czwartek, 8 maja 2014

Sto dni bez słońca - o bardzo widocznym akademiku

W ferworze wszelakich przygotowań do zajęć na uczelni nie pochwaliłam się Wam, że dane mi było uczestniczyć w spotkaniu premierowym Powergraphu. W klubie Grawitacja na Powiślu w połowie kwietnia prezentowane były wiosenne nowości spod szyldu tego wydawnictwa.
Dzisiaj przedstawię Wam jedną ze zdobytych w trakcie tej imprezy książek. Będzie śmiech, będą łzy, czasem patrzenie przez palce. Nie chcę przedłużać.

Poznajcie Lesława Srebronia, wyruszającego na wymianę uniwersytecką doktoranta. Z początku chwałę znanego tylko w granicach naszego kraju fantasty miał głosić na Oxfordzie, ale z pewnych przyczyn znalazł się na Finneganach, na uczelni St. Brendan College.  Jak sam Srebroń w swym dzienniczku pisze (tak, czytelnik poznaje wydarzenia z punktu widzenia polskiego wykładowcy), "Finnegany wyrastają samotnie na Atlantyku niczym niechciane, porzucone dzieci Hebrydów" (str. 7). Wyszukiwarka o nich milczy i wypluwa wieści, że uniwersytet, na którym przyszło doktorantowi spędzić tytułowe "Sto dni bez słońca", znajduje się w Bristolu, jednym ze Srebroniowych przystanków na drodze do głoszenia świetności prozy Filipa Włócznika. Pełen zapału polski akademik ma szansę głosić nielicznej grupce studentów cudowność niewydanej jeszcze w zrozumiałym dla nich języku prozy. Co tam, Srebroń im wszystko streści, a może spragnieni wiedzy studenci pilnie wyszukają informacje o historycznych realiach, w których Włócznik osadził akcję swoich powieści? Wierzycie? Nie? No to witam w klubie.
"I hołd by mu oddali, ale przegrzebki jedli." (fragment starej hebrydzkiej pieśni odnalezionej przez Srebronia, str. 54)

Student bowiem nie lubi nudnego wykładu nie wiadomo o czym. Mało kto zainteresowałby się sylwetką grafomana z kontynentu, jeśli jego prace nie zostały wydane w zrozumiałym języku. Tak, użyłam słowa "grafoman" z pełną świadomością tego czynu. W trakcie lektury "Stu dni bez słońca" poznałam fabułę wybranych "dzieł" Filipa Włócznika. Szczególnie zapadła mi w pamieć historia rodzeństwa wychowywanego przez samotnego ojca, który ukrywał przed swoimi dziećmi  prawdę o śmierci ich matki. Kobieta miała odejść do mistycznego miasta Krakowa. Stęsknione dziatki pewnego dnia uciekają z domu i wyruszają na poszukiwanie swojej krainy marzeń. W podróży odkrywają wzajemnie swoje ciała, uczą się miłości, etc. W końcu docierają do Krakowa; brat zostaje żołnierzem i ginie na grobie matki, siostra zostaje sprzedana do burdelu i jest w ciąży z bratem, zrozpaczony ojciec się wiesza. Jakiś czas później córka wraca do chatki, by wychować owoc miłości do brata. "Głęboko". Ciekawe jak długo dziewczyna nosiła swoją ciążę.

Tego typu literaturę w zapomnianym zakątku Irlandii (prom pojawia się na Finneganach raz na tydzień) postanowił promować Lesław Srebroń, człowiek zapatrzony w twórczość  swego mistrza jak w święty obrazek. Niezauważony w trakcie pojawienia się na Finneganach (mieszkańcy wyruszyli do portu, by jak co tydzień odebrać zamówione dobra), Srebroń stara się "nieść oświaty kaganiec", przelewać wiedzę do "spragnionych" umysłów nielicznej grupy studentów. Na kurs zapisało się siedmioro, pozostało pięcioro. Ta niewielka gromadka słuchała o cudowności dokonań wspomnianego już Włócznika wygłaszanej w "oksfordzkiej" angielszczyźnie, jak uważa Lesław. Na wydziale, w restauracji - tutaj rozmowa z tymi młodymi umysłami miała mu pomóc przy pisaniu monografii o twórczości Filipa Włócznika.
Doktorant dał się poznać jako osoba zapatrzona w rozwój humanistyki, która ma pomóc w pokonaniu wszelkich problemów za pomocą słowa mającego porwać lud na barykady. Jego płomienna przemowa w trakcie przedstawienia go współpracownikom na uniwersytecie sprawiła tylko, że koledzy podśmiewali się z niego przy każdej możliwej okazji, czego niestety nie zauważał. Wielokrotnie od środowiska otrzymywał sygnały, że coś jest nie tak, ale co tam - parł uparcie w ten swój las. Istny megaloman. Kilkakrotnie w trakcie lektury kartek dziennika Lesława Srebronia aż chciałam zakrzyknąć, by się wreszcie opamiętał i chociaż raz zrobił użytek z tego, że Stworzyciel (jakimkolwiek imieniem go nazwiecie) dał ludziom jedne usta i dwoje uszu nie bez powodu. To między uszami także nie bez przyczyny znajduje się pod czaszką.

Ale nie. Lesław Srebroń za każdym razem, gdy wydawało się, że nie można nie widzieć tylu przesłanek, wciąż wygłaszał swoje osądy. Szedł w to dalej - o każdym napotkanym mieszkańcu Finneganów opowiadał sobie własną wersję historii i węszył, by to potwierdzić. Jednemu z wykładowców dopowiedział historię o płomiennym romansie sprzed lat, z żałoby po którym staruszek nie potrafi jeszcze wyjść. Zesłany na Finnegany duchowny "z pewnością" znajduje się tu z powodu herezji... Tego typu "smaczki" znajdują się na każdym kroku, wyglądają z linijek powieści.

Czasami czułam się zmęczona głównym bohaterem. Przerażało mnie, że w jego sylwetce widziałam odbicie niektórych znanych mi wykładowców. Rozprawianie o cudowności czegoś z egzaltacją, obsesja na punkcie własnego "ja", taką nieumiejętnością zauważenia własnych błędów, podobnie został wykreowany Don Kichot w powieści Cervantesa. Typ bohatera, który nie umiera nigdy. Nie ważne, że niekiedy męczy, on wciąż jest. "Śmieszy, tumani, przestrasza", jak u Mickiewicza. Satyra przenikała się z akademicką rzeczywistością.

Najmocniej w powieści Wita Szostaka, krakowskiego pisarza nagrodzonego Zajdlem, dostaje się społeczności akademickiej. Nie trudno to zauważyć, wszak główny bohater jest członkiem tej grupy, a akcja dzieje się na zapomnianej przez ludzi uczelni. Wielokrotnie dochodzi do konfrontacji ludności miasteczka z przedstawicielami akademików. Uczestnicy programu wymian wynajmują pokoje u żon rybaków, co wieczór piją wieczorami guinessy w jednej z knajpek.
Rozśmieszył mnie również drobny przytyk wobec self-publisherów. Tak, nawiązuję do płomiennych podziękowań skierowanych do "Kasi i Rafała Kosików, którzy w dowód zaufania od razu zaproponowali mi (mu) partnerską partycypację w kosztach tego pionierskiego przedsięwzięcia wydawniczego" (str. 457). Nie widziałam jeszcze tak poetyckiego nazwania współfinansowania. Ciekawe, czy jakiś wydawca oczekujący zapłaty od autora za publikację jego dzieła nie zacznie używać tak górnolotnych sformułowań. Zapomnijmy o obietnicach korekty w wykonaniu ludzi z szanowanych wydawnictw, zapomnijmy o obiecywaniu bestsellerów - teraz książka będzie publikowana jako dowód zaufania w pionierskim przedsięwzięciu. No ładnie.

Musiałam zrobić sobie małą przerwę w trakcie lektury "Stu dni bez słońca", czułam się przez chwilę zmęczona sylwetką głównego bohatera. Krzywe zwierciadło, które odbija realia akademickie, czasami wywołuje ból oczu. Mimo to strasznie się cieszę, że zakupiłam sobie najnowszą książkę Wita Szostaka i wzięłam się od razu za czytanie. Było naprawdę warto. Śmiałam się, chociaż niekiedy był to słynny śmiech przez łzy. Zdecydowanie polecam.

Sto dni bez słońca

autor: Wit Szostak
wydawnictwo: Powergraph
data wydania: 2014
oprawa: twarda

moja ocena: 4/5

3 komentarze:

  1. Zachęciłaś mnie swoją recenzją do przeczytania książki :D

    http://dawidkwiatkowski-opowiadanie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby nie Twoja recenzja - pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi. Opis jaki dołączono na stronie empiku raczej nie zachęca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam inną recenzję tej książki i była bardzo przeciętna, widzę, że Ty dopatrzyłaś się więcej atutów, dlatego chętnie po nią sięgnę.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.