poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rewolucjonistka Utena, tom 1 - a idź pan z tą swoją rewolucją!

Lubię zawodzić się pozytywnie, kiedy od danej publikacji nie oczekuję zbyt wiele, a jednak otrzymuję rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie. Niestety częściej jednak napalam się na dany tytuł, czekam na niego długo, czasem na chwilę o nim zapomnę, ale w końcu upoluję i pluję sobie w brodę z tak ogromną wprawą, że powinnam z tego uczynić dyscyplinę olimpijską.

Może i kobiecie pluć nie wypada, tak przynajmniej zakrzykną zwolennicy starego ładu. Dzisiaj jednak o przeszłości nie będzie. Opowiem Wam o dziewczynie, która nie chciała być księżniczką, lecz księciem i została szermierzem. Brzmi fajnie, prawda? Zdałoby się, że nowatorsko, rewolucyjnie. A tymczasem popluję sobie w brodę.

Oto Utena Tenjou. Jasnowłosa (autorka przedstawia ją z mieszanką blondu i rudości, natomiast w anime ma włosy różowe) dziewczyna od jakiegoś czasu jest solą w oku jednej z nauczycielek - bohaterka nosi bowiem męski mundurek. I do tego - o zgrozo - różowy, w kolorze róży, wybranym przez bohaterkę. Natomiast ma męski krój, bo dziewczyna dużo się rusza i nie chciałaby przecież pokazywać majteczek. No kto by chciał?
Utena od szóstego roku życia wychowywana jest przez ciotkę. Gdy była dzieckiem, jej rodzice zginęli, a ona błąkała się sama po mieście. Wycieńczona wpadła do kanału i została ocalona przez tajemniczego mężczyznę, który osuszył jej łzy, zachęcił do bycia dzielną, podarował pierścień i obiecał, że pewnego dnia spotkają się ponownie. Obecnie dziewczyna niedługo będzie musiała przenieść się do Holandii, gdyż tam właśnie kontrakt będzie miała jej ciotka oraz przystojny asystent, do złudzenia przypominający księcia ze wspomnień Uteny. W skrzynce pojawia się jednak następny list, zapowiadający spotkanie już w tym roku. Dziewczyna wyrusza do szkoły prywatnej Ohtori, a tam zaczynają się schody...

Mój chłop się ze mnie śmieje za każdym razem, gdy zaczynam swoje dywagacje na temat tego dlaczego wiele dziewcząt obecnie woli kobiety od mężczyzn. Chichra się wtedy i mówi mi coś w stylu "no zobacz jacy chłopcy są w tym pokoleniu" i wówczas nie mam nic do dodania. Z Utenką jest podobnie. Wykasza męską konkurencję w koszykówkę, przy czym dopinguje ją wierny wianuszek fanek. Zapomnijcie o wzdychaniu do chłopców, to ciapy. Prawdziwym księciem jest właśnie odziana w męski mundurek dziewoja.
Ale to jeszcze przeżyję. Absurd jeszcze nie wydziela oparów.

Pewnego razu Utena jest świadkiem jak gwiazda sekcji kendo Saijonji uderza swoją - zdawałoby się - dziewczynę Ancy Himemiyę. Dziewczyna w swej rycerskości, niczym Zbyszko z Bogdańca (przyznać się, kto czytał tylko streszczenie?), wyzywa gościa na pojedynek w tym momencie logika mówi ciche "przepraszam, muszę do toalety". Utenka bowiem wyrusza do zamkniętego dla zwykłych uczniów obszaru, by tam odbyć pojedynek o honor "damy czyjegoś serca", wróóóóć! Różanej narzeczonej. O co z tym chodzi? Powiem szczerze: kapuję niewiele. Grupa specjalnie wyselekcjonowanych uczniów z pierścieniami z różą na palcach (samorząd uczniowski + Utena) mają się młócić w ogrodzie za szkołą, gdzie - niczym żyrandol - wisi iluzoryczny zamek odwrócony do góry fundamentem. Wygląda to ładnie, ale ta logika coś długo z kibelka nie wraca. Pudruje nosek? W następnych tomach czytelnik ma się dowiedzieć, że pojedynkujący się spełniają wolę Końca Świata, by wreszcie ktoś posiadł mistyczną siłę Diosa (kimkolwiek on jest) i dokonać rewolucji. Tylko po co? O ile mi wiadomo, rewolucje wybuchają wtedy, gdy jakaś grupa jest wyjątkowo niezadowolona z sytuacji, w której się znajduje. Ale tego niezadowolenia nie wyczuwam w "Rewolucjonistce Utenie". Ot, historia szkolna z pojedynkami, czyli "gimbie się nudzi", choć to już liceum.

Ta manga wkurza. Robiłam do niej dwa podejścia, w ogromnych odstępach czasu. Kupiłam sobie pierwszy tomik krótko po premierze, w 2007 roku, kiedy dzieci były młodsze, a moja tolerancja na bujdę na resorach wydawała się większa. Już wtedy nieziemsko wkurzał mnie ciepły kluch o nazwie Ancy. Wiem, że o murzynach nie można się źle wypowiadać, bo zaraz krzyczą, że rasizm, ale ta czarnoskóra bohaterka po prostu mogłaby nie istnieć. Nie chodzi mi o to, że jest czarnoskóra, od razu mówię. Wyróżnia się, no dobra, ale Utenka się też wyróżnia.
Wracając do Ancy - jak można stworzyć postać, która w ogóle nie ma charakteru?! No jak, ja się zapytuję? Będzie spojler.
Duży spojler.
Ancy jest tą całą "Różaną narzeczoną", czyli automatycznie wiąże się z obecnym zwycięzcą pojedynków. Jej rolą jest spełniać każdą zachciankę swojego pana (lub pani) i dbać o róże. Poza tym nie odezwie się sama z jakąś inicjatywą, nie odpysknie, nie odda ciosu. Takie popychadło, wiecznie pokrzywdzona dziewczynka do przygarnięcia, w ciele której znajduje się miecz Diosa. Miłośnicy hentajców, wyjdźcie. Nie chichrajcie mi się tu w tle. Miłośnicy średniowiecznych metafor, idźcie za tymi od hentajców.

Plusy... Tak, w sumie jakieś znajdę. Ładna kreska, typowy oldschool, jaki lubię. Bardzo starannie oddane tkaniny, fajnie przedstawione włosy. Koniec plusów.

Nie wiem co mnie natchnęło, by kupić w antykwariacie trzy tomy "Rewolucjonistki Uteny". Podobnie jak z "Hasło brzmi: Sailor V!" robiłam do niej kilka podejść partyzanckich i szczerze żałuję zmarnowanego czasu. Po lekturze połowy serii i obejrzeniu 7 odcinków anime (tak, zachęcona naprawdę dobrą ścieżką dźwiękową zaczęłam oglądać. Do tego chciałam w końcu zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Dowiedziałam się? Nie, to by było za piękne) dochodzę do odkrywczego wniosku, że dalej nie wiem po jakiego Pikusia im ta rewolucja i jeśli chcą pokazać jakże romantyczny związek rozwielitki Ancy o mózgu podtrzymującym chyba tylko jej funkcje życiowe oraz różowowłosą księciunią, niech skasują te biadolenia o konieczności pojedynków odbywanych przez niemalże bezwolnie poddających się członków samorządu, bo to jest takie głębokie, że chyba logika właśnie spuściła wodę. Osobiście nie polecam i zastanawiam się, czy pastwić się nad sobą z kolejnymi dwoma tomami, czy też może dać sobie na luz.

Rewolucjonistka Utena, tom 1

autor: Be-Papas (scenariusz), Chiho Saito (rysunek)
wydawnictwo: Waneko
data wydania: 2007
ilość tomów: 6

moja ocena: 3/10

Komiks przeczytany i zrecenzowany w ramach wyzwania Czytam mangi.

5 komentarzy:

  1. Niedobrze, niedobrze :/
    Jakoś mnie i tak nie ciągnie do tej historii, bo o ile się nie mylę, została zaznaczona jako shojo-ai (nie przepadam...) :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tomie 1 wątków takowych nie było, ale pamiętam entuzjastyczne recenzje z "Kawaii" i innych, gdzie ten tytuł do shojo-ai się zaliczało.

      Usuń
  2. A ja miałam ochotę to kiedyś przeczytać... Chyba sobie jednak nie przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. oglądałem to kiedyś i wciąż myśle że jakby wyciąć te wstawki z panią zdobyczą przechodnią i zostawić samą walkę czyli zrobić typowe turniejowe anime to byłoby to o wiele lepsze same pojedynki bowiem nie były złe choć nasza bohaterka była chyba za dobra w te klocki bez jakiegoś wyjaśnienia (do momentu gdy odstawiłem) gdzie się tego nauczyła :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za recenzję :) Teraz nie będzie mi już żal, że nie udało mi się "Uteny" kupić i przeczytać.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.