czwartek, 28 sierpnia 2014

Perpetua - opowiadanie na konkurs

Źródło grafiki - klik.
Witajcie,
jakiś czas temu wysłałam opowiadanie na konkurs strony Pod Smoczymi Skrzydłami. Jest już ono umieszczone na stronie, więc teraz publikuję je u siebie
Życzę Wam miłej lektury.

            Mówią, że miłość jest wieczna, że na drodze nie stanie jej ani śmierć, ani osoby niezwykle życzliwe. Bo ta siła kruszy skały, zrywa kajdany, niszczy wszelakie ograniczenia. Osobiście jakoś w to szczególnie nie wierzę. Te wszystkie westchnienia, trzymanie się za łapki, patrzenie sobie wzajemnie w oczka można wsadzić tam, gdzie tego miejsce - między stronice ksiąg poetów wypisujących te łzawe głupoty.
Marność, marność, marność. Vanitas vanitatum et omnia vanitas!
            Że co? Że bluźnię? Nic z tych rzeczy. Weźmy takiego mojego wujaszka. Znam go tylko z opowiadań rodziców i dziadka, bo w chwili jego śmierci byłam jedynie pisklakiem, który z powarkiwaniem i miauczeniem czołgał się i wierzgał w gnieździe. Jeszcze nie o mnie jednak. Najpierw o wujaszku. Otóż zakochał się smarkacz w młynarzównie, co mu podobno miała z prostej słomy uprząść nici złote. Babsko skumało się z jakimś karzełkiem, czy goblinem. Mniejsza o to, ale podobno paskudna i przebiegła to była bestia, szczególnie na kosztowności łasa. Podsycali smoczą próżność mego wuja motkami złotej nici co noc, a potem łebs! Usiekli go gdy ułożył się do snu z nadzieją, że rano ujrzy kolejny kłębek. Zanim smocza brać zareagowała, młynarzówna i jej wspólnik byli już daleko, usadzeni wygodnie na wozie z wykradzionymi kosztownościami. Po prostu pojechali w siną dal. I tyle z miłości smoka do dziewicy, którą we wsi przezywali Baśką na sianie. Poszukiwania tej kobiety trwały latami, jednak nie odnalazł jej nikt. W naszych kręgach opowiada się teraz, że dokonała swego żywota jako królowa, w łożu z tkanym ręcznie baldachimem, otoczona gromadką dzieci. A karzeł? Podobno podtruło go podstępne babsko, bo nie chciała dzielić się z nim kosztownościami. To akurat rozumiem. Sama nie lubię, gdy moje drogocenne monety i kryształy brzęczą w mieszkach innych. Nie ma gorszego uczucia, mówię Wam. To wyzwala najgorsze instynkty, ale o tym pewnie później.
            No dobrze, miałam zatem pokazać Wam, że miłość jest marna, bo pewnie moja poprzednia historyjka jakoś specjalnie Was nie przekonała. A powinna. Pokazuje jak smok głupieje, gdy mu któraś kiecką i warkoczem mignie. A jak jeszcze przedstawi perspektywę zarobku, to od razu gadzim kawalerom oczęta się zapalają i zakręcają wąsy, takie chojraki. Teraz będzie jednak o miłości doskonałej, tej wychwalanej w eposach i wierszach najwspanialszych smoczych poetów, którzy wyśpiewują swe wersy gwiazdom. Wzniośle, co? Bo tak właśnie ma być. I, by nie było, że strzelam sobie z pazura w łuskę, znowu będzie tragicznie.
            Przyszłam na świat jako Isara I de Dayleight, owoc wielkiego miłosnego porywu Dayleighta i Isary II de Nigterdarken, czego można domyślić się bez jakiejś większej trudności. Wyklułam się nocą, gdy nad naszą jaskinią świeciły gwiazdy, a planety ułożyły się w jednej linii. Podobno tej nocy sto lat temu jakiś ludzki smokolub przewidział mi ogromną pomyślność, ale okazało się, że stało się inaczej. Nie na temat, ale dziś kończę sto lat. Jestem już dojrzałą płciowo smoczycą z własnym majątkiem i wieżą, ale nie traktujcie tego jako propozycję ożenku. Nie oddam kosztowności w posagu, o nie!
Już od pisklęcia byłam białym gadem i z wiekiem moje łuski nie przybierały innej barwy. Ogromnie martwiło to moich rodziców, parę cudownych srebrnych smoków, którzy sprowadzali do swej jaskini przeróżnych medyków, zielarzy, wróżbitów i innych oszustów. Za sprawą ich, jak zwykle, cudownych działań miałam wreszcie stać się godnym przedstawicielem gatunku o szlachetnej barwie, a nie tej nijakiej. Los jednak z nas zakpił.
            Pięćdziesiąt lat temu, a trzydzieści nim osiągnęłam pełną dojrzałość, straciłam rodziców. Pamiętam, że pokłóciliśmy się o jakiegoś nowego hochsztaplera, który już był u bram naszej doliny i zmierzał ku jaskini. Miałam już dosyć, po dziurki w nosie mojej wyrośniętej nad swój wiek smoczej postaci, tego całego okadzania, wycia o różnych porach dnia i nocy, kąpieli w śmierdzących kadziach, biczowania mych pięknych łusek... Ja po prostu mogłam zostać biała. Zupełnie jak śnieg, który tamtego dnia pokrywał skąpane w słońcu zbocze, gdzie wielokrotnie chodziłam polować na zające i jelenie.
Tamtego dnia wybiegłam wzburzona. Moje drobne stopki ludzkiej nastolatki kaleczyły się o wystające kamienie, ale nie chciałam przybierać smoczej postaci. Pod postacią dziewczyny o jasnokremowych włosach chciałam odbiec jak najdalej od legowiska, by wreszcie powrócić do smoczej formy i skryć się w zaspie nieopodal jeziora. Tak też zrobiłam. Przebiegłam spory kawałek, a potem puff! i wzleciałam w powietrze jako malutka smoczyca, głucha na nawoływania rodziców i szczęśliwa, bo znajdująca się już poza zasięgiem ich wzroku.
Nawet nie wiem ile czasu tak dokładnie spędziłam w tej zaspie. Zapadła noc i spoglądałam na gwiazdy, potem przyszedł dzień i do mych uszu dotarły jakieś złowrogie krzyki. Nie martwiłam się, bo ci ludzie byli daleko ode mnie. Przełknęłam ślinę dopiero, gdy ich głosy wybrzmiewały coraz bliżej. Wrogie, zaczepne. Zagrzebałam się głębiej w zaspie i siłą woli wezwałam śnieżycę. Z tą umiejętnością się wyklułam ze skorupki. Biała jak śnieg śniegiem władająca, tak mówił podobno o mnie ten wieszcz, za co rodzice wygnali go bez zapłaty. Kto wie, może gdyby wtedy postąpili rozsądniej, nie doszłoby do tej tragedii, a ja dalej żyłabym w dolinie, szczęśliwa wśród brzęku klejnotów i monet przyobiecanych mi w spadku.
Owszem, nie korzystałam z tego daru zbyt często, bo niby po co? Tamtego dnia się okazało, że jednak przydatna to sztuka. Tamci się zniechęcili i wyjechali, a ja wreszcie wypełzłam ze swojej kryjówki. Dopiero wtedy zauważyłam, że zastała mnie noc, a nad rodzinnym leżem unosi się ognista łuna.
            Pół wieku temu przypadkowy przechodzień mógłby się zastanawiać dlaczego ta dziewczynka o nienaturalnie jasnych włosach tak płacze nad truchłami dwóch bestii, które ktoś pozbawił ich pięknych i drogocennych łusek. Zapewne zbłąkany wędrowiec położyłby wtedy obleczoną w grubą rękawicę dłoń na moim ramieniu, by zapytać "czemu płaczesz dziewczynko?". Na szczęście nikt się nie napatoczył. W amoku doczłapałam się do skarbca, który został wyczyszczony do zera. Ci, co podnieśli plugawą rękę na moich rodziców, nie nasycili się ich łuskami. Chciwość pchnęła ich tu, do komnaty, gdzie przechowywane było moje dziedzictwo, mój skarb, mój posag... Moje ówczesne życie, które musiałam odzyskać. Nawet gdybym miała zginąć...
            Ale miało być o miłości. Nie o tej do złota, choć ona mnie nigdy nie zdradziła, lecz o miłości między smokami. Między pięknymi, dostojnymi i dumnymi srebrnymi smokami, Isarą i Dayleightem, moimi rodzicami. Matka zginęła pierwsza. Musieli ją zaskoczyć. Może próbowała się obrócić, ale wyłupili jej oko. Nie wiem czym. Prawdopodobnie ojciec próbował przepędzić jakoś te pchły, odgonić je od matki, ale wydaje mi się, że nie przybył do nas wówczas kolejny znachor z przygłupimi "przynieś, podaj, pozamiataj" pachołkami, lecz prawdziwymi smokobójcami, bezwzględnymi najemnikami bogacącymi się na eksterminacji mojego gatunku. Dlatego pewnie szybko otoczyli ojca, unieruchomili go i na jego oczach zadali śmiertelny cios matce. Nie wiem, czy z jego gardła wydobyła się smocza pieśń rozpaczy, czy też próbował wyrwać się z nałożonych kajdan i ratować ukochaną. Śnieg tłumił większość dźwięków w mojej kryjówce. Nie wiem też, czy widział jak pozbawiają ją łusek...
            Wybaczcie, mimo upływu lat ciężko mi o tym mówić. Nie pomogły mi wielogodzinne rozmowy z dziadkiem, który jako jedyny odebrał wówczas moje telepatyczne zawodzenie. Przybył on wówczas do mej jaskini i pomógł mi w pogrzebaniu rodziców - oddaniu ich dusz Niebiosom za pomocą ognia. Spoglądałam pustymi oczami na dwa stosy, dusiłam się od dymu kłębiącego się w legowisku.
            Dziadka straciłam dekadę później. Przez dziesięć lat od utraty rodziców zdążyłam już jakoś przyzwyczaić się do spokoju. Zamieszkałam w wieży nieopodal Przełęczy Zdechłej Myszy i pobierałam nauki od nestora mego rodu. Dowiedziałam się wiele. Pod czujnym okiem mego opiekuna udoskonaliłam umiejętność przywoływania śnieżycy, nauczyłam się przyzywać martwych, by mi służyli. A trup ścielił się wokół naszej wieży gęsto, bowiem pewnego razu dla zabawy rozpuściliśmy z dziadkiem po okolicznych wioskach plotkę, że pewna paskudna poczwara porwała dziewicę, królewską córkę i ją więzi.  Na odzew nie musieliśmy czekać długo. Przybywali tłumnie: na koniach, na wozach, pieszo, na jaszczurach, na kreaturach rodem z pradawnych ksiąg. Ciągnęli ku nam rycerze, magowie, kapłani, kupcy, rębajły, łotrzykowie, a nawet trafił się jakiś dłubiący w nosie kmiot z wypchaną siarką owcą. Tyle że niestety zginął, gdy dziadziowi się owieczką odbiło, a już zdążyłam polubić tego głupawego chłopa. Pocieszny był i może gdybym mu zaoferowała pracę, co dzień padałby do stóp i ścierał pracowicie kurz z mych ksiąg. No, ale zginął. Tak samo wielu jego poprzedników i następców.
            Do dziś jest dla mnie zagadką, czy dziadek przewidział własną śmierć. Pewnego wieczoru po prostu wysłał mnie z misją do mieszkającego kilkaset kilometrów sąsiada. Miałam wówczas dostarczyć mu jedną z ksiąg, gdzie kryła się wiedza przedwiecznych.
Wyruszyłam zatem, lecz nie dotarłam na miejsce. Po kilku godzinach podróży usłyszałam w pamięci krótką pieśń. Tak telepatycznie żegnał się ze mną dziadek, dumny smoczy senior, najdostojniejszy nosiciel imienia Nighterdarken. Pozwólcie, że na chwilę zamilknę. My smoki też w ten sposób okazujemy szacunek tym, którzy odeszli.
            Ostatni srebrny smok z mego rodu został zamordowany przez burmistrza jednej z okolicznych miasteczek i jego najemnych knechtów. Podstępem wywabili dziadka z wieży, a potem zamordowali. Jego ciało i skarby przewieźli na rynku. Złotem dowódca opłacił rębajłów, a trupa dziadka pozostawił na rynku, by tam cieszył oczy mieszkańców. Nie nacieszyli się nim długo, nie pozwoliłam im na to. Zaatakowałam pod osłoną nocy. Jak furia, jak biała kometa, która zwiastuje światu zniszczenie. I rzeczywiście tak się dokonało. W osadzie nie pozostał kamień na kamieniu, z ludności nie ocalał nikt. Domy okalające rynek stały się stosem pogrzebowym dla tego, którego imię zostanie zapisane w gwiazdach po wsze czasy.  Tej nocy, gdy pożegnałam dziadka, moje łuski nabrały czarnej barwy, a oczy zalśniły czerwienią krwi.  Myślałam z początku, że to sadza, ale w cudem nie zrabowanych księgach znalazłam odpowiedź. Tak wygląda smok, któremu odebrano wszystko, tak prezentuje się mściciel.
            Złoto i klejnoty odzyskiwałam stopniowo przez kilka lat, jednak wreszcie udało mi się przywrócić świetność i dawny blask skarbcowi samotnej wieży dziadka. Tam też osiadłam, ostatnia spadkobierczyni, Isara I de Dayleight, uczennica Nighterdarkena.

            Pewnego ranka spacerowałam w białej sukni między drzewami. Ziemię pokrywał śnieg, a przepływającą nieopodal rzekę skuwał lód. Kochałam zimę. O tej porze roku moja wieża nie wyglądała tak upiornie, bielejące kości niedoszłych smokobójców skrywały się pod zimną kołdrą, by w najmniej oczekiwanym momencie, na moje wezwanie, ucapić intruza.
            Tego ranka ktoś przeszkodził mi w przechadzce. Błędny rycerz, włóczęga. Młody był, obleczony w czarną zbroję, z policzkami zaczerwienionymi od mrozu. Zabawne, nie pamiętam więcej szczegółów dotyczących jego osoby. Nie powiem już nawet jakiego koloru miał konia.
- Pójdź do mnie, piękna dziewojo, albowiem jam jest twój ratunek! - przemówił do mnie kładąc prawicę na sercu, a lewą dłoń unosząc ku niebu. Był tak wzniosły, że nie wiedziałam za bardzo jak mu odpowiedzieć. Stałam z rozdziawioną buzią, spoglądając na niego skonsternowana. W końcu udało mi się odezwać.
- Ale po co?
- Albowiem więzi cię ogromna poczwara... - nie dokończył. Ja naprawdę nie lubię, gdy wyzywa się mnie od poczwar od samego rana. W szaleńczym biegu przemieniłam się w smoka i kłapnęłam tylko raz. Zakuty łeb nie miał szans na ucieczkę.
            Tym lekkomyślnym porywem czkało mi się następny tydzień. No dobra, nogawica utknęła mi za siekaczem i nijak nie mogłam jej wydłubać. Dopiero jeden z przywołańców rozwiązał ten problem.
            I w ten sposób zboczyłam z tematu, bo miało być o miłości. Choć w pewnym sensie było. Nikt bowiem nie mówił, że uczucie to musi być skierowane do drugiej osoby, choć tak podobno najprościej. Tylko że w moim przypadku niezdrowo się zakochać w człowieku. Może i tworzylibyśmy kontrowersyjną parę - bestia i dzielny rycerz, ale on uczyniłby mnie zbyt szybko wdową. Nawet jeśli nikt by mu w tym nie pomógł. Ludzie są po prostu zbyt krótkowieczni.
            Lecz o tym sza... Muszę Was opuścić. Do mojej wieży zbliża się teraz kolejny mag. Tym razem wyczuwam od niego coś, co znane mi było tylko z ksiąg dziadka. Aura drowa. No cóż, zobaczymy. Jeśli spuszczę mu łomot, z pewnością się o tym dowiecie. A miłość? Przecież to marność, nie słuchaliście?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.