niedziela, 23 marca 2014

Plagiat - poznaj tego smoka

Obrazek wygenerowany w aplikacji Bitstrips.
Żyjemy w czasach, w których mamy dostęp do wielu informacji dzięki internetowi. W sieci jest wszystko - teksty, muzyka, grafika, filmy - czego dusza zapragnie. Często za darmo, na stronach z gryzoniem. Nic, tylko brać. Pomińmy dziś tę oczywistość, że twórca przez piractwo nie dostaje ani grosza. Dzisiaj chciałabym się przyjrzeć innej, mrocznej stronie nieograniczonego dostępu do publikowanych efektów pracy innych ludzi - plagiatowi. W tekście pokażę, że zjawisko to może dotyczyć każdego z nas - bez względu na płeć i wiek. Z czym to się je i jak tego potwora uniknąć? Postaram się podać Wam kilka danych w symbolicznej "pigułce". Ostrzegam, tabletka będzie pokaźna, więc polecam popić wodą. Przed użyciem nie trzeba się konsultować.

Nie tak dawno temu internet obiegła historia pewnej blogerki, która chciała uczcić setną rocznicę urodzin Czesława Miłosza i zamieściła w notce zdjęcie poety. Krótko po publikacji posta odezwał się do niej pełnomocnik fotografa z żądaniem zapłaty 11 tysięcy złotych. Obecnie we wspomnianej notce nie widnieje już przedmiot sporu, pozostają mi jedynie hipotezy - czy autorka wpisu zaznaczyła kto jest autorem zdjęcia?

Słownik Wydawnictwa Naukowego PWN mianem plagiatu określa "przywłaszczenie cudzego pomysłu twórczego, wydanie cudzego utworu pod własnym nazwiskiem lub dosłowne zapożyczenie z cudzego dzieła opublikowane jako własne; też: taki przywłaszczony pomysł, wydany utwór lub zapożyczenie." (źródło) Definicja może wydać się niektórym odległa. Bo przecież nie każdy publikuje swoją pracę, nie każdy nagrywa płytę. Czy to znaczy, że jesteśmy bezpieczni? Ano nie.

W oparciu o podział Hamp-Lyonsa i Courtera z 1984 roku (źródło) pokażę Wam typy plagiatów i postaram się przenieść to na nasz grunt.

Wyobraźmy sobie szkołę -  normalną, pełną dzieci. Trwa przerwa, gdzieś w kącie siedzi mała grupka i gorączkowo przepisuje coś do swoich zeszytów. Pamiętam, że widziałam taki obrazek bardzo często, sama kilka razy przepisywałam (szczególnie fizykę) i dawałam przepisywać (polski, chemia). Nie byłam jeszcze świadoma, że w ten sposób popełniałam plagiat. A to niby wydawało się takie niewinne, "koleżeńska pomoc". Równie niewinne wydawało się kopiowanie biografii słynnych postaci (historycznych, literackich, etc) z Wikipedii. Do dziś zastanawiam się ile osób wywoływało u innych salwy śmiechu w trakcie czytania życiorysu Marii Skłodowskiej- Curie, której wersja wikipedyczna zawierała kiedyś zdanie, że przygniotła muchę krzesłem (było to bardziej dosadne).
Człowiek uczy się całe życie, ja wciąż chodzę do szkoły i przy najmniej optymistycznym scenariuszu będę do końca życia podstawówkę powtarzać - jako nauczyciel angielskiego w nauczaniu przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Jeden z moich wykładowców kiedyś wziął dwie prace dobrych znajomych do sprawdzenia, po czym przyłożył jedną do drugiej i spojrzał na nie pod światło. Istne "kopiuj-wklej". W przypływie dobrej woli pozwolił winnemu plagiatu się przyznać, po czym wyrzucił go za drzwi.

Ten komiks już pokazywałam, ale pasuje mi
do tematu.
No dobrze, była już ta najbardziej oczywista twarz smoka o imieniu Plagiat, ale mamy przecież jeszcze parafrazy, synonimy, zmianę rodzaju męskiego na żeński lub odwrotnie. "Twórca" (wezmę delikwenta w cudzysłów) czasami nie ma po prostu pomysłu, by coś własnego "wychmalić", może jako uczeń, może początkujący bloger lub dziennikarz, rysownik - do wyboru - po prostu nie ma pomysłu, a jednak "musi, inaczej się udusi" (jak przekonywał słuchaczy Jerzy Stuhr w Opolu w roku 1977). Początkujący rysownik czasami przerysowuje kadry z lubianych przez niego komiksów. Owszem, jest to dopuszczalne - ale... jeśli nie będzie tego publikował. Znalazłam niedawno zabazgrany swoimi ramkami zeszyt i znalazłam kadr wyglądający w 80% jak ramka z jednego z początkowych tomów "Naruto". Prawdopodobnie zostanie mi to wybaczone, bo nie puściłam tego w świat. Bo mi wstyd - nosy jak przecinki, oczy na 3/4 twarzy, historia miałka.
Gorzej ma się sprawa z rzeczami opublikowanymi. Wezmę na warsztat blogi, w tym środowisku się poruszam i coś-niecoś wiem.
Raz na czas w blogosferze wybucha afera, bo ktoś komuś ukradł tekst (w jednym znanym mi wypadku nawet ktoś skopiował całego bloga). Tylko nie czepiajmy się, że zaraz "ukradł", jak można tak okrutnie? Przecież osoba XYZABC (pseudonim wzięty z sufitu) na swoim blogu pozmieniała rodzaj. No nie wypada po prostu, by na babskim blogu pisał notki facet! Wstyd! Dżender!
Ale nasze XYZABC idzie dalej, by Google ładnie poindeksowało, a ludzie się nie czepiali, zmienia jeszcze niektóre wyrazy w tekście. "Szmira" staje się "koszmarem czytelnika", a "bohaterka przypominająca zachowaniem kotkę w wiecznej rui" zostaje nazwana dosadnie, bo podobno "recenzentowi" poszły nerwy.
XYZABC zauważa jednak, że wciąż coś jest nie w porządku. Kasuje cały tekst, pisze "swój" od nowa, ale cały czas zerka do tego opublikowanego wcześniej. Teza wciąż jest taka, że "50 twarzy Greya" (książka losowo wybrana. Czytałam kawałek po czesku i w tym języku jest pocieszna) się po prostu nie podoba, bo ciągle "dzikie seksy", że bohaterowie papierowi, że to dobre dla gospodyń domowych i - jako konkluzja - więcej do tej książki nie sięgnie. Szyk skopiowany z recenzji innego blogera, argumenty tak samo.  No tak się nie robi. W ramach ciekawostki podrzucam również materiał o najsłynniejszych skandalach plagiatowych w muzyce. (lubię sobie popatrzeć czasem na kanał YT RMF FM)


 


Kolejny łeb hydry, "patchwork plagiarism" (Hamp-Lyons & Courter), który na potrzebę tej notki nazwę "plagiatem łatkowym". Brzmi dziwnie, ale jest bardzo łatwy do wytłumaczenia. Nie tak dawno temu wielu blogerów dostało maile od dwunastoletniego chłopca, który wyłudzał książki, "bo blogerzy mają dużo książek, a on nie, a on też ma bloga". Postanowiłam wybadać sprawę i przy okazji przyjrzeć się tekstom chłopaka. Nie ukrywam, w mailu narobił tyle byków, że zaproponowałam mu wysłanie słownika ortograficznego i nie wierzyłam, że w jego notkach odnajdę objawienie pokroju drugiego Jacka Dukaja. Nie znalazłam, ale trafiłam na ciekawy kwiatek - chłopaczek w swojej notce miał pokopiowane elementy innej notki i niezbyt zgrabnie połączone ze swoim tekstem. Nie wiem, może oczekiwał, że nikt nie zauważy. Tylko że biło po oczach, a na grupie facebookowej dla blogerów zawrzało.

No i by zakończyć gderanie o plagiacie, pokażę jeszcze jeden typ - kradzież frazy z innego tekstu, bo przecież jest taka"ładna, amerykańska" ("Sami swoi"). Przykład wezmę z sufitu. Wyobraźmy sobie, że pewien recenzent o zmęczonej przez siebie książce napisał tak:

To była najgorsza szmira, jaką w życiu czytałem. Papierowi bohaterowie, 250 stron o gotowaniu klusków, do tego te rozlazłe jak ciasto opisy, sreściłbym to w góra 3 zdaniach! Tragiczna lektura, po przeczytaniu tej publikacji czułem się wykończony jak koń po westernie z Johnem Wayne'm.

Tę samą książkę przeczytał nasz XYZABC (lubię się znęcać nad wyimaginowanymi bohaterami), też zaczepiał po niej pętelkę na żyrandolu, ale sznurek był sparciały i nic z tego nie wyszło. Sfrustrowany XYZABC postanowił zatem wylać swój żal na blogu, nawet pisanie mu nieźle wyszło, zresztą zobaczcie:

Wykończyła mnie ta książka, ile można gnieść te kluchy, gnieść się na kluchach i gotować? Bite 250 stron nie wyłazić z kuchni? Gdybym zaproponował to swojej Jagnie (a w "Krzyżakach" Jagienka tyłkiem orzechy łupała, więc to imię ma moc), rzuciłaby mnie wałkiem. Było tragicznie, w trakcie i po przeczytaniu tej publikacji czułem się wykończony jak koń po westernie z Johnem Wayne'm.

Podkreśliłam sporny fragment. Bloger ABCXYZ już ma podstawy, by kłócić się z równie pokopanym przez książkę o kluchach XYZABC. A można było prosto - odpowiednio to formułując. Przykładowo:

... po przeczytaniu tej publikacji - zupełnie jak ABCXYZ z bloga abcxyzsosweetandclever.blogspot.whatever -  czułem się "wykończony jak koń po westernie z Johnem Wayne'm".

Podsumowując, zamieszczę kilka rad, dzięki którym możesz wyjść z podejrzenia o plagiat z obronną ręką:
  1. Zawsze, ale to zawsze podawaj źródło, z którego korzystasz. Miłym elementem w sieci jest również podlinkowanie twórcy - dzięki temu trafi do niego więcej ludzi.
  2. Jeśli cytujesz, zaznacz to tak, by odznaczało się w tekście. Najlepiej wygląda cudzysłów, ale kursywa też daje radę.
  3. Jeśli piszesz na jakiś temat (naukowy, czy książka), rób notatki i potem z nich odtwarzaj poznaną wiedzę. Nie przepisuj sformułowań autora, wyrażaj to własnymi słowami.
  4. Uczniu, odrabiaj sam pracę domową :)
Tym optymistycznym akcentem pożegnam się z Wami i życzę Wam miłej niedzieli. Oczywiście, nie nakreśliłam całości problemu, jedynie wierzchołek góry lodowej, ale mam nadzieję, że niniejszy tekst okaże się pomocny.
A czy Wy macie jeszcze jakieś rady dotyczące unikania plagiatu? Wszelkie uwagi, sugestie, głaskanie i tłuczenie po kociej łepetynie proszę umieszczać w komentarzu.

*****

Tekst z pewnością by nie powstał gdyby nie zajęcia na UKKNJA z panią Ewą Guz i panem Stephenem Daviesem. Trzy godziny spędzone na ich wykładach są na wagę złota.
 W trakcie pisania, poza podanymi źródłami w tekście, posiłkowałam się także materiałami "Integrating the source text with your own; plagiarism, source, documentation and paraphrasing" autorstwa Angeli E., Wagner J., Lawrick E., Moore K., Anderson M.,  Soderlund L., Brizee A. z 5 maja 2010 - poszperajcie tu (wersja anglojęzyczna).

6 komentarzy:

  1. Na plagiat w blogosferze można często trafić. Były też afery, że ktoś bardzo podobnie napisał i bronił się, że przecież nie przepisał całego zdania, a napisał go swoimi słowami. Plagiat to nie tylko skopiowanie słowo w słowo. Nie wszyscy są świadomi, że coś robią źle. Może dlatego, że nie mieli odpowiedniej wiedzy na dany temat?
    A "Gdzieś to już słyszałem" w każdą środę tego słucham. Idzie się zdziwić, ile twórców kopiuje innych. I coś, co wydawało nam się być oryginalne, w rzeczywistości nie jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Swoich tekstów jeszcze skopiowanych nie znalazłam - zresztą nie szukałam.
      Podoba mi się to "gdzieś to słyszałem", bo według tego sformułowanie "bara bara bara, riki tiki tak" jest moje, bo gdzieś je słyszałam :p

      Usuń
  2. Oj tak. Plagiaty się często trafiają. Nie wiem czy można z tym cos zrobić :(
    Pozdrowionka! :)

    P.S: fajnie tu u Ciebie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba :)
      Musiałam napisać coś poważniejszego o plagiatach (z moim wisielczym humorem, a jakże), bo poprzednio tylko raz plunęłam jadem i nie byłam zadowolona z efektu.
      Pozdrawiam :D

      Usuń
  3. To zabawne, ale za sprawą Internetu plagiatować jest zarówno łatwiej jak i trudniej. Kopiowanie cudzej treści odbywa się błyskawicznie, za sprawą jednego klawiszowego skrótu. Nie trzeba długo i mozolnie przepisywać zrzynanej twórczości, co oszczędza mnóstwo czasu. Jednocześnie dotarcie do plagiatora jest o wiele prostsze i skuteczniejsze. O tym, że nasza twórczość uległa cudownemu rozmnożeniu mogą poinformować nas wirtualni znajomi, własny tekst możemy odnaleźć także sami i to nawet zupełnym przypadkiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdarza się ;) Ja kiedyś znalazłam tekst kumpla w wersji "pigułkowej", przy czym zachowano nawiązania i argumenty. Po krótkim konflikcie osoba pisząca tego bloga skasowała wpis i teraz żyjemy sobie nie wadząc ;)
      Swoich tekstów nie szukałam w sieci i nie chcę myśleć co się stanie jeśli znajdę, bo potrafię być czasem nieobliczalna.

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.