poniedziałek, 23 czerwca 2014

Metalfest 2014, dzień drugi i trzeci - o tym, jak fangirl spotyka super ludzi

W trakcie koncertu Flotsam and Jetsam.
Dzień drugi. 31 maja 2014.
Po nerwowej nocy z serii "opierniczyli im namioty" (ktoś na pokładzie słucha szant?) dokonaliśmy szybkiej oceny strat, porannej toalety oraz wzięliśmy się za naprawę naszego lokum. Dziwnym trafem Mr Frog miał pancerne łatki z ortalionu (czy jakkolwiek inaczej nazwiecie tkaninę namiotową, która nie spłonęła w całości tylko dlatego, że padał deszcz) i jako jedyna kobieta na pokładzie zostałam zaangażowana w mało ambitną pracę o kryptonimie "trzymaj, bo mi się rozjeżdża".
Z białego namiotu po drugiej stronie bagna dochodziły miłe naszym uszom dźwięki Horkýže slíže i Manowara. Chciało się żyć. Szczególnie, że na terenie festiwalu mieliśmy iść dopiero na 16:45 na Flotsam and Jetsam. No wiecie, duet Flotsama i Jetsama, którym przygrywa karzełek "and". Pozdrawiam osobnika, który taki skład kapeli stworzył. Najgorsze, że nie żartował, przez co miał cały Metalfest (i po Metalfeście, gdy styrani szliśmy na dworzec) z nami wesoło - gdzie nie poszedł, tam się śmieli. I by się nie śmieli, gdyby wieczór wcześniej o zespole nie było mowy na ustalaniu planu.
Czas wolny spożytkowaliśmy należycie - przeszliśmy się po Plzen, obejrzeliśmy tamtejszą katedrę, zrobiliśmy kilka zdjęć. Pozytywnie.


Nie przepadam za Metallicą, szczególnie nowymi dokonaniami tego zespołu, dlatego gdy Mr Frog wspomniał o powiązaniu Flotsam and Jetsam z tą kapelą (za sprawą pana Jasona Newsteda, który najpierw był basistą w Flotsam, potem przeszedł do Metalliki, by założyć kapelę Newsted), jakoś mi nie zależało, by ich oglądać. Straciłabym zbyt wiele, gdybym tym razem posłuchała moich gderających uprzedzeń. Ba, te zamilkły, gdy ze sceny popłynęły pierwsze takty. Bo chociaż Flotsami grali w świetle dnia, to dali świetny show.


Nastąpiła mała przerwa na reklamy. Zeszliśmy z trybun amfiteatru pleńskiego zoo i ruszyliśmy pod scenę. Za około dwadzieścia minut miał pojawić się na scenie Rage, formacja, która na Masters of Rock 2013 wbiła mnie w ziemię swoim występem z Lingua Mortis Orchestra.
Rage. Po prostu moc.
Tym razem jednak niemiecka formacja pojawiła się w tradycyjnym, trzyosobowym składzie: Peter "Peavy" Wagner (śpiew i gitara basowa), André Hilgers (perkusja) oraz Victor Smolski (gitara).
Udało mi się dostać bardzo blisko sceny i tym razem na własne oczy mogłam przyglądać się sposobowi gry pana Smolskiego. Kiedyś myślałam, że kolega mnie oszukuje mówiąc, że on na serio gra samymi palcami. Chłop nie kłamał.
Tym razem panowie nas zaskoczyli. Tradycyjnie kończą koncert kawałkiem "Higher than the sky". Tym razem około piętnastu minut przed końcem poleciały pierwsze nuty tego utworu. Spojrzeliśmy na siebie ze znajomymi zdezorientowani. Tylko Mr Frog wzruszył ramionami i rzucił niedbale, że najwyżej będą grać go dłużej niż zwykle. Tym, którzy znają i tym, którzy jeszcze Rage'a nie słuchali, podrzucam wideo z Wacken. Nie wiem, czy ktoś nakręcił bootlega z Pilzna. Wątpię.

Obróciłabym się przeciw bogom, gdybym powiedziała, że pod kątem autografów było biedniutko. Złapałam podpisy całego, dość licznego, "duetu" Flotsam and Jetsam oraz Rage.
Mr Frog standardowo wykorzystał sytuację, by wyciągnąć aparat, czego skutek widać po lewej. Ruszyłam po autograf do André i pomyślałam, że miło by było mieć zdjęcie od razu i z Victorem. Zrobiłam zatem "oczy kota ze Shreka", zagadałam po Ingliszu, odwróciłam się do Żabulca, ten strzelił i nie przeszło mi przez myśl co też na fotce się znajduje. Uśmiechnęłam się, podziękowałam i ruszyłam do Petera.
Zastanawiałam się jeszcze nad autografami Powerwolf, grupy strasznie popularnej w Czechach, którą widziałam na zeszłorocznych Mastersach. Wtedy nie zrobili na mnie jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia, dlatego teraz nie miałam parcia na podpis. Resztki chęci wyparowały w chwili, gdy zobaczyłam zakręcającą się w kilku miejscach kolejkę. Zdecydowanie nie. Zdecydowanie innym razem.
Zajrzeliśmy jeszcze na chwilę na Sepulturę, ale nie poczuliśmy klimatu, więc wróciliśmy do obozu na "colę" (no, w 50% colę). Nocą znowu nas okradli.

Dzień trzeci. 1 czerwca 2014.
Xandria na scenie.
A zatem znowu nas okradli. Obyło się bez widowiskowego palenia namiotu, bez rozrywania i robienia siary. No dobrze, siarę i tak zrobili. Tym razem zniknęły puste butelki, które w niedzielę mieliśmy rano odnieść do zwrotu. Tak, popełnię małą dygresję o zwrotach butelek w Czechach, bo w naszym kochanym nadwiślańskim kraju nie widziałam oddzielnego pomieszczenia w Kauflandzie, gdzie specjalny automat przyjmuje butelki oraz skrzynki i wydaje kwitek, na podstawie którego jest zniżka na zakupy. Taki mały kawałek cywilizacji, który by się przydał zamiast kolekcjonowania paragonów, by udowodnić pani przyjmującej, że z pewnością to tu kupiliśmy to piwo i to właśnie tu chcemy butelkę oddać za 35 groszy. Nie pieniądz, nie szaleństwo, ale przynajmniej można by ekologiczniej zacząć żyć. I bez gderania o segregacji śmieci, przecież szkło zwrotne też idzie w pojemnik i się tłucze.
Pierwsza dygresja zakończona.

Dygresja druga. By uniknąć "niespodzianek" następnej nocy, spakowaliśmy graty. Z racji, że gadam po angielsku i niemiecku, zostałam wydelegowana na dworzec w Plzen, by wybadać pociągi i przechowalnię bagażu. Niestety godziny otwarcia przechowalni kłóciły się z naszym planem, dlatego też została opcja z zostawieniem wszystkiego w specjalnie przygotowanym z okazji festiwalu kontenerze i odebraniu tego w okolicach końca koncertu Doro. Mus to mus.


Zahaczyliśmy kawałkiem o koncert Xandrii, usłyszeliśmy chyba ze 2 lub 3 numery. Pod sceną szalał tłum Czechów, przecież oni się w gotyku kochają. Przez chwilę myślałam, że pójdę po autograf, w końcu całkiem tę kapelę lubię (choć jestem zwolenniczką poprzedniej wokalistki), ale widok szturmującej na bramki przed namiotem Meet 'n greet skutecznie mnie od tego odwiódł.

Fotka z koncertu Kissin' Dynamite.
Przelokowaliśmy się na drugą stronę trybun. Za kilka minut na scenie miała się pojawić niemiecka formacja Kissin' Dynamite. Chłopaków udało mi się zobaczyć w trakcie festiwalu Masters of Rock i miałam miłe wspomnienia z ich koncertu. Niestety zaginęły mi po drodze ich autografy, więc okazję trzeba było wykorzystać w pełni.
Jeśli ktoś jeszcze kojarzy muzykę młodych niemieckich zespołów tylko z Tokio Hotel, polecam zapoznać się z tą kapelą. Jest na kogo popatrzeć, jest kogo posłuchać, chłopaki grają naprawdę dobrego rocka i nic dziwnego, że ich popularność rośnie z roku na rok. Ludzie pod sceną szaleją, siedzącym na trybunach same podskakują nogi, wszyscy momentalnie podłapują refreny i śpiewają z kapelą.
Żałuję, że wcześniej nie zwróciłam na nich większej uwagi, musiałam mieć jakieś zaćmienie, że przeszłam obok tej kapeli obojętnie.
Mieliśmy nie dreptać po autografy, przesuwaliśmy się powoli w kierunku sceny. Heeman coś pogadywał, że zobaczyłby Tiamat, Mr Frog do tej opcji przekonany nie był.







Ale Tiamat kołysał nas po prostu do snu.
Tiamat na scenie.
Nie wiem pod wpływem czego był pan szanowny wokalista w trakcie tego koncertu. Odpinał "przypadkiem" gitarę i inny sprzęt, mylił słowa utworów (ja Tiamatu nie znam, ale Mr Frog przeżywał za każdym razem, gdy ten coś przekręcił. W sumie chyba nie było utworu, na którym nie leciałoby "o przecinek"), chociaż śpiewał mając przed oczami teksty. Większość koncertu łaził do publiki, robił z nimi zdjęcia i gadał jak bardzo wszystkich kocha i się cieszy, że ktoś w tłumie ma szwedzką flagę, ale czeskiego nie zna i obiecuje, że na następny koncert nauczy się 20 słów w tym języku. O ile ludzie przyjdą na następny koncert.
Jakoś specjalnie nie zwracał uwagi na to, że znudzona publika poprzynosiła z pobliskich Toi Toiów papier toaletowy i zaczęła go odbijać jak piłkę siatkową. Jedyny wart oglądania element tego koncertu.
W trakcie któregoś z kawałków pewien bardzo mocno zbulwersowany fan (prawdopodobnie po tym występie do fanów zaliczać się przestał) zbiegł z trybun (poczuliśmy na skórze ten powiew) i rzucił w scenę kuflem z piwem. Nie trafił nikogo.
Było kiepsko. Niby po kawie, niby środek dnia, a gęby nam się od ziewania nie zamykały. Poleźliśmy zatem z Frogiem po autografy Kissin' Dynamite, by kości rozruszać i już na ten koncert nie patrzeć. Jednak kiedy wróciliśmy, oni jeszcze grali. Niedługo. Wokalista po prostu zszedł ze sceny kilka minut przed rozkładowym końcem koncertu i się wypchajcie. Poniżej podrzucam wersję oficjalną "The Sleeping Beauty", która brzmi ładnie. Na koncercie nawet w połowie nie była tak klimatyczna.

 
 Mr Frog pod wpływem wnerwa i irytacji, że zobaczył o jeden koncert za dużo (ja natomiast zaliczyłam dwa koncerty Tiamatu: pierwszy i ostatni), wyruszył pod namiot Meet 'n greet, by zobaczyć, czy za chwilę nie wyjdzie sympatyczny pan z obsługi z mazaczkiem i nie wykreśli Tiamatu z listy. Nie stało się nic takiego. Wątpiąca, niewielka (może ze 20 osób), grupka fanów trzymająca albumy czekała wytrwale. Po kilku minutach pojawił się zespół. Wokalista na sztywnych nogach niósł ramki, w które oprawione były artystycznie uwalone akwarelą teksty. Niektórzy fani otrzymali po takim na pamiątkę.
Gdy wracaliśmy na koncert The 69 Eyes, minął nas znowu ten Czech od piwa. Zacięty, zły, źle mu z oczu patrzyło. Się nie dziwię. Sama też bym ciskała gromy, gdyby moi idole zrobili coś takiego.

Na scenę wyszło "69 oczek".
Grali dość długi set, 80 minut, ale chyba bym skłamała gadaniem, że nudzili. Nic z tych rzeczy. Po raz kolejny posłuchałam dobrego rocka: kipiącego energią, dzikiego, niekoniecznie grzecznego. Było sporo o miłości, szczególnie tej cielesnej. Ballady kipiały erotyzmem. Nawet w świetle dnia był klimat. Nachodziła mnie refleksja, że dobrze, że "Oczka" grały przed Doro, a nie Tiamat. To była po prostu świetna pobudka. Finowie pokazali klasę i z pewnością jeszcze chętnie ich zobaczę.
Perkusista łamał pałeczkę za pałeczką, raz na czas wstawał, by na nich coś "zwizualizować" (niech będzie grzecznie, ale na fanpage'u w galerii mam zdjęcia, gdzie przedstawiona jest owa "wizualizacja" w pełnej krasie).

W trakcie koncertu za kulisami pojawiła się główna gwiazda festiwalu, co wzbudziło niemałe zainteresowanie fanów. Rozległy się piski i oklaski, gdy Doro z uśmiechem pozdrowiła publiczność i znikła.
Doro znika na jakiś czas.
Wszystko się kończy, skończył się również koncert The 69 Eyes. Rozpoczęło się godzinne oczekiwanie na zamknięcie festiwalu. Rozwieszanie dekoracji, strojenie. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Około 21.30 powietrze rozdarło wołanie fanów. "Doro! Doro!" krzyczeli, gdy zespół wyszedł na scenę. Wszyscy czekali jednak na wokalistkę, która świętuje już trzydzieści lat na scenie.
Udało mi się dostać całkiem blisko pod scenę, wokalistkę momentami miałam półtora metra od siebie, gdy wychodziła do fanów.
Chórem śpiewaliśmy "Burning witches", hit z czasów kapeli Warlock. Przy energetycznych kawałkach nie zabrakło również ballad, za które Doro wręcz wielbię.
Uparłam się, że muszę mieć jej podpis, bo nie wiem, kiedy nawinie się ku temu okazja (Frog żałował, że na jednych Mastersach nie rozdawała autografów, dlatego też chciał mieć pamiątkę), dlatego też wyszłam z koncertu. Z jednej strony żałuję, bo chciałam zobaczyć go do końca i usłyszeć "Für Immer" spod sceny, ale nie złożyło się. Cieszę się, że wszystko było słychać z miejsca, gdzie oczekiwałam na zespół, szczególnie na wokalistkę.
W trakcie oczekiwania usłyszałam chyba najlepszy cover "Breaking the law" Judas Priest, jaki kiedykolwiek powstał. Niestety z oddali, niestety bez orkiestry (na Youtube znalazłam taką wersję koncertową, dlatego się nią dzielę), ale wciąż po prostu moc.
Tyle radości.
Poza zdobyciem autografu udało mi się chwilę pogadać z Doro, podziękować jej za koncert, który był po prostu świetny.
Wokalistka okazała się osobą niezwykle sympatyczną, cieszyła się z wizyty każdego fana, który do niej przyszedł. I nawet, kiedy ochrona zarządziła koniec czasu (co spotkało się z jednym, wielkim rykiem zawodu i wściekłości), na odchodne podpisała jeszcze jeden bilet.

Festiwal dobiegł końca. Zmęczeni ruszyliśmy w kierunku osobnika, który został przy naszych tobołkach, spakowaliśmy się i piechotą ruszyliśmy w kierunku dworca. Mieliśmy niewiele do pokonania - około cztery przystanki tramwajowe. Noc była chłodna, ale zaczęło nam to dokuczać dopiero przy dworcu, gdzie musieliśmy zaczekać na otwarcie i pociąg.
I w sumie tyle. Moja mentalność labradora, na którą przełączam się przechodząc przez cieszyński Most Przyjaźni dostała porządnego kopa. Dotychczas myślałam, że takie rzeczy albo w Polsce, albo wśród Polaków (w zeszłym roku na Masters of Rock był jeden przypadek kradzieży na polu namiotowym po drugiej stronie miasteczka), ale okazało się, że niektórych po prostu nie doceniłam. Dwie niedospane nocki pokazały, że nawet wśród innych narodowości trzeba mieć oczy na około głowy. Mimo tych ekscesów jednak się cieszę, że udało mi się zobaczyć większość koncertów, o których tu napisałam. I gdyby ktoś za rok rzucił hasło o wyjeździe do Plzen, jestem za. A za trochę ponad dwa tygodnie rozpoczyna się Masters of Rock...

Zdjęcia wykorzystane w obu notkach zostały umieszczone za pozwoleniem Mr Froga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.