat i kołacząca się w uszach muzyka, z którą nie mogę się rozstać do dziś.
Zdecydowanie polecam.


******
W nieco innej formie mój tekst ukazał się  na portalu cafejka.com

1 komentarz:

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.