czwartek, 6 marca 2014

Toystories - powrót do świata dziecięcych koszmarów

Pamiętam, że lata temu, jako dziecko, byłam strasznym niszczycielem zabawek, z czym moja mama nie potrafiła sobie poradzić. Co rusz lalka typu "Barbie" traciła głowę przy przechyleniu, oddawała "Kenowi" rękę razem z przedramieniem. Łatwiejsze życie miały misie, ich nie pozbawiałam kończyn, jedynie starałam się je "upiększyć" przez domalowywanie elementów, odrywanie guziczków i próbę doszycia nowych, co przy talencie dziecka miało koszmarny efekt.
Moja sprytna rodzicielka wpadła pewnego dnia na genialny pomysł. Powiedziała mi, że moje zabawki mają duszę i że za każdym razem, gdy próbuję wprowadzić w ich wygląd swoją "modyfikację", coś je boli.

To wspomnienie powróciło do mnie w trakcie lektury najnowszej antologii od nieznanego mi jeszcze wydawnictwa Morpho z Sieniawy Żarskiej, mającym w swym wachlarzu ofert pozycje dla dorosłych i dla dzieci, religijne i fantastyczne.
"Toystories" zafundowało mi powrót do krainy dziecięcych koszmarów i koszmarków, przed którymi obronić mnie może tylko pluszowy miś. Na kartach tego zbioru odnalazłam szesnaście tekstów szesnastu autorów - tych debiutujących i tych mających na swoim koncie poważne publikacje. Każde z opowiadań łączył jeden wspólny motyw - zabawki. Postaram się pokrótce przedstawić Wam każde z nich. Wiem, całość wyjdzie obszerna, ale każdy z autorów według mnie zasługuje na kilka słów.

Krzysztof w trakcie powrotu do domu zahacza o stragan prowadzony przez dziwną staruszkę. Kobieta sprzedaje zabawki na straganie, "wszystko po 10 złotych". Mężczyzna kupuje lalkę i układankę dla córeczki z okazji jej urodzin. Uradowana dziewczynka od razu wzięła się za zabawę prezentami. Wszystko się komplikuje, gdy Myszka Miki i jej przyjaciele, goszczący na obrazku z puzzli, ożywają. To dziwne zdarzenie pociągnie za sobą lawinę nieprzewidywalnych następstw.
"Ostatnia sipka węgla" Marka Zychli otwiera cykl szesnastu opowieści, szesnastu oryginalnych spojrzeń na świat zabawek, tak ściśle związany z dziećmi. Przewrotny utwór zaskakuje, wywołuje uśmiech. W trakcie jego lektury nie czułam się przestraszona, ale po grzbiecie chodził ten dreszcz, który towarzyszy mi zawsze, gdy czytam dobry tekst.

Trwa wojna, dom staje się miejscem zmagań zapomnianych polistyrenowych żołnierzyków w skali 1:72 ze zdradzieckimi Duńczykami, klockami LEGO. Mali Jimmy i Frankie, dwóch chłopców, nie zdaje sobie sprawy z prowadzonych w ich pokoju i na strychu działań. Nie wiedzą, że plastikowy pułkownik Courage poza walką z okrutnymi wrogami ulepionymi z LEGO, obawia się także francuskiego generała Strooma. Pozorna "burza w szklance wody" lub "War in the kid's room" (odsyłam do pierwszej solowej płyty Jelonka) nabiera poważniejszego charakteru. Niemal jak "Full metal jacket" Stanleya Kubricka. Zauważyliście uśmiech Kacpra Kotulaka już przy tytule jego opowiadania - "Full plastic jacket"?

Dzieci się nie zaniedbuje, ta prosta i wyświechtana już prawda brzmi dziwnie. Niby wszyscy to wiedzą, niektórzy wycierają nią sobie twarz, ale ostatecznie i tak obrywa się najmłodszym. Ryszard, człowiek sukcesu, nie ma czasu na swojego synka. Brak uwagi stara się wynagrodzić małemu Piotrusiowi prezentami - wszelakimi zabawkami, o jakich chłopiec mógłby marzyć. Tylko że maluch pragnie po prostu towarzystwa rodzica. "A ja nie chcę czekolady, chcę by miłość dał mi ktoś; chcę, by zabrał mnie od mamy, bo słodyczy mam już dość", cytat z popularnej w moim dzieciństwie piosenki wkradł mi się w głowę w trakcie czytania i po latach wydał się upiorny. Juliusz Wojciechowicz w "Ostatnim prezencie" poszedł w delikatnie inną stronę, okrasił swój tekst nutką makabry.

Ludzkość wyginęła tysiąc dwa lata wcześniej, na pobojowisku dawnego świata wciąż istnieją zabawki, ogarnięte szaleństwem byty. W tym świecie przebudza się pluszowy miś, nieświadomy jeszcze nowych zasad. Nie wie jeszcze zbyt wiele o Księdze Mattela (dla formalności wspomnę, że firma jest obecnie jednym z największych producentów zabawek, wystarczy się przejść do sklepu, by zobaczyć na przykład lalki Monster High) będącej nową biblią dla opuszczonych przez dzieci pluszaków, samochodów, robotów i lalek. Kosmiczny Robot Rozpoznawczy, który podobno służył w NASA, kieruje zagubionego misia do Pierwszego z Przebudzonych, Wielebnego. "... i zaszło słońce Mattela" Adama Fronia jest pełnym napięcia tekstem, ze świetnie budowanym nastrojem, dzięki wtrąceniom ze stworzonej na potrzeby opowiadania świętej księgi. Tekst ten jest także udaną próbą ukazania zagubienia jednostki w zwariowanym świecie. "Stranger in a strange land", jak to w utworze Iron Maiden było.

Zeus Gromowładny, wielki pan Olimpu, ocknął się na skąpanej w blasku słońca polanie. Z gigantycznym kacem starał się zrekonstruować poprzednie wydarzenia. W końcu przyszedł mu do głowy genialny pomysł, sięgnął po komórkę. Bateria padła.
Centrum Dowodzenia Ziemią, w skrócie CDZ, drżało w posadach od chrapania cyklopa Brunona. Tutaj, w tym tajemniczym miejscu, odbywają się szachowe rozgrywki między bogami z różnych systemów religijnych, zależy kto kogo wyzwie. W "Bogowie w szachy grają" Sylwii Błach ważą się losy znanego nam świata, przedstawionego jako plansza do gry. Człowiek, zupełnie jak w czasach baroku, staje się kukiełką w rękach kapryśnego bóstwa. Tutaj grających absolutów jest więcej, a do gry wkraczają także Majowie. Z początku nic mi się nie kleiło, skąd właśnie Majowie? W pierwszym paragrafie przyjęłam założenie "Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji", które zostało momentalnie obalone. Krótki tekst, który miło się czyta po początkowym oszołomieniu.

Wspomniałam na wstępie o swoich koszmarach związanych z zabawkami mającymi duszę. Mała Gosia (moja imienniczka, co mi dało sporo do myślenia) w trakcie wizyty przyjaciółki mamy i jej córki postanawia założyć szpital dla swoich zabawek. Z pomocą koleżanki rozpoczęła diagnozę i próbę leczenia chorób towarzyszy swoich zabaw. Nie była świadoma jednak, że zabawki nie lubią odczuwać bólu. Opowiadanie Michała Stonawskiego pod tytułem "Lalka" na nowo przeniosło mnie w świat, w którym przed snem nieśmiało spoglądałam na swoją kolekcję uszkodzonych Barbie, Dian i innych plastikowych panien. Króciutka nowelka z dreszczykiem.

Dwóch zwiadowców po odnalezieniu cennego dla ich mocodawcy tajemniczego artefaktu stara się przedrzeć przez grupę zajadłych i krwiożerczych jaszczurów. Nie jest prosto, w ruch idzie ostrze. Z pomocą przybywa im woletor, tajemnicza istota bojowa w skrzydlatym pancerzu. Przedmiot o nieznanym działaniu, malutka zabaweczka, zostaje bezpiecznie przetransportowany do obozowiska, prosto w ręce oczekującego naukowca Sztyrlica. Wszyscy są bezpieczni dopóki badacz nie zechce dobrać się do tytułowego Artefaktum z tekstu Grzegorza Gajka. Podzielone na rozdziały opowiadanie zaintrygowało mnie wprowadzeniem w iście S.T.A.L.K.E.Rskim (wykropkowałam, by nie było wątpliwości, że nie chodzi mi o nękających) klimacie, a potem akcja ruszyła z kopyta i dojechała do niespodziewanego finału. Myślałam, że przewidziałam zakończenie, a tu psikus. Wielokrotnie wspominałam, że lubię się tak zawieść.

Był sobie sklep z zabawkami, a na jego wystawce stał pluszowy miś w pudełku. Miś spoglądał na odwiedzających i kupujących zabawki ludzi, był przyzwyczajony do tego, że go wymijają. Pewnego dnia jednak przyszła kolej i na niego, trafił w czułe ręce małej dziewczynki o imieniu Anita. Dziecko należało do "patchworkowej" rodziny, jej ojciec związał się z inną kobietą, która dała mu dziecko. Oczywiście Żmija (tak nazywa ją Miś) nie może córki swojego męża zaakceptować, co pokazuje na każdym kroku. Napięcie narasta, w końcu coś musi eksplodować. "Miś" Jędrzeja Feranos Bargłowskiego z jednej strony oparty jest na prostym schemacie "nie masz winy bez kary", z drugiej ciekawie ukazuje rozterki pluszowej zabawki.

Dziecięce koszmary, to przez nie maluchy często budzą się nocą z płaczem. Temu zagadnieniu postanowił przyjrzeć się Marcin Rojek w opowiadaniu "Słodkich snów". Główny bohater, pluszowy miś z oderwanym uszkiem, stracił właśnie przyjaciela i partnera w walce z sennymi marami. Zabawki mają bowiem duszę, którą ryzykują za każdym razem, gdy udają się do snów chłopca. Jeśli w alternatywnej rzeczywistości zginą, zostaną wyłącznie pustą skorupą w świecie materialnym. Tym razem umysł dziecka zaatakowały potężne demony, którym nie potrafiły poradzić nawet najsilniejsze z zabawkowej kolekcji. Pluszowy miś postanawia wziąć sprawy w swoje kudłate łapki.

Wdowiec o imieniu Krzysztof nie może poradzić sobie ze sobą i z wychowaniem synka Jasia. Na każdym kroku ktoś zwraca mu uwagę, że dziecko jest posiniaczone i zalęknione. Krzysztof zbywa to stwierdzeniami, że synek ma talent do robienia sobie krzywdy, stara się udawać. Traci jednak kontrolę w trakcie odbierania dziecka od siostry nieżyjącej żony. Ada podważa jego autorytet, każe dziecku najpierw odnaleźć zaginionego misia Dżekiego, a potem posprzątać po zabawie. Chłopiec bez maskotki czuje się niepewnie, to jego pamiątka po ukochanej mamusi, jego mały bohater, dzięki któremu ma być bezpieczny. Z początku brzmi to niewiarygodnie, jak pluszowy miś ma pomóc chłopcu w obronie przed agresywnym ojcem? Zacietrzewiłam się jako studentka kierunku pedagogicznego, ale "Śpij, chłopczyku" Marty Krajewskiej przeczytałam jednym tchem, bez przerwy na wiercenie się na krześle, choć już przestało być wygodnie.

Wystarczy czasem podkute zawiścią oskarżenie, by ruszyła lawina podejrzeń. Na przykładzie pluszowych misiów, z pozoru banalnym i dziecinnym, ukazuje ten krzywdzący mechanizm Sylwia Finklińska w opowiadaniu "Zbrodnia". Mały Kubuś uwielbiał misie. Z lubością je kolekcjonował, bawił się z nimi i ustawiał na półkę. Za każdym razem, gdy w jego kolekcji pojawiał się nowy miś, nosił go ze sobą wszędzie, a pozostałe zabawki czuły się zapomniane. Pewnego razu Kubuś dostał misia-wampira, co wywołało niemałe emocje wśród innych pluszaków. Krótko potem chłopiec wziął do zabawy misię Kasię i wampirka. Niestety pluszowa i słodka towarzyszka zabaw nie wróciła. Na resztę zabawek padł blady strach.
"Zbrodnia" poza historią niesłusznie wysnutego oskarżenia i uprzedzeń jest także ironicznym spojrzeniem na historie detektywistyczne. Zabawki starają się bezmyślnie imitować zachowanie detektywa z filmu, ale nie przynosi to oczekiwanego skutku. Z pozoru prosta historia skłania do przemyśleń.

W świecie przyszłości ludzkość wykształciła w sobie reproduktory recyrkulacyjne, narządy zwane potocznie dżajnami, które mają być wielkim ułatwieniem dla człowieka. Każda istota ludzka dzięki dwóm woreczkom umiejscowionym w okolicy bioder z resztek z przemiany materii może wyprodukować przedmioty codziennego użytku - od zabawek, po tabletki na ból głowy.
W "Zabaweczce" Jana Maszczyszyna troje dzieci bada dżajny umarłej kobiety. Betty, najmłodsza z nich, podejmuje ryzyko i wkłada rączkę w narząd martwej. Odnajduje tam nie do końca wykształconą lalkę.
Ciężko mi było przebrnąć przez początek historii. Wizja małej, tłuściutkiej łapki, zagłębiającej się w wyimaginowany narząd nieżyjącej już istoty mnie odrzucała. Przemogłam się, doczytałam do końca. Naturalistyczne ujęcie zwłok przestało mnie mierzić.

W pokonanej i zniszczonej przez rakiety Polsce żyje się ciężko. Sytuacja finansowa większości obywateli jest kiepska, nawet dzieci chodzą do pracy. Tadeusz, dwunastoletni Wrocławianin, przez przypadek spotyka sklepikarza Baltazara Kawkę, który przybył do miasta, by otworzyć tu "Sklep z zabawkami" (taki tytuł nosi opowiadanie Marcina Rusnaka). Zatrudniony przez kupca chłopiec nieświadomie zostanie wciągnięty w okrutny plan.
W "Sklepie z zabawkami" ukazany jest zniszczony Wrocław, miasto wciąż mi nieznane, intrygujące, o którym chce się czytać. Ciekawą wizję tego miejsca nakreślił Andrzej Ziemiański w "Breslau for ever", miasto ukazane w trzech epokach: w przeszłości i teraźniejszości. W przyszłość wybiegł Marcin Rusnak ukazując Wrocław jako ruinę, "Neo Tokio City" z "Akiry" w polskim wydaniu. Odpoczęłam przy tym opowiadaniu.

Erik i Barbara Grayowie zmierzają na pogrzeb Laury, dawnej przyjaciółki mężczyzny. Barbarze uczestnictwo w tej uroczystości jest nie w smak, wolałaby chodzić po sklepach w poszukiwaniu prezentu urodzinowego dla ich synka - Timmy'ego, malca psującego wszystkie zabawki. Po pogrzebie nieszczęśliwie zakochanej w Eryku Laury, mężczyzna odkrywa, że podkochująca się w nim kiedyś dziewczyna skrywała pewien sekret mający wpływ na jego życie.
"Zabawki z Galatei" Kornela Mikołajczyka to naszpikowana symbolami opowieść umiejscowiona w kosmosie. Tytułowa Galatea to korporacja produkująca zabawki, między innymi ożywione lalki ("Pigmalion"?). Tropu Laury doszukiwałam się w sonetach Petrarki, a motywu lalki w wierzeniach voodoo. Nie wiem, czy poruszyłam wszystkie "Easter Eggi". Jeśli nie, zachęcam do poszukiwań.

Mirek, bohater "Zabaw w wojnę" Bartłomieja Żarnowskiego, jest żołnierzem elitarnej jednostki specjalnej, której zadaniem jest przewidywanie ewentualnych posunięć wroga i opracowywanie strategii działania. Nie narzeka na zarobki, nawet na "emeryturze" otrzymywane przez niego pieniądze wielokrotnie przewyższałyby pensję szarego Kowalskiego. Niestety, cierpi przez to jego życie rodzinne, nie może nic zaplanować, bo wystarczy jeden rozkaz i oczekiwany urlop przepada. Tym razem Mirek mógł zapomnieć o wyjściu z żoną do teatru w weekend, przyszły materiały zawierające opis nowoczesnej broni w posiadaniu wroga. Oddział rusza do akcji, jednak sprawy się komplikują.
Żołnierze, walka, broń, świat mężczyzn - ta tematyka od dawna przyciąga moją uwagę z większą efektywnością niż przypisywane mojej płci komedie romantyczne. Lubię akcję, w tekście Bartłomieja Żarnowskiego znalazłam jej mnóstwo.

W "W tym roku Świąt nie będzie" Krzysztofa T. Dąbrowskiego zmęczony życiem Święty Mikołaj postanawia skończyć ze sobą raz na zawsze. Miał już dość tej świątecznej otoczki: dzieci, zabawek, czy reniferów. Zamroczony alkoholem postanowił się powiesić. Przygotował sznur, stołek, zacisnął pętlę wokół szyi, kopnął mebel. Tymczasem wśród zabawek panowała rozpacz. Ken tęsknił za tą "tylko swoją Barbie", choć w magazynie było pełno takich samych lalek. Niemal jak w "Małym księciu". Jego prywatna Barbie zniknęła, za co obwiniał Mikołaja.
Zastanawiałam się kiedyś jak mogłyby reagować zabawki, które w fabrykach są pakowane w pudełka i rozsyłane na cały świat. Jeśli rzeczywiście są istotami ożywającymi w momentach, gdy nikt nie patrzy, czy lamentują za utraconymi znajomymi?

Mało kiedy tak się zdarza, ale nie znalazłam w tym zbiorze opowiadania odstającego od reszty w sposób negatywny. Są tu opowiadania dobre i bardzo dobre, intrygujące i przewidywalne (choć podane w bardzo apetyczny sposób). Zarówno debiutanci, jak i doświadczeni autorzy podeszli do tematu zabawek i świata dziecięcego z kreatywnymi pomysłami i oryginalnym spojrzeniem. W trakcie lektury tej antologii bawiłam się świetnie: dawałam się porwać akcji, z zainteresowaniem przyglądałam się bohaterom, współodczuwałam ich emocje.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o stronie graficznej projektu. Siedząca wśród zabawek lalka - pielęgniarka przyciągnęła moją uwagę, gdy przeglądałam posty na Facebooku. Uboga, lecz intrygująca kolorystyka, postacie utrzymane w komiksowej konwencji - dla mnie bomba.
Niestety mniej przypadły mi do gustu ilustracje wewnątrz książki. Szkice wydały mi się niekiedy niedopracowane. Być może to celowy zabieg mający pomóc czytelnikowi wczuć się w klimat opowieści, może grafik specjalnie tak poprowadził ołówek, by kreski imitowały kształty rysowane przez dzieci. Nie pasuje mi jednak ręka żołnierza na grafice o opowiadania "Full Metal Jacket". Według mnie palce powinny się inaczej zginać.

"Toystories" to pierwsza pozycja wydawnictwa Morpho, z którą miałam szansę się zetknąć. Po wielu pozytywnych odczuciach towarzyszących lekturze jestem pewna, że z chęcią sięgnę po publikacje sygnowane niebieskim motylem. Osobiście polecam, spędziłam przy tej książce dwa miłe wieczory i podejrzewam, że Wy też będziecie się przy jej lekturze świetnie bawić.

Torysories

autorzy: Marek Zychla, Kacper Kotulak, Juliusz Wojciechowicz, Adam Froń, Sylwia Błach, Michał Stonawski, Grzegorz Gajek, Jędrzej Feranos Bargłowski, Marcin Rojek, Marta Krajewska, Sylwia Finklińska, Jan Maszczyszyn, Marcin Rusnak, Kornel Mikołajczyk, Bartłomiej Żarnowski, Krzysztof T. Dąbrowski
wydawnictwo: Morpho
data wydania: 01.03.2014

moja ocena: 4/5


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Morpho.
http://www.mor-pho.pl/images/logo.jpg
Tekst bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

6 komentarzy:

  1. Długaaaa recenzja ;)
    Ale nic dziwnego, skoro aż tyle autorów zamieściła w tej książce swoją twórczość :)
    Nie przeczytam - tego jestem pewna - ale może ktoś inny się na nią po kusi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z początku miałam napisać coś ogólnego o wszystkim, ale ostatecznie zdecydowałam się na wersję dłuższą ;) Każdy z tych tekstów coś w sobie ma.

      Usuń
  2. A ja chętnie przeczytam.Lubię wracać do dzieciństwa, a nutka horroru nikomu jeszcze nie zawadziła :D
    Pozdrawiam serdecznie,
    Ola.

    OdpowiedzUsuń
  3. Brzmi ciekawie, ale nie przepadam za zbiorami opowiadań, wolę powieści :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem w trakcie czytania i z wieloma punktami muszę się zgodzić, łącznie z kwestią rysunków. :) Wyczerpująca recenzja, sporo włożonej pracy, to widać. Które opowiadanie jest Twoim ulubionym? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci szczerze, że nie potrafiłabym wybrać konkretnego ulubionego. Trafiła do mnie "Lalka", bo bohaterka była moją imienniczką i miała podobne zapędy, co ja w dzieciństwie.
      Przy każdym z nich bawiłam się świetnie, każde miało w sobie to "coś". Niektóre wymagały więcej uwagi, przy niektórych odpoczywałam - na szczęście były tak przeplecione, że nie zdążyłam się za mocno zmęczyć. Potraktuję zbiór jako całość - świetny jest.

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.