poniedziałek, 1 września 2014

Stalker - Witamy w Rosji, edycja pierwsza.

Źródło grafiki - klik.
Cześć,
dzisiaj postaram się opowiedzieć Wam o pierwszej edycji imprezy Stalker: Witamy w Rosji, która odbyła się w terminie 30 - 31 sierpnia na terenie warszawskiego Rembertowa - lokalizacja Mokry Ług. Wiem, że moje gderanie nie będzie obiektywne, w końcu kumpluję się z jednym orgiem, ale postaram się o tym zapomnieć w trakcie pisania tego tekstu. Na stronie wydarzenia na facebooku pojawiają się różne sygnały od graczy: jedni są zachwyceni, inni krytykują - w większości konstruktywnie. Sama mam mieszane uczucia, ale o tym za chwilę.

Fragment baru.
Mokry Ług to naprawdę ciekawa lokalizacja, aż prosząca się o to, by organizować tam imprezy ASG, paintballowe, czy wszelakie LARPy. Nic zatem dziwnego, że na ziemi leży mnóstwo pozostałości po poprzednich strzelankach. Ogromny kawał lasu - a także poukładane metry drewna mogące służyć jako barykada, nierówny teren, bagna, bajoro, pustynia, bunkry i ruiny - to wszystko można spotkać właśnie tu. W piątek wybrałam się na mały zwiad z jednym z uczestników i po prostu zaniemówiłam na widok brzeziny wystającej z wody. Istny cud natury, gdzie można spotkać mnóstwo zwierzaków: żab, ptactwa, nietoperzy, zaskrońców. Aż ciężko było uwierzyć, że taki teren znajduje się w Warszawie. Pełna pozytywnych myśli wróciłam na nocleg do domu, by na Rembertów powrócić w sobotę około godziny 11.00.

O tej porze na terenie imprezy nie działo się jeszcze nic. Uczestników witały tablice z informacjami: którędy do Zony, Achtung Minen, Bar. Przybywali już pierwsi gracze, którzy byli kierowani do baru, o ile mieli jakieś rzeczy do zostawienia. Punkt południe mieli się pojawić z powrotem przy stoliku na rozwidleniu dróg. Tam czekał na nich jeden z organizatorów. Sprawdzane były uiszczone opłaty, pobierane zgody od rodziców, a także deklaracje osób pełnoletnich, w których kolportaż zostałam zaangażowana. Tak, jest 99% szans, że mapy i resztę papieru dostaliście ode mnie. 
Ten punkt imprezy trochę trwał. Zastanawiam się po fakcie, czy na przykład nie można było zrobić akredytacji od razu "na bieżąco", gdy przybywali ludzie, by odsyłać ich na bok w celu sprawdzania gogli, replik i napełniania magazynków, a potem do baru, gdzie mogli rozłożyć swoje rzeczy i poznać najbliższy teren. Tam też, zamiast przy rozwidleniu, można było zrobić oficjalne otwarcie dla uczestników, przedstawić sponsorów (niestety niektórzy się wyłamali, o czym chodziły słuchy), przeprowadzić konkursy, rozdysponować nagrody i wówczas odprawić każdą frakcję, by udali się do swoich baz. Tymczasem wyglądało to nieco inaczej. Wszystko odbyło się przy stoliku orgowskim, a ludzie czekali na konkursy i sygnał, że można się rozejść. Na koniec zostali wybrani król i królowa Zony. Tak, dzierżę jeden z tych tytułów. Okazało się to odrobinę przydatne, gracze wiedzieli do kogo przychodzić po tabletkę na ból głowy, o ile takowy się zdarzył.

Na samym początku ruszyłam za wojskiem. Jako NPC z robioną w ostatniej chwili naszywką PRESS nie tak do końca wiedziałam czym się zająć - po prostu miałam robić zdjęcia i zebrać materiał.
Stałam się zatem świadkiem przydzielenia naukowcowi eskorty wojskowej i podzielenia reszty ról. Z powodu braku rubli (waluty w grze, za pieniądze służyły kserówki banknotów) musiałam udać się do baru, gdzie wsiąkłam na dłuższą chwilę. W bunkrze było niebywale ciemno, a w powietrzu wciąż unosił się pył z podłogi.
Ponieważ musiałam poczekać, byłam świadkiem przydzielania questów przez barmana: by gracz sfotografował i zebrał tabliczki po drodze do Zony, by zabił jakiegoś innego gracza i przyniósł dowód, by zdobywał artefakty... Trochę tego było.
W końcu otrzymałam swój przydział gotówki i radę od jednego NPC, bym uważała na bandytów, bo mogą mnie złupić.
No cóż, skoro rzeczywiście byli zagrożeniem, to nie można było inaczej, tylko zlecić im robótkę. Zapłaciłam zaliczkę, zaczekałam aż się zbiorą i wyruszyliśmy. Musieliśmy jednak zawrócić, bo na obranej drodze złapało nas wojsko. Z baru poszliśmy inną drogą, lecz tam też nie było do końca bezpiecznie. Szczególnie, że dość pokaźny oddział wojaków tam zszedł i rejestrował wszystko, co się działo wokół.
Wreszcie poszli, więc w swoją stronę poszliśmy i my. Bandyci chcieli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - zrobić zadanie z tabliczkami, a także to ode mnie - złupić jakiegokolwiek gracza, bym mogła strzelić jakąś fajną fotkę. Na początku z fotą nie szło - nie spotkaliśmy nikogo na drodze. Bandyci zebrali zatem tabliczki i odnieśli je do baru, gdzie musieliśmy zaczekać. Pogadałam chwilę z innymi, trochę pożartowałam i dowiedziałam się o przepychance orgów, która po prostu musiała mi umknąć.

W międzyczasie w barze zaczęły pojawiać się artefakty znoszone przez graczy, przepływały informacje. Jedna frakcja przywiozła snorka. Działo się.

Ruszyliśmy w las, by wypełnić zleconego przeze mnie questa. Z początku trafiliśmy na najemnika, który twierdził, że podzieli się z bandytami nagrodą za zabicie jednego gościa. No cóż, nie przekonał i wkrótce sam stał się ofiarą, pożegnał się z kulkami.
Rozdzieliłam zapłatę i zastanawiałam się, czy już wracać do baru. Trafił się jednak jeszcze jeden, którego bandyci także radośnie obrabowali, ale nie cieszyli się tym triumfem długo, bo pojawił się mutant. Akurat ten tak szybko biegał. No i po zawodach, umarło mi się. Bar okazał się konieczny.

Respawn respawnem, szła emisja. Niestety nie każdy gracz o tym wiedział, więc po obozowisku zaczęły krążyć ploty.
Było trochę czasu, więc przyczepiłam się do grupki stalkerów i najemników, by iść na wojsko. Uzbrojona jedynie w aparat fotograficzny, brawo. Niby deklarowałam od początku moją neutralność światopoglądową, ale nie zawsze zdążę wrzasnąć.
Moja nowa drużyna zdemolowała wojskową barykadę, czym wywabiła dwóch żołnierzy, nieświadomych zasadzki.
W powietrzu świstały kulki, a ja przytuliłam się do pnia brzozy. Nie dostałam, nie tym razem. Dwaj wojskowi zostali zdjęci, a my wróciliśmy do baru.

By się nie nudzić w trakcie emisji, wyruszyłam z orgami rozmieszczać artefakty. Miałam przebiegły plan, że w poszukiwaniu jednego z nich wybiorę się z uczestnikami, poganiam ich trochę po lesie i sfotografuję, choć zaczynało się już robić ciemno.
Wyszło jednak inaczej, Monolit. Ten pierwszy.
Ten z konrolerami i snorkami.
Z grupy szturmującej przeskoczyłam do wycofującej się. Zarobiłam kulkę w ramię, poza tym było już za ciemno, by robić zdjęcia.
W ten sposób trafiłam na kumpla, który słaniał się na nogach, wyrypany jak koń po westernie, albo raczej jak stalker po noszeniu mnóstwa szpeju.
Powróciliśmy do bazy wojska. Została zrabowana pod nieobecność graczy, to akurat nie niespodzianka, że zniknęła amunicja.
Pozostały jednak rzeczy prywatne, na przypilnowaniu których zależało kumplowi. Z początku byli z nami dwaj młodzi, jednak wrócili na nocleg do baru.
Była zatem nocka pod gołym niebem, gadanie o pierdołach i o studiach, co w sumie w tym przypadku jest o tym samym, bagnet w łapie kumpla i latarka. Gdyby tylko komary nie cięły, można by się było wyspać.

Zmęczenie dawało się graczom we znaki, więc na niedzielę został do zrealizowania jeden zaplanowany quest - eskorta VIPa, którym okazał się NPC z maską Vladimira Putina na twarzy. Wojsko za zadanie miało zaprowadzić go bezpiecznie do wyznaczonego punktu, a reszta musiała go zabić lub porwać lub odebrać mu rosyjską flagę.
Eskorta pod ostrzałem sprowadziła VIPa do lasu, a reszta graczy zaczęła po prostu strzelać się między sobą.
W trakcie strzelaniny sama zarobiłam kulkę, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że prasa jednak neutralna być nie może ;)


Ok, było kilka niedociągnięć. Nie było jak ogłaszać emisji, by wiedzieli o tym wszyscy. W trakcie rozkładania artefaktów spotkaliśmy bandytę, który się czaił na rozstaju dróg w nieświadomości, że zabiło go promieniowanie.
Było też o bójce. Później widać było napięcie między skłóconymi chłopakami. Wiem, poszły nerwy, wszystko na ich głowie, kilku sponsorów się wypięło, nie wszystko udało się przygotować.

Wkurzyłam się jednak w niedzielę o poranku. Ciśnienie skoczyło mi jak po najlepszym espresso, gdy usłyszałam głos jednego NPC, namawiającego graczy, by strzelali do mutantów seriami. Nie wiem z czym się ten gość na rozumy pozamieniał, by łamać regulamin i do dalszego łamania namawiać. Nie wiem, może oczekiwał, że będzie super, że "to żarty", ale skoro znając go już ponad rok nie wyczułam w tej gadce "heheszków", to nie wiem, czy inni też nie wzięli tego na poważnie.
Ten sam gość również bał się iść 20 metrów do bajorka, by umyć ręce, więc zrobił to w wodzie pitnej. Tej ogólnodostępnej. Podobno po grze został jeszcze jeden nieruszany baniak, ale w tamtym momencie wydawało nam się, że to już końcówka picia. I szczegół, że końcówka imprezy.

"Witamy w Rosji" jako impreza zbiera teraz falę krytyki. Nie wszystko wyszło tak, jak było planowane, na stronie organizacji pojawiły się oświadczenia organizatorów. Nie wiem, czy ten LARP nie był pierwszym i jedynym spod tego znaku. Mam nadzieję, że nie, bo bawiłam się świetnie i sama chciałabym następnym razem pomóc, może udałoby się jakoś uświetnić wydarzenie. Wiele rzeczy jest do przemyślenia, wiele do zmian. Następnym razem według mnie obowiązkowo trzeba zrobić spotkanie organizacyjne dla wszystkich NPC, zebrać od nich questy i upewnić się, że rzeczywiście przeczytali mechanikę gry, bo owszem, w formularzu zgłoszeniowym należało zaznaczyć, że się przeczytało, ale zapewne w niektórych przypadkach było jak przy "akceptuję warunki" przy instalacji oprogramowania.
Impreza ma potencjał. Naprawdę się fajnie bawiłam, ganiałam po lesie w gumowcach (Jakub Wędrowycz tak zabija mutasy, to czemu ja nie mogę polatać?) i oderwałam się od szarej rzeczywistości. Tego mi było trzeba.
Mam nadzieję, że organizatorzy wezmą pod uwagę krytykę, spotkają się na piwie, może po chłopsku znowu dadzą sobie po gębie, ale zmobilizują się i za rok zaproszą uczestników na taką imprezę, że wszystkim opadną szczęki i będzie trzeba wyciągać igliwie spomiędzy zębów.
Tego też sobie i Wam życzę.
Masza "elektriceskaja koszka" Borzow, choć nie wiem po co mi te personalia w końcu były.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.