piątek, 17 kwietnia 2015

Podróż schizofrenii - o budzących się upiorach

Zdjęcie mojego autorstwa
Niniejszy tekst miałam rozpocząć w stylu najbardziej cenionego przeze mnie Włocha, który od razu przekonałby Was do porzucenia wszelakiej nadziei, ale tego nie uczynię.

Zamiast tego opowiem Wam o pewnej książce, która utwierdziła moje zdanie o zjawisku vanity-publishing, czyli płaceniu firmie wydawniczej za wypuszczenie na rynek "dzieła" debiutanta. To ten typ publikacji, w której decyduje nie jakość utworu, a zawartość kieszeni autora i determinacja, by za wszelką cenę być nazywanym pisarzem. Wiem, niniejszy wstęp nie brzmi sympatycznie, ale niestety sympatycznie nie będzie. Opowiem Wam o niecałych 120 stronach, które po prostu przechorowuję. I nie, nie chodzi tu o tematykę, gdyż ostatnimi czasy by lepiej zrozumieć świat i ludzi wokół mnie, namiętnie wczytuję się we wszelakie publikacje mniej lub bardziej naukowe dotyczące wszelakich schorzeń, dysfunkcji i problemów psychicznych. Poznaję, obserwuję. Mój problem w odbiorze niniejszej publikacji dotyczy raczej...
Nie, po kolei.

Oto Maryna, studentka Politechniki Wrocławskiej. Jest w wieku pomiędzy dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia (choć raczej bliżej jej do dwudziestki), mieszka z koleżanką i wciąż rozpamiętuje rozstanie z chłopakiem. Wydawałoby się, że standard. Otóż nie. Maryna choruje na schizofrenię. Przyjmuje leki, co sprawia, że funkcjonuje normalnie w społeczeństwie. Dzięki temu może pomagać innym schizofrenikom (w jednym z pierwszych rozdziałów pojawia się w szpitalu, rozmawia z chorym psychicznie chłopakiem, ale ten wątek został urwany. Niepotrzebnie, bo aż się prosi o jakąkolwiek kontynuację, czy też wspomnienie - nie ma). Książka opowiada historię zmagania się z chorobą na co dzień oraz jej nawrotu.

"Podróż schizofrenii" jest powieściowym debiutem pani Gabrieli Przystupy, pochodzącej z Lubartowa trenerki, pani inżynier ochrony środowiska, absolwentki Politechniki Lubelskiej. Więcej informacji o autorce niniejszej publikacji oraz powoli pojawiające się recenzje możecie znaleźć w sieci.

Kiedyś Katarzyna Michalak jako motto do "Gry o Ferrin" umieściła stwierdzenie, że jeśli coś ma kogokolwiek uchronić przed szaleństwem, będzie to jej książka (w obawie przed tym szaleństwem nie dojechałam do strony 30, ale to temat na inną opowieść). Pani Gabriela tak paskudnie nie kłamie. Już na wstępie cytuje Pascala piszącego o bystrym umyśle i odrębnościach, oraz Emila Michel Ciorana, który zarzuca "umysłowi drugorzędnemu" niemożność wyboru między literaturą a "prawdziwą nocą duszy" (Feliks W. Kres by powiedział, że metafory są złe. Jako posiadaczka i czytelniczka "Galerii złamanych piór" powtórzę to za nim).

Pamiętam, że kiedyś na jednej z facebookowych grup mignęło mi ogłoszenie, że autorka zbiera fundusze na wydanie swojej książki w Novae Res za pomocą platformy crowdfundingowej. Akcja się nie powiodła. Autorka zakładała zbiórkę 9100 złotych, z czego 4190 miało być przeznaczone na wydruk egzemplarzy w Novae Res, natomiast reszta na nagrody dla wspierających - wszelakie pocztówki, czy też kubki. Jakoś mnie wtedy te propozycje nie przekonały, ale pomyślałam, że można dać książce szansę, o ile powieść rzeczywiście się ukaże.

No i tę szansę dałam, co przechorowuję. Nie chodzi o tematykę, ponieważ pomysł jest naprawdę ciekawy. Tylko że ja jestem z obozu tych, którzy nie doceniają za sam pomysł, lecz za wykonanie. A wykonanie niestety nie wyszło. W egzemplarzu recenzenckim mam formułkę o zakazie powielania i przekazywania w środkach masowego przekazu jakichkolwiek fragmentów niniejszej książki, dlatego tez cytować nie będę. Zaufajcie mi na słowo.
Bohaterowie są papierowi, nienaturalni, jak marionetki pojawiające się na rozświetlonej scenie, by wypowiedzieć swoją kwestię, potem wysłuchać słów innej osoby i powiedzieć znowu coś od siebie. Tak, to jest dialog, ale naturalny dialog to nie jest wygłaszanie elaboratów, lecz wszelakie wtrącenia, wykrzyknienia, westchnienia - przede wszystkim emocje. Emocji nie poczułam, poza wspomnianym lękiem przed lekturą.
"Nasza bohaterka" do mnie nie docierała. Tak, autorka na kartach książki nazywa Marynę "naszą" bohaterką. Od razu pojawia mi się w głowie brzęczyk alarmowy, bo dlaczego mam się utożsamiać z kimkolwiek i nazywać go swoim? Poznałam tylko historię Maryny, ale to nie powód, by się z nią zaraz wiązać emocjonalnie. To samo tyczy się wszelakich recenzji. Jeśli autor recenzji utożsamił się z bohaterem, niech go nazwie inaczej, w końcu odbiorca tekstu informacyjno - opiniotwórczego nie musi się na siłę odnajdywać w świecie wykreowanym przez autora, a przedstawianym przez recenzenta.

Wspomniałam o urwanym wątku chłopaka ze szpitala, który aż się prosi o pociągnięcie. Może kosztem rozdziału 10, w którym pojawiła się poezja dotycząca szaleństwa? Nie wiem po co w ogóle to tam umieszczono - by powieść nabrała charakteru poetyckiego? Nie ma sensu, naprawdę. To powinno mieć wyważoną strukturę. Zamiast hurtowego wrzucania fragmentów poetyckich tomików, lepiej by było popracować nad budową zdań, nad ich przekazem.

Wiem, że dostałam tekst przed korektą, ale po przeczytaniu "Korporacji 13" i "2049" (obie niedawno ukazały się nakładem Novae Res i również miałam "szczotki recenzenckie, czyli z tą radosną tasiemką na okładce, że tekst nie przeszedł korekty) miałam nieskrywaną nadzieję, że dostanę książkę, gdzie czytelnika nie atakują nieuzasadnione powtórzenia w niemal każdym paragrafie, że dostanę dobrze odmienione czasowniki i rzeczowniki (tak, te subtelne, ale jakże ważne w przekazywaniu idei "ogonki", które przydałoby się ugłaskać przed wysłaniem tekstu do kogokolwiek. Tak, tyczy się to wydawcy. Tak, jestem perfekcjonistką). Nie wyszło.

Z tej mąki nie będzie chleba,
Z tych prac nie będzie korzyści,
Z tych świątyń nie widać nieba,
Z tych snów już się nic nie ziści.
(Jacek Kaczmarski, "Antylitania chwili")

Autorka pisze, że jej książka rodziła się "w bólach" przez 2 lata. Po przeczytaniu na 2 raty zastanawiam się, czy rzeczywiście warto się do takiego "bólu" zmuszać. Sama teraz tę książkę przechorowuję, bo nie rozumiem jak można wypuścić na rynek coś takiego. Treść może jest oparta na dobrym pomyśle, ale wykonanie... Pozwólcie, że nie wypowiem się. Wiele słów już padło.
Poleciłabym jednak pani Gabrieli Przystupie pracować nad stylem, udzielać się na forach typu Weryfikatorium, czy tez na grupie Ocenarium, gdzie ludzie zajmujący się literaturą zawodowo i hobbystycznie doradzą co i jak, jaką drogą ruszyć. Nawet jeśli będzie to droga o nazwie "zapomnij o pisarstwie". Bo nie każdy musi być pisarzem. Świat potrzebuje bardziej inżynierów, psychoterapeutów, lekarzy, nauczycieli, piekarzy... Literatura nie jest potrzebą pierwszej kategorii.

"Podróż schizofrenii" jednak przekonała mnie do podjęcia jednej z "męskich" decyzji. Na Zapiskach pojawią się jeszcze teksty o książkach z nurtu vanity-publishing, które obiecałam zrecenzować w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają (wiszę im kilka tekstów), a potem bez rzeczywistego fragmentu zawierającego tekst przed wydaniem (ale już po korekcie i redakcji, o ile takowa nastąpi) nie będę ruszać "dzieł" autorów płacących firmom wydawniczym za wydanie swoich książek. Mam zdecydowanie zbyt mało wolnego czasu. Szkoda go zatem tracić na publikacje, które traktują moją psychikę i zmysł redaktorsko-korektorski jak maszynka do mięsa. Po prostu dość.
Amen.

Podróż schizofrenii

autor: Gabriela Przystupa
wydawca: Novae Res
data wydania: 2015

moja ocena: 1/10

Egzemplarz otrzymany od Novae Res.

Tekst napisany w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.