poniedziałek, 18 maja 2015

Ajw sin fingz, czyli jak tretować we własne gniazdo

Ale książka głupotą nie jest, więc zainwestuj
te 40 złociszy i dziada z siebie nie rób.

Czy wiecie, jak fajnie kupić sobie książkę?


Ostatnio, gdy pisałam tekst o "Na skraju jutra" Hiroshiego Sakurazaki, naszła mnie pewna refleksja. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałam umieszczać pod notką podziękowań dla jakiejkolwiek organizacji, czy też wydawnictwa i poczułam się z tym jakoś... nieswojo? Nie, może to za duże słowo. Owszem, przykuło to moją uwagę, ale nie wzbudziło jakiś negatywnych odczuć. Po prostu odezwał się jakiś brzęczyk z tyłu głowy, nade mną rozświetliła się żarówka. Taki trochę blask fantastyczny, ale w miniaturowym wydaniu. Podobny wyskoczył przy "Szczurach Wrocławia".
I wiązka światła rozświetliła mój pokój. Niektórzy powiedzieliby, że to objawienie, ale muszę plotki zdementować, jeno współlokatorka do domu wróciła i musiała sobie na korytarzu żyrandol zaświecić, bo w szpilkach ciężko się poruszać. Szczególnie, gdy atakują ruchome futryny. Szczególnie, gdy ta druga strona lustra kusi. Szczególnie, jeśli nie oprzesz się na drzwiach od kuchni, bo tych nadzwyczajnie nie ma.

Dobra, ostrzegam lojalnie, będę gderać. Będę bezczelnie nabijać się z ludzi, którzy zrobią wszystko, by książkę od wydawcy lub autora wyżebrać. Będzie o ludziach, którzy nie poprzestają na zmianie zdjęcia w tle na obrazek przedstawiający okładkę książki, na widok której już cieknie niejednemu ślinka. To jeszcze nic, czasem po prostu chęć pomocy w promocji znanemu mniej lub bardziej autorowi.
Dzisiaj będzie o ludziach, którzy po prostu muszą coś na siłę wyżebrać, koniecznie zwrócić na siebie uwagę. Nie czepiam się tych, którzy otrzymują książki do recenzji, ponieważ zostali gdzieś w sieci zauważeni i odnalezieni przez wydawnictwo, czy autora. Ci, którzy zwracają uwagę na siebie jakością, a nie głośnym krzykiem i nieśmiertelnym "obs za obs" w celu nabicia wyświetleń do statystyk, nie muszą się martwić, że na głowę poleci im ciecz keczupopodobna. Tak, nie będzie o fekaliach, bo ostatnio bizarro nie czytałam i nie jestem w tym klimacie (kto mi wierzy, łapka w górę. Ja nie podnoszę). Dlatego rzucam Falco, bo lubię ten utwór, a aniołki bardzo fajnie mi się w konwencję blogosfery książkowej wpisują. Do koryta dano, moi drodzy.


Po raz kolejny ostrzegam: jeśli jesteś blogerką książkową, która nie może spać, bo wydawca nie przysłał Ci egzemplarza recenzenckiego, zrób użytek z tego przytulaśnego "x" w przeglądarce.  Ponieważ jeśli szkoda wydać Ci raz na czas około 30-40 złotych na jakąkolwiek książkę (tak, zakładam tu najdroższą opcję, bo przecież w miastach i w sieci roi się od wszelakich księgarń z tanimi książkami), poczujesz się urażona. I tak, jeszcze raz przypomnę, że nie będę miła, że będę trollować. W domu skończyła się kawa, a reklamowana jako źródło radości i energii zielona herbata nijak nie zdaje egzaminu. Chyba pozostanie mi skoczyć po napój bogów do sklepu i skończyć tę komedię z odzwyczajaniem się od kofeiny.

Zatem "Na skraju jutra" i "Szczury Wrocławia". Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałam pisać o książce, którą otrzymałam jako egzemplarz recenzencki. Dziwne, prawda? Szczególnie, że niektórzy internauci może przyzwyczaili się do sytuacji, w których radosny bloger książkowy (najczęściej nastoletnia blogerka książkowa) spamuje nazwą swojego blogaska na wszelakich kanałach związanych z upatrzonym tytułem/ wydawnictwem i liczy, że wyżebrze książkę za obietnicę tekstu składającego się z przekopiowanego z tyłu okładki opisu  i dodanego sformułowania "recenzja", po którym następuje od kilku do kilkunastu zdań o tym, że ten paranormal może swoją wspaniałością wyleczyć raka lub nakarmić dzieci w Afryce. Czasami możecie to jedynie wnioskować z tonu wypowiedzi, bo całość tekstu sprawia nieraz, że dłoń sama wędruje na głowę, a wargi wypowiadają bezgłośnie "Co autor miał na myśli?". Bo książka się nie podobała, blogerka w trakcie lektury płakała nad bezsensem swego istnienia lub czymkolwiek innym, ale da przecież 10 na 10 możliwych gwiazdek, bo dostała za darmochę, to jak niezbyt uważny wydawca popatrzy na wysoką notę, może i następnym razem się ulituje i znowu podaruje egzemplarz. Bo przecież podlinkowała do strony wydawcy. Bo czasami poszła o krok dalej i postanowiła zostać literacką groupie, wysyłając niespotkanemu nigdy autorowi swoje śmiałe zdjęcia. I do tego będzie go przecież śledzić na fejsbuczku, pisać mu pełne uwielbienia komentarze, lajkować jego każdą aktywność, stalkować także rodzinę i znajomych literata... Jeny, to nabiera klimatu "Misery" Stephena Kinga... To jest tak kuriozalne, że bym nie uwierzyła, gdybym nie ujrzała, ale paluchem po konkretnych osobach nie będę pokazywać, bo to nieładnie.
Chociaż nie, wróć, za dużo już widziałam, by nie uwierzyć. Warszawa robi swoje. Nie od wczoraj brzęczy słoiczek.
Life is not what it seems, bo z głośników wciąż śpiewa Falco.

I już wolę zapłacić te 39,99 i nie robić z siebie przygłupka. Zauważam, że na niektórych tekst "no weź kup sobie tę książkę i nie żebrz" działa jak przysłowiowa płachta na byka. Wiem, taniej strzelić selfie miseczki, czy innego garnka i posłać autorowi, może akurat kuchcik ;)

Zapomniała mećka, jak cielakiem była, czyli za moich czasów dzieci były młodsze.


W czasach, gdy zostaje już tylko herbata, może
wydarzyć się wiele.
Jak tretować we własne gniazdo, to tretować. Narobiło się ostatnio tych blogerów książkowych, łasych na wszelakie darmowe profity. To samo z jeszcze większą otchłanią, jaką jest blogosfera modowa i lifestyle'owa, ale tematem się nie zajmuję. Mignie mi czasem "klikajcie w banerki z Sheinside", ale przestałam zwracać na to uwagę.
Fajnie jest dostać coś do poczytania za darmo, fajnie jest otrzymać wejściówkę na imprezę i bywać, lansować się, spamować na grupach czytelniczych zdjęciami tego wszystkiego, co się otrzymało - nawet jeśli to tylko zakładka z logiem książki, najlepiej jeszcze z widocznym adresem nadawcy na kopercie. (Głos oburzenia za 3... 2...) No bajer. Jeszcze większy bajer, a raczej Cud nad Wisłą, Odrą, Narwią, czy inną Łomżyczką, gdy bloger wie, że istnieją przecinki. Czasami to wychodzą takie kwiatki, że słów brakuje. "Ja pisze jak mówie i nie przeszkadzaj mnie bo sie na cb obraże!" - ten przykład nie jest z życia wzięty, ale naprawdę realistyczny. Tak, widziałam u osoby mianującej się dumnie blogerem literackim "bd u cb, więc bd u sb". Permanentny zacisk na gardle?

Poczułam się stara. Babcia po prostu nie nadąża. Babcia, owszem, zrobiłaby z gęby cholewę, gdyby powiedziała, że nie czuje się doceniona, gdy sama dostaje egzemplarze recenzenckie (poza firmami wydającymi ze współfinansowaniem, co recenzowałam w ramach pewnej akcji, pełna nadziei na odkrycie czegoś wartościowego. Jak skończyłam..? Popatrzcie jeszcze raz na te aniołki od Falco), ale nie lubię się narzucać innym. Wolę już sama zostać odnaleziona, przeczytać miłe słowa, które napisane zostały spontanicznie przez kogokolwiek. Taką niespodzianką był mail od słynnego, szanowanego i lubianego pisarza, czy też nazwanie mnie recenzentem przez osoby z zewnątrz. Czasem nawet się tym pochwalę w szerszym gronie i pojawia się nagle jakiś blog, którego autor niecierpliwie wygląda za listem z Hogwartu... A sowa nie przylatuje i pozostaje czekać na Gandalfa...

Kiedyś było piękniej. Trawa była zieleńsza, światło jaśniejsze, a trochę ponad dwa lata temu, gdy zakładałam bloga, wszystko wydawało mi się takie piękne i cudowne - miałam po prostu za pomocą notek motywować się do czytania większej ilości książek, przyglądać im się od strony technicznej, opowiadać o swoich wrażeniach. Chciałam na przykładach zobaczyć jak książki pisać należy, a jak się nie powinno. Tak, wciąż jest we mnie marzenie o wydaniu czegoś własnego, ale vanity odpadało odkąd pamiętam. Kiedyś na matematyce pani profesor tłumaczyła nam, że autor i tak musi jakąś kasę w wydanie zainwestować, w tym przekonaniu wzrastałam, coś tam wystukiwałam na tej klawiaturze, ale zawsze były poważniejsze wydatki od zapłacenia firmie "nie talent, lecz chęć szczera zrobi z Ciebie bohatera". Dlatego też postanowiłam podreptać sobie ścieżynką "na okrętkę", uwzględniającą posiadanie bloga, czytanie książek, poznanie środowiska literackiego. Nie ukrywam, że niesie to za sobą pewne korzyści. Spotkałam fajnych ludzi, z mniej fajnymi przemaglowałam kilka wojenek, czyli emocji nie brakowało.

Jednak by nie było, że się tylko złośliwie nabijam... Jarałam się na początku mojego radosnego blogowania jak Most Łazienkowski w Walentynki, gdy napisał do mnie jakiś autor wydający za pośrednictwem jeszcze radośniejszego vanity. A potem przychodził ból głowy, gdy brałam się za lekturę. Ból nasilający się z każdą kiepską publikacją. Mamo, ujrzałam wiele. Mamo, "Gra Endera" na audiobooku, tym szczęśliwie pozyskanym na PolConie 2013, nie pomagała dolegliwości złagodzić.
Potem zaangażowałam się w działalność w akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają. i działo się. Nigdy nie dowiedziałam się o sobie tyle, co w trakcie poprzedniego roku, mówię Wam. Były prośby, groźby, pomówienia - ogólnie czasem potrafiłam się porządnie wkurzyć, bo miałam gorszy dzień, gonił mnie termin na zrecenzowanie jakiegoś gniota, aka "to jest książka ma umiłowana, masz ją promować, bom samiec alfa, a ty kobita, wienc promuj", a wściekły jak tur autor zaczynał się ciskać, że do sadu mnie zawoła i podobno mam się bać. Podobno go pomówiłam i zrecenzowałam nie jego książkę. No to po co przysłał mi pracę syna kolegi?
Tak, w ten sposób właśnie zaczyna się historia "z tym też mam na pieńku", a żyć trzeba. Tylko jak żyć, panie prezydencie i pani premier, kiedy dostaje Ci się po łbie, że Twoja opinia jest pierwszą negatywną i nie masz do tego prawa?

Chyba lepiej mi jako samotny wilk. Lepiej mi jako gderacz, narzekacz, zrzęda, która powie szczerze, że coś jej nie pasuje. Zrzęda, która woli nie napić się piwska, a kupić książkę (w boczki nie idzie, a czasami jest radość z czytania, czasami słuszny wnerw). Zrzęda, która woli obserwować wszystko z pewnej odległości i odzywać się głównie wtedy, gdy zostanie zapytana, choć nieraz mi się coś wymknie i jad ze śliny przeżre kilka kondygnacji. Lepiej, o wiele lepiej. Szczególnie, gdy dostajesz maile, w których autor kolejnego "odkrywczego i zmieniającego oblicze tej ziemi" fantasy pyta Cię o pomoc w wypromowaniu, a najpierw znalezieniu wydawcy. Fajnie, bo uno: nie mam znajomości aż takich; due: przydałoby się tekst zobaczyć, by się nie wwalić jak "koleżanka po fachu" w patronat książki, której autor zadeklarował kiedyś w trakcie negocjowania opieki medialnej mojej dawnej akcji pogardę dla instytucji korektora i redaktora. Jaki piękny samobój, szczególnie gdy już kilka osób wypomniało mu straszne byki w tekście.

Dopiłam kolejny kuban herbaty, przydałoby się zakończyć, jakoś podsumować.
Wyolbrzymiam, wiem. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Tylko że chyba zbyt wiele rzeczy widziałam, by z naiwną radością mówić, że blogosfera książkowa to coś super, z czym chciałabym być identyfikowana na każdym kroku, każdym spotkaniu branżowym - czy to promocja jakiegoś konkretnego tytułu napisanego przez lubianego przeze mnie autora, czy też książkowe targi w większych miastach. Czasami wolę być postrzegana jako Gośka, która przyniosła do podpisu książkę, czy też Kocur/ electric_cat siorbiąca piwo ze znajomymi, wymieniająca się spostrzeżeniami o lekturze, zastanawiająca się nad najbardziej psychodeliczną odpowiedzią w Cards against Humanity. Nie wiem, może do współistnienia w grupie zraził mnie fandom mangowy, do którego jako nastolatka na siłę chciałam dołączyć, ale ograniczało mnie mieszkanie w małym miasteczku i brak ludzi, z którymi można było pogadać, w coś ich zaangażować. Teraz nie wiem, czy nie jestem przypadkiem za stara na tego typu porywy.
Reaguję alergicznie na krzyki, piski, jęki i wycieki znajomej, gdy ktoś w jej towarzystwie chociażby wspomni o "Doctor Who" (kusi mnie za każdym razem, by dopisać tam "j"), "Sherlocku" (w jakimkolwiek wydaniu), czy yaoi. Śmieję się z haseł typu "Fandoms are friends, not obsessions" i... zbaczam z tematu.
To znak, że już czas się kłaść. Kłaść się i śnić sen o haiku, rano czeka mnie prezentacja na ten temat.
Dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.