środa, 11 lutego 2015

Awensis - i bynajmniej nie nowa Toyota...

źródło: Novae Res
Jako akcja Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają. otrzymujemy wiele propozycji tekstów do recenzji. Ostatnio także na skrzynce szefowej pojawiły się wieści o możliwości przeczytania i zrecenzowania przedpremierowych tytułów z Novae Res. Przestudiowałam szybko wykaz, z marszu odrzuciłam wszystkie pozycje erotyczne (odczuwam przesyt tego typu tekstami i przestałam wierzyć, że istnieje taki, który powali mnie na kolana), przeczytałam blurby innych, a że jakoś ciężko szło mi podjęcie jednoznacznej decyzji, wysłałam wiadomość chłopu, by wyselekcjonował interesujące go tytuły. Specjalnie mnie nie zaskoczył - zdecydował się na opowieści w klimatach SF. Kilka dni po złożeniu deklaracji listonosz zapukał do mych drzwi i wzięłam się za lekturę losowo wybranej spośród otrzymanych książki. Padło na "Awensis". Wybór trafny czy strata czasu? Pozwólcie, że Wam opowiem.

Dawno, dawno temu żyła sobie dobra kobieta, która bardzo gorąco pragnęła dziecka. Poszła zatem do czarownicy, by otrzymać od niej malutkie ziarenko...
Nie, zapomnijcie.
Była sobie para, która nie mogła mieć dzieci. Trzydziestoletnia i atrakcyjna Malina pewnego dnia otrzymuje od pracującego w klinice ginekologicznej Andrzeja (w późniejszych akapitach nazywanego Arturem) nasienie obcych, dzięki czemu wreszcie zachodzi w ciążę. Tylko że skoro wzięło się nasienie od superdawcy, ciąża nie będzie przebiegać normalnie. Po trzech miesiącach na świat przyszła dziewczynka. Jednak Malina nie chciała nawet na nią spojrzeć.
Sami trafiła do rodziny adopcyjnej. Rosła zdrowo, tylko że rozwijała się za szybko. W wieku dziesięciu lat wyglądała jak dwudziestolatka. Bardzo szybko skończyła studia i wyszła za mąż za ziemskiego mężczyznę - Adama.
Tylko że Sami była inna. Nie lubiła wychodzić nigdzie. Zamiast tego wolała przesiadywać w domu, oglądać telewizję. Zdenerwowana przybrana matka pewnego dnia porównała ją do odwiedzających Ziemię przedstawicieli rasy Awensis. Czy rzeczywiście Sami coś z nimi łączy?

Tak właściwie ciężko mi cokolwiek o tej książce pozytywnego napisać. Otrzymałam tekst przed korektą, zatem nie będę podchodzić do niego od tej strony. Nie będę gadać o metamorfozie Andrzeja w Artura, nie wspomnę o powtórzeniach, czy niepotrzebnych enterach w tekście. Zastanowię się natomiast nad kilkoma innymi aspektami.

Nie wiem, czy sposób wygonić z myśli skojarzenie z modelem samochodu Toyota (pierwszy egzemplarz wypuszczono 6 października 2003 roku), którego nazwa wywodzi się od francuskiego słowa "avancer", oznaczającego "awansować, robić postępy". Awensis, choć pisani przez "w", nie przez "v", wydają się pasować do tego znaczenia. Piękni i doskonali (niespodzianka?), wysoce zaawansowani technologicznie, brzydzący się przemocą (przy okazji żyją w takiej Utopii, że sam Morus by się zastanowił. Nie potrzebują pieniędzy, na ich planecie wszystko jest idealne i harmonijne), odżywiający się specjalnie przygotowanymi papkami (zapomnijcie o mięsie, znowu. W sumie dlaczego istoty stojące wyżej ewolucyjnie nie mogą jeść mięsa? Coś podejrzanie. A gdzie teoria, że to z walki wywodzi się cywilizacja i zwycięzca pochłania pokonanego?)... Cud, miód i orzeszki, tylko że z pewnego powodu nie mogą się rozmnażać. Tu na scenę wchodzi Sami, hybryda powstała z połączenia ludzi i Awensis. Po niezbyt emocjonującym pożegnaniu z mężem ("Idę se", "Okeeeej" - może nie tymi słowami wyrażone, ale tak to odebrałam) kobieta przeszła "tuning", czyli wizualne wygładzenie niedoskonałości, dorzucenie możliwości telepatycznej komunikacji... Do tego dowiedziała się, że oczekuje dziecka Adama. Dziecka, które ma stać się nadzieją na przetrwanie skazanej na zapomnienie rasy.

Akcja "Awensis" osadzona na Ziemi dzieje się w jakimś "neverlandzie". Przez ogromną część książki nie wspomniano o miejscu akcji. Ot, jakieś z pozoru uniwersalne miasto lub przedmieścia (w końcu kliniki ginekologiczne i bary raczej na wsiach nie występują) zamieszkałe przez ludzi o polskich imionach, którzy wchodzą w interakcje. Wyjątkiem jest Sami, która - o dziwo - nie wzbudza większej sensacji, nie interesują się nią media, nie dokuczają jej rówieśnicy, nie nachodzą nawet administratorzy stron o teoriach spiskowych. Racja, rówieśnicy pewnie skończyli dopiero podstawówkę, a ona już się dziecka spodziewa, jakkolwiek by to nie brzmiało. W okolicach połowy książki czytelnik dowie się, że wszyscy mieszkają w USA, ale po co informować go o tym wcześniej? I po co powiedzieć gdzie dokładnie to się dzieje? Chicago, gdzie Polonia to duża grupa?

Poszukiwałam namiętnie informacji o tym, kim jest pani Wioletta Formela, wyskoczyło kilka profili z facebooka, jednak na tych, gdzie można było zobaczyć publiczne wpisy, nikt nie wspominał o pisaniu lub wydawaniu książki (chyba w tym momencie zostanę posądzona o stalking, ale chciałabym zweryfikować czyją książkę czytam i otrzymany produkt odnieść na przykład do wieku autorki. Mam przeczucie, że jest to osoba młoda). Podejrzewam, że raczej nie ma ona nic wspólnego z autorką Ewą Formellą, której "Płacz wilka" był promowany i patronowany przez akcję Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają. Podobnie przy poszukiwaniu śladu na stronie firmy wydawniczej, czy też wrzuceniu słów kluczowych do poradnika Wujka Google - cisza, nie dowiedziałam się niczego poza danymi technicznymi, opiniami użytkowników, czy też historii Toyoty Avensis. Szkoda, że autorka nie rozpoczęła promocji swojej książki w możliwych do tego kanałach w momencie podpisania umowy wydawniczej (ta chwila, jak wnioskuję, już nadeszła).

Zawiodłam się. Po przeczytaniu blurba, szczególnie słów "to fantastyczna opowieść, która w kosmicznej scenografii próbuje stawiać uniwersalne dla wszystkich istot pytania o granice wolności, poszanowania prawa do samostanowienia, a także o miłość, nieśmiertelność i cenę, jaką trzeba za te wartości zapłacić." (tył książki),  spodziewałam się czegoś, co może choć trochę będzie starało dogonić się takie książki, jak chociażby "Holocaust F" Cezarego Zbierzchowskiego, który krótko po premierze wgniótł mnie w fotel. Niestety dostałam historię, która równie dobrze mogłaby nie dziać się w kosmosie, lecz na przykład jakimś Ferrinie, czy nawet sąsiadującym państwie. Wartości natomiast... Tu zapachniało recenzowanym na blogu Karny Kaktus "Demonem żądzy" Dominiki Szałomskiej. Do dziś nie wiem czym są "kobiece wartości", luźna dygresja.

Podsumowując: nie wiem, czy nie jestem posłańcem złej nowiny, wystawiając pierwszą recenzję książce "Awensis", w dodatku nie do końca przychylną. Nie wiem, może ten tekst mógłby odnieść sukces, gdyby zaistniało w nim coś więcej. Więcej życia, bardziej wyraziści i realistyczni bohaterowie, trochę logiki. Tego na około 200 stronach nie uświadczyłam. Robiłam do "Awensis" kilka podejść, ale nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że czytam książkę o niczym, co z pewnością nie było celem autorki. No cóż, szkoda. Po drugi tom "Awensis" nie sięgnę (tak, w książce wydrukowano zajawki), ale mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie mi pogratulować autorce świetnej książki.

Awensis

autor: Wioletta Formela
wydawca: Novae Res
premiera: 2015

moja ocena: 2/10

Za egzemplarz dziękuję Novae Res

https://www.facebook.com/NovaeRes?fref=ts



oraz akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają.

https://www.facebook.com/PNGiSAM

3 komentarze:

  1. No to ja też się zawiodłam po Twojej recenzji, bo z ręką na sercu, fabuła dla mnie jak znalazł :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.