niedziela, 15 czerwca 2014

101 - opowiadanie na konkurs

Dzisiaj będzie bez grafiki, chyba że zeskanuję jeden ze swoich rysunków i dodam za jakiś czas. Wrzucam tekst opowiadania, które jakiś czas temu wysłałam na konkurs i niestety się nie powiodło, ale mam do niego sentyment i cóż, nie chcę, by zaginęło w mrokach komputera. Dlatego też podzielę się nim z Wami. Jeśli macie jakieś uwagi - pozytywne lub negatywne, dzielcie się. Z chęcią przeczytam.

***

            To miało być normalne, czwartkowe popołudnie. Zachodzące słońce uwydatniało wory pod wymęczonymi, przekrwionymi i łzawiącymi przy każdym mocniejszym promieniu światła oczami Oli, malowało na jej twarzy dziwny grymas. Przygarbiona pod ciężarem plecaka, podążając w tłumie przypominającym ożywione zwłoki, przeszła przez bramkę metra na Młocinach. Bezwiednie, niesiona przez prąd poruszających się ciał, przesunęła się w kierunku swojego autobusu. Z jej zaschniętego gardła nie wydobywał się już nawet jęk.

            Myślała jedynie o swoim mieszkaniu, o twardości materaca, o miękkim kocyku w pandy. Zamknąć oczy i nie myśleć, zapaść w sen, naładować wyczerpane akumulatory. Po prostu nie istnieć przez te magiczne kilka godzin, zanim zadzwoni budzik. I następnego dnia znowu na uczelnię. W myślach słyszała już chrzęst zamka, który metalicznym szczękiem rozlegnie się na klatce.
            Jak cień wsunęła się do autobusu, zajęła jedno z wolnych miejsc przy oknie. Wyciągnęła niedawno kupioną książkę, przepełnioną magią i fantastycznymi stworami. Oby tylko przeżyć te ciągnące się w nieskończoność dwadzieścia minut jazdy, oby tylko nie zasnąć nad zadrukowanymi drobnym maczkiem stronicami. A może by tak jednak wreszcie zdechnąć? Walnąć głową o twardą barierkę i mieć spokój?
Nawet tego jej się nie chciało.
            Obok niej przycupnęła młoda kobieta, na oko może trzydziestoletnia, która skrywała twarz za kaskadą czarnych, zniszczonych przez częste farbowanie włosów. Wpatrzona w jeden punkt, zobojętniała. Zupełnie jak inni, powoli zapełniający autobus. Ściskająca wnuczkę za rękę starsza kobieta obrzuciła współpasażerów pogardliwym spojrzeniem, po czym wcisnęła się na siedzenie we wnęce przy oknie i prychnęła jak czajnik pełen gotującej się wody. Ciągnięte przez nią dziecko uderzyło ciążącym, różowym tornistrem o oparcie. Ola kątem oka zauważyła grymas bólu wykrzywiający ogromne policzki dziewczynki.
            Czas pozostały do odjazdu topniał. Gnający od wyjścia z metra ludzie wskakiwali na pokład. Robiło się coraz gęściej. Po wersach przygody w odległym świecie przesunął się jakiś cień. Nieproszony, złowróżbny. Ola na moment oderwała się od lektury, by poznać winnego przysłonięcia jej światła. Typowy, podstarzały inteligent, otulony czarnym płaszczem, trzymający poprzecieraną skórzaną teczkę w jednej dłoni, anglojęzyczną książkę w drugiej. Brakowało tylko kapelusza, w którego cieniu mogły skryć się szare, zmęczone oczy wpatrzone w linijki drobnego tekstu.
            To miał być zwyczajny powrót do domu, jak każdego popołudnia. Dotrzeć do docelowego przystanku, wysiąść, dojść do osiedla, wpisać kod przy bramce, doczłapać do bloku, wpisać kod do klatki, wspiąć się po schodach, otworzyć mieszkanie, zrzucić buty i kurtkę, paść na łóżko. I na drugi dzień znowu uczelnia, tak do czerwca. Jeszcze ze trzy miesiące.
            Coś jednak nie grało. Do autobusu wdarł się smród rozkładających się w wodzie zwłok, wymieszany z kwaśnym odorem moczu i resztek alkoholu. Skupieni przy drzwiach ludzie momentalnie ruszyli w głąb autobusu, oby jak najdalej od źródła niemożliwego fetoru.
            Ola odwróciła głowę w kierunku wejścia. Czuła, że żółć z wygłodzonego, studenckiego żołądka podchodzi jej do gardła. Chciała zwymiotować, jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Zatkała dłonią usta. Nie tu! Nie może przecież obrzygać współpasażerki!
            Przez rzednący przy drzwiach tłum przeciskał się ogromny, rozpęczniały jak zwłoki leżące długo w wodzie mężczyzna w usyfionej, granatowej kurtce.
"Paskudny menel", rzucił ktoś z tłumu. "Koszmar", zawtórował mu głos kobiecy. "Ale ten pan śmierdzi", wyszeptała dziewczynka, za co została skarcona przez swoją babcię.
            Zmęczona studentka odczuła dziwny niepokój. Nie była pewna, czy to przez wdzierający się w jej świadomość wysoki jęk przybysza, czy przez brunatno-zielony brud w kącikach jego ust.
- Nie zrozumie głodnego ten, co zawsze był syty - załkał wyrzucając z gęby potok brązowej śliny.
            Ola dopiero teraz zlustrowała przybysza od stóp do głów. Zniszczone, być może wygrzebane gdzieś w śmietniku adidasy, porwane i oznaczone plamami w strategicznym miejscu dżinsy, dwie pełne pustych butelek po Coca-Coli reklamówki z juty, granatowa kurtka, w którą wrzynały się sparciałe paski turystycznego plecaka. Z pozoru zwykły, bezdomny żulik.
            Problemem była jego twarz: wyrzucane z każdym słowem strużki śliny śmierdzącej śmiercią, ziemista cera, zaciśnięte powieki, spod których wypływały ropne łzy.
- Proszę mi ustąpić miejsca, tylko świnie siedzą, a człowiek głodny - Ola była gotowa przysiąc, że przy słowie "głodny" usłyszała groźne warknięcie - wygłodzony, nie zrozumieją świnie...
            Kiwał się wyrzucając zza zaciśniętych warg słowo "świnie". Ludzie odsuwali się jak najdalej od niego. Chciała też uciec mała dziewczynka, ale bolesny chwyt wysuszonej dłoni babci powstrzymał ten zamiar.
            Nagle dziwny przybysz zatoczył się. W ostatnim momencie chwycił drążka przy siedzeniu Oli. Masywna, rozpęczniała dłoń zacisnęła się na żółtej poręczy. Wypuścił z siebie podmuch cuchnącego powietrza. Otworzył oczy: pozbawione źrenic, poznaczone spękanymi żyłami.
            Wstrzymała oddech. Koszmar poprzedniego lata powrócił. Przed oczami przesuwały jej się obrazy z ostatniego pobytu na jednej z mazurskich, dzikich plaż.  Mętna woda w jeziorze, spróchniały podest zagubiony gdzieś w szuwarach. Nagle w ustach na nowo poczuła smak brązowej od mułu wody, w której ktoś około tydzień wcześniej utopił sporej wielkości kundla. Grupka przyjaciół znalazła martwego zwierzaka dopiero przed wyjazdem. Znowu na kostce poczuła ten zimny, zdecydowany, ciągnący ją ku dołowi chwyt.

- Olka! Olka! Ej, Krzysiek! Ona się topi! - od strony pomostu rozległ się dziewczęcy krzyk. Kilku chłopaków wzięło rozbieg na deskach kładki i wskoczyli do wody. Popłynęli w kierunku miejsca, gdzie znikła ich koleżanka.
To coś wciągało ją głębiej i głębiej. Nieubłaganie, silnie, stanowczo. Wyrywała się, ale z każdym ruchem była coraz słabsza. Brudna woda boleśnie wdzierała się do płuc. Machała rękoma, jakby chciała złapać bezpiecznego, wbitego w dno pnia pomostu.
Cholera! Nie ma! Cholera! Cholera!
Otępiała. Ogarnął ją niebiański spokój. Po prostu opadała na dno, nie ważne jak szybko.
Czy tak właśnie wygląda śmierć? Czy sunie w górę od jej kostki oślizgłą jak ryba dłonią?
Ocknęła się na brzegu, otoczona gromadą znajomych. Wytrzeszczali na nią oczy, gdy wykasływała z siebie wodę.
- Olka, co się stało? Tak nagle zniknęłaś pod wodą, jakby... - wzrok Anki zatrzymał się na spuchniętej kostce koleżanki. Olka drżała z nerwów, ale nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa.
- Noż kuźwa! - z szuwarów dobiegł ich krzyk Krzyśka, organizatora studenckiego wypadu. - Ktoś tu kundla utopił!
- I po cholerę go zruszyłeś?! Wiesz, jak to capi? - Anka poderwała się i podbiegła do brzegu. Chwilę później z zarośli wynurzyła się łódka z trzymającym się za nos Krzyśkiem.
- Ale ja go nie ruszałem. Nie wiem co tak wali. Może ktoś jeszcze coś w wodę wrzucił.
- Lepiej stąd jedźmy. - zaproponował Radek. - To miejsce przestaje mi się podobać. I musimy zabrać Olkę do szpitala. Może się w coś zaplątała, ta noga nie wygląda dobrze.

Od tamtej pory nigdy nie weszła do wody, o ile nie widziała, co jest na dnie. Owszem, na pogotowiu zapewnili ją, że nie ma powodu do obaw, ale ona wiedziała. To coś wciąż kryło się w jej podświadomości, czekało na ujawnienie. A Ola... Cóż, przestała nawet używać płynu do kąpieli, bo bała się, że za mydlaną pianą może kryć się jej koszmar.

            Poczuła, że żółć podchodzi jej do gardła. Kolejna fala. Przycisnęła do piersi książkę i plecak.
- Przepraszam, muszę wyjść - wyrzuciła z siebie. Siedząca obok niej kobieta zawahała się przez chwilę, po czym wstała.
            Ola, by umknąć z zasięgu ogromnych łap, ruszyła w tłum przyciskając kurczowo dłoń do ust. Jeszcze raz, by się upewnić, spojrzała na wypływającą z wyrzucających słowo "świnie" warg strużkę brązowej śliny. Nie wiedziała, że gna za nią jej niedawna, czarnowłosa sąsiadka.
            W ostatniej chwili, cudem unikając przytrzaśnięcia przez skrzydła drzwi, wyskoczyła z autobusu. Wylądowała na kolanach na chodniku. Jęknęła.
            Zza siebie usłyszała głuche uderzenie. Podążająca za nią kobieta nie miała tyle szczęścia. Gorączkowo wciskała przycisk otwarcia drzwi, jednak kierowca to ignorował. Próbowała pociągnąć za metalowe poręcze, ale nie udawało jej się to w tłoczącym się przy wyjściu, uciekającym przed smrodem tłumie.
            Autobus ruszył. Nagle z kilku gardeł uwięzionych w pojeździe podróżnych wyrwał się krzyk. Sparaliżowanej przez strach dziewczynie przez chwilę przemknął jeszcze obraz przerażonej babci, gdy krew jej wnuczki rozprysła się paskudnym kleksem na szybie.
            To miało być normalne, czwartkowe popołudnie. Jej niedoszły wehikuł zatrzymał się na światłach przy wyjeździe z pętli. Na widok krwi wypływającej spod drzwi autobusu z numerem 101 zwymiotowała. Poczuła w ustach kwaśny smak. Odkaszlnęła. Poderwała się z chodnika i pognała w kierunku Starych Świdrów, oby tylko jakoś przedostać się przez most. Nie oglądała się. Nie chciała widzieć, czy cokolwiek wydostało się z tego autobusu.
Musiała uciec. Jak najszybciej.
             Tak, zdecydowanie. To miało być normalne, czwartkowe popołudnie. Ale chyba nie tym razem.

KONIEC

2 komentarze:

  1. Witaj!
    Przeczytałem właśnie 101 i mogę tylko powiedzieć, że podobało mi się. Jest to pierwszy tekst Twojego pióra, jaki miałem okazję czytać i jestem pod wielkim wrażeniem. Piszesz bardzo sprawnie i swobodnie. W moim odczuciu w 100% profesjonalnie :) Wracając jeszcze do powyższego opowiadania, troszkę zabrakło mi w nim (o ironio :p ) głębi :P Nie wiadomo nic o źródle zła/wypaczenia. Szkoda, choć jeśli było pisane to na konkurs, to pewnie ograniczał Cię regulamin ze wskazaną liczbą znaków i stąd mamy tylko scenkę + retrospekcję, bez całej reszty tła.
    A tu: "Jej niedoszły wehikuł zatrzymał..." chyba nie najszczęśliwszy zwrot. Autobus był doszły, a nawet zaszły ;) Niedoszły oznaczałoby, że nigdy nim nie jechała ;)
    I tyle.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uwagi. Rzeczywiście ograniczał mnie limit znaków. A co do autobusu - przemyślę sprawę ;)

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.