środa, 4 czerwca 2014

Metalfest 2014, dzień pierwszy - o tym, jak fangirl zostaje strażakiem - 30.05.2014

Źródło grafiki - klik
Od jakiegoś czasu odliczałam już tylko dni do wyjazdu do Czech. Nie interesowało mnie nic innego - uczelnia męczyła, telefony irytowały, a powiadomienia na portalach społecznościowych przestały wywoływać jakiekolwiek reakcje. Musiałam się wyrwać, urządzić mały detoks, odciąć się od sieci. Czasem każdy tak ma. "Nienaturalnie, trochę przesadnie", jak w piosence Myslovitz.

I oto nadarzyła się okazja, na którą czekałam już od marca lub lutego, kiedy zadzwonił do mnie podekscytowany Mr Frog z wiadomościami, że na scenie w czeskim Pilznie pojawi się Alice Cooper. Wieść cudowna. Szczególnie, że rok wcześniej ominął mnie jego koncert, bo "kochane" kierownictwo w ówczesnej pracy nie dało mi wolnego, "bo tak". Niech nam Alice żyje jak najdłużej, ale obawiałam się wówczas, że z racji jego poważnego wieku może mieć problemy zdrowotne (jak chociażby Lemmy i niepokojące wieści, które dochodziły jakiś czas temu z obozu Motorhead) i więcej na jego koncert do Czech (koncertowo preferuję Czechy) się nie wybiorę. Moje obawy na szczęście się nie spełniły, ale o tym za moment.

Środowe popołudnie, w strugach deszczu, przygniatana do ziemi przez 2 plecaki, wyruszam na dworzec. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy mój pociąg nie zostanie przekierowany na Dworzec Gdański, w końcu w Warszawie prowadzone są remonty na niektórych odcinkach torowisk, jeździ mniej pociągów. Internet wypluwał sprzeczne informacje, a jakoś musiałam przecież przedostać się do Krakowa, drugiego odcinka podróży, skąd z RDA wczesnym rankiem następnego dnia mieliśmy z drużyną wyruszyć do Cieszyna. Wszyscy przecież wiedzą, że "przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę".

Razem z Mariuszem, Mr Frogiem i Heemanem opuściliśmy Kraków, w Cieszynie przemaszerowaliśmy przez Most Przyjaźni, zrobiliśmy zakupy na drogę i odnaleźliśmy odpowiedni vlak, który zawiózł nas w kierunku Pragi.
Może nie las krzyży, ale za to amfiteatr przy zoo.
Czasem można postawić wielkie oczy. Dotychczas myślałam, że taniej wychodzi zakup biletu bezpośredniego od początku do końca podróży. Okazało się jednak, że nie tym razem. Korzystniej okazało się nabyć najpierw bilet z Cieszyna do Pragi, a potem z Pragi do Pilzna.
Z narastającym niepokojem wyglądaliśmy za okna pociągu. Podobno w zeszłym roku namioty na Metalfeście pływały, w tym mieliśmy obawy, że sytuacja się powtórzy. Na miejscu widok pola namiotowego nie porażał - wszędzie błoto i głębokie na kilka lub nawet kilkanaście centymetrów kałuże. Bardzo niefajnie. Kilkakrotnie okrążyliśmy pole namiotowe, w końcu znaleźliśmy w miarę suchy (znaczy jeszcze nie podtopiony) kawałek ziemi, w deszczu rozbiliśmy trzy namioty i już byliśmy gotowi na piątek, kiedy kilkudniowy Dzień Dziecka wreszcie miał się zacząć.
Grave na scenie

Piątek

W obozie i w powietrzu przeważała burzowa atmosfera, którą staraliśmy jakoś oswoić. Pomagały Cola i Gambrinus, w końcu trzeba było dożyć do 15.20, gdy swój koncert miała zacząć kapela ze Szwecji - Grave. Noga chodziła sama, głowa się kiwała. Grupa dała świetny show, publika była zachwycona. Może nie były to szatany z Mayhem, które sobie odpuściłam po rzucie okiem na przykładowych fanów, ale pozamiatali. A na "tró" norweski black metal po prostu nie miałam chęci. Powiedzmy, że po "terapii Immortalem" i oglądaniu "strasznych" pandzich twarzy biegających po lesie/ górach z gitarami/ siekierkami za specjalnie mnie ku temu nie ciągnie.

 

Po koncercie był czas na odpoczynek i autografy. Niewiele gwiazd przygnało mnie na Metalfest, ale dla nich warto było przywędrować niemal pod niemiecką granicę. W trakcie "okienka" złapaliśmy autografy Grave'a i Brainstorm. Nieopodal namiotu znalazłam też ulotkę z podpisami członków kapeli Die Apokalyptischen Reiter.
Brainstorm

Przed godziną 20.00 powróciliśmy na koncert Brainstorm. Na żywo widziałam ich już raz i może nie jestem jakąś wielką fanką tego zespołu, ale bawiłam się świetnie. W trakcie występu niemieckiego zespołu staraliśmy się dostać jak najbliżej sceny, by zobaczyć Alice'a Coopera. Mr Frog chciał wreszcie strzelić jakieś zdjęcia, w końcu w Brnie rok wcześniej nie miał ze sobą aparatu.
Nadeszła oczekiwana godzina 21.30, scenę rozświetliły iskry, pojawiła się główna gwiazda. W trakcie koncertu można było usłyszeć takie hity jak "Go to hell", "School's out", "Poison", "Ballad of the Dwight Fry" i wiele innych. Wyglądałam jak żaba z wytrzeszczonymi oczami, gdy oglądałam kostiumy Alice'a, mnóstwo rekwizytów na scenie (miecz, gilotyna, bicz, nagrobki słynnych muzyków, itp), panią pielęgniarkę. Cudem dostałam się do pierwszego rzędu (dzięki pomocy dwóch Czechów. Wiem, że pewnie nie przeczytają tych słów, ale dzięki chłopaki) i piszczałam na widok uwielbianej przeze mnie gwiazdy. Zostałam fangirlem, co by tu za wiele nie gadać.
 Z koncertu wracałam roztrzęsiona, bogatsza o 3 Cooperowe dolarki (2 niestety uszkodzone - przemoczone, wybrudzone żwirem), serpentynę i kostkę gitarzystki. Tyle wygrać, euforia.


Alice Cooper i jego miłość do kawy. Myślę, że byłby to genialny wzór na koszulkę.
Radość trwała długo. Endorfina buzowała we krwi, nawet po koncercie skakałam wokoło Mr Froga, który również może pochwalić się zdobycznym piórkiem. Z czteroosobowej załogi trzy wróciły do obozu z gitarowymi gadżetami.

Podekscytowani położyliśmy się spać. Z namiotu na polu namiotowym huczała muzyka. Nie pamiętam już, czy Manowar, czy Iron Maiden, czy Horkýže Slíže (słowacka kapela warta uwagi). Ludzie wokoło dopijali swoje Gambrinusy i powoli układali się do snu. Nawet niezniszczalny dziadek-żulik w dresie, który cały dzień przestał w barowym namiocie machając ręką, gdzieś znikł. Spokój.
W trakcie koncertów spotkaliśmy Nosferatu z Polski.
Rozeszliśmy się do swoich namiotów. Na szczęście tropiki nie przeciekły, więc warunki do spania były całkiem komfortowe.
Rzuciłam ubłoconą serpentynę na bok, wsunęliśmy zdobyczne skarby do książeczki, którą ukryliśmy w kosmetyczce Mr Froga i zagrzebaliśmy się w śpiworach.
Tej nocy spałam płytkim snem, przebudzałam się co kilka-kilkanaście minut. Co rusz ktoś potykał się o sznurki od naszego namiotu, słyszałam jakieś głosy, a krew wciąż szalała w żyłach.
W końcu jednak padłam. Nie przeszkadzała mi już muzyka, nie rozpraszały głosy. Po prostu chrapanie zebranej przed wyruszeniem w drogę drużyny jakoś mnie ukołysało.
W pewnej chwili jednak na nowo się przebudziłam, a moim oczom ukazała się rosnąca, pomarańczowa plama. Sen? Jawa? Nie zastanawiałam się nad tym. Nabrałam powietrza w płuca i zagasiłam ogień. Pierwszy odruch. Mechaniczny.
Drugim było obudzenie Mr Froga, który powitał mnie gromkim "Co żeś kobieto zrobiła?".
- Nic, podpalili nas. Otwierałeś może namiot? - odpowiedziałam drżącym głosem. W tym momencie mój współlokator (a może raczej: gospodarz namiotu) z polskim przecinkiem na ustach wyskoczył ze śpiwora. Nie ubierał się, pognał na pole namiotowe w pidżamie. Po chwili wrócił dygoczący, założył spodnie i kurtkę i wybrał się na zwiad.
Podpalacza nie znalazł.
Wrócił do namiotu wyrzucając z siebie bogato upstrzone interpunkcją wiązanki. W międzyczasie znalazłam latarkę i podałam mu ją. Okazało się, że ktoś najpierw nadpalił zewnętrzną warstwę namiotu i ją rozerwał, a potem to samo chciał zrobić z wewnętrzną, w czym mu przeszkodziłam.
Dygoczący jakoś przebiedowaliśmy do rana, by zauważyć, że zginęła skrzynka Gambrinusa.

Dotychczas myślałam, że takie akcje dzieją się wyłącznie w Polsce. Wielokrotnie słyszałam opowieści o kradzieżach i "sklepiku powoodstockowym", czyli przywłaszczaniu sobie wszystkiego, czego uczestnicy festiwalu nie spakowali. W Czechach na festiwalach byłam już dwa razy i dotychczas nie bałam się o los zostawionych w namiocie rzeczy. Frog jeździ na festiwale i koncerty do "Pepików" od siedmiu lat i przydarzyło mu się to po raz pierwszy. Raz nawet z Frogiem zostawiliśmy przypadkiem sporą sumkę na polu namiotowym i nikt tego nie ruszył. No dobrze, znajomy z Mastersów opowiadał o ekscesach z namiotami, nawet o jednej kradzieży w Vizovicach, ale podobno było to "dzieło" Polaków. Nie do końca miło to świadczy o naszym narodzie. Narzekamy na stereotypowe patrzenie, ale są jednostki, które na to pracują wytrwale.
Tym razem coś we mnie pękło. Znikła moja mentalność labradora, która włącza mi się w momencie przechodzenia przez Most Przyjaźni po stronie sąsiadów. Na wszystkich patrzyłam nieufnie, czuwałam w nocy i padałam wycieńczona.
Na każdym krysztale znajdzie się skaza i noc po koncercie do takich należała. Następnego dnia musieliśmy namiot załatać, ale o tym opowiem następnym razem.

Wszystkie poza jednym zdjęciem wykonał Mr Frog. Nie znajdziecie go na fejsie, ale jeśli chcecie zobaczyć jego zdjęcia z imprezy, zapraszam na fp Zapisków.

9 komentarzy:

  1. Koncertowe preferowanie Czech stanowczo świadczy o zdrowym rozsądku :D Zazdroszczę Alice'a :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się cieszę, że w końcu go zobaczyłam. Wybierasz się na Masters?

      Usuń
  2. Niet, na Headbangers Open Air uderzam w tym roku :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ten odpuszczam. Zastanawiam się za to nad wyjazdem na Accept z krakowską załogą po wakacjach. Zobaczymy.

      Usuń
    2. Krakowska załoga zawsze dobra, ale mnie do Accept jakoś nigdy nie ciągnęło. A na Maiden do Poznania się nie wybierasz?

      Usuń
  3. Oj jak najbardziej zaje** spotkanie! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja koleżanka była na ostatnim i bardzo sobie chwaliła. Trochę narzekała na wszechobecne truskawki - podobno wszystko było w tym smaku. Ogólnie impreza niesamowicie pozytywna i sporo fajnego ludu. :D

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.