niedziela, 24 maja 2015

BHO: Tych Troje, część 1 - fanfik do książki "Bóg Horror Ojczyzna" Łukasza Radeckiego

Cześć,
niniejszy fragment jest nieśmiałą próbą ukazania Wam świata BHO moimi oczami.
Tekst pisałam w zeszłym roku, starając się sprężyć na urodziny Autora. Większość występujących tu postaci to ludzie, których możecie czasem minąć na ulicy. Stonka i Maks oraz ich szef pochodzą z książek Łukasza Radeckiego, natomiast Weronika Wiśniewska, aka Werka to mój wymysł.

Nie przedłużam, zapraszam Was do lektury. Za wszelkie uwagi wdzięcznam
.





BHO: TYCH TROJE

Łukaszowi z okazji urodzin,
ci wszyscy, którzy pomyśleli, że w świecie BHO fajnie jest żyć i umierać.


            Utarło się takie przekonanie, że dwa to para, a trzy to tłum. Natomiast Stonka za każdym razem, gdy ktoś zaczynał przy nim bawić się w domorosłego filozofa, uparcie podkreślał, że owszem, dwa może i jest parą, ale trzy to zdecydowanie wpierdalanie się między wódkę, a zakąskę. A że wódkę lubił, nawet ją czasem małosolnym zagryzł, to nie do końca potrafił stolerować kogokolwiek, kto do jego miłości się czepiał.
Tyczyło się to szczególnie Maksa, jego najnowszego partnera, dzieciaka niemal, który z nieskrywaną radością pochłaniał kilogramami zalewaną hektolitrami keczupu pizzę i niekiedy - o zgrozo - zagryzał ją frytkami.

***

            Thorson dopił ostatni łyk z butelki i odłożył puste szkło na piętrzącą się stertę odpadków w kartonie numer 7. Owszem, gdzieś tam na dnie leżą pewnie jeszcze rzeczy jego dawnej partnerki. Nie dawało się ukryć, że zwyczajem każdego poprzedniego i następnego współpracownika Stonki "nie nadawała się już więcej do służby". Po prostu zmieniła swoje urocze, dziergane ręcznie sweterki na kaftanik "przytul się sam", a kontakt z nią stał się po prostu utrudniony. Natomiast Maks jakoś się trzymał. Nie zginął, nie sfiksował, nie urwało mu nogi, choć w zadymie w Diakonem Mariuszem wszystko było możliwe. Zombiaki jakoś też szczególnie nie odcisnęły się na jego psychice, no może przestał na jakiś czas zalewać placek sosem, ale długo to nie trwało. Chłop był jakiś odporniejszy od poprzedników.
            Przykucnął przy pudle i zamyślił się. Gdzieś tam na dnie leżało zdjęcie uśmiechniętej dziewczyny z rudymi warkoczykami, beztrosko podrzucającej do góry bukiet jesiennych liści. Za nią biegła ta druga, biuściasta blondynka. Na tę Stonka zawsze miał ochotę, ale jakoś nie złożyło się. I złożyć się nie mogło, dwa lata temu kula wystrzelona przez agentkę KSS rozsadziła jej czaszkę i śliczne blond kłaki zawirowały przez chwilę w powietrzu z resztkami mózgu. Szkoda wręcz gadać.
- Eh, Werka, Werka - przysiadł. Zaintrygowany Maks odłożył do kartonu nadgryziony, ociekający keczupem kawałek pizzy.
- Tak bardzo nie chcesz brać się za raporty, że postanowiłeś posprzątać wreszcie biuro? A może baby ci się zachciało?
- Zapomnij. - powstał na równe nogi i wyszedł. Trochę utykał, oberwało mu się ostatnio dość porządnie. Niby jeszcze nie mógł brać udziału w akcjach, ale niemal codziennie wiercił szefowi dziurę w brzuchu, by pozwolił mu choć na patrol lub dał wolne - byle tylko być daleko od tych papierów.
            Szef jednak się nie zgadzał. Z niewiadomych Stonce powodów chciał mieć niesfornego agenta tu, w siedzibie Katolickich Służb Specjalnych. Zapewniał za każdym razem, że jakaś ciekawa misja się kroi, tylko ktoś musi jeszcze dostarczyć materiały.
Thorson znał tę gadkę. Typowe zbywanie, gra na czas. "Nie dam ci urlopu. bo jest sezon przed Wszystkimi Świętymi i Andrzejek, kolega z KSS, sprzedaje znicze na chorobowym, bo ma liczną rodzinę i do pensji dorabia." Późną wiosną natomiast "chorowity" Andrzejek sprzedawał truskawki, a latem jeździł do ciepłych krajów pozować do grzesznych i świetnie płatnych sesji zdjęciowych greckich pornomagazynów. Słowem - Andrzejek miał kasy jak lodu, ale z niewiadomych przyczyn blokował etat komuś, kto pracowałby normalnie i umożliwiłby Stonce pójście na urlop.
            Teraz jednak zadanie rzeczywiście się kroiło. Mężczyzna odbierał to każdym porem skóry. Wyłapywał spojrzenia współpracowników, gdy utykał korytarzem, słyszał ich cichnące rozmowy. Byli poruszeni sprawą, która niewątpliwie musiała mieć jakiś związek ze Stonką. Tylko o co chodziło? Czyżby się wydało, że..? Nie, to niemożliwe. Niby jak miało to wyjść na światło dzienne, skoro nawet Maks o tym nie wiedział, a co dopiero reszta w siedzibie.
            Doczłapał się do automatu z kawą, tego tuż obok pokoju szefa, i oparł się o niego. Pogmerał w kieszeni w poszukiwaniu drobnych. W końcu coś wysuplił, wrzucił monety do otworu i wybrał dużą czarną. Tę podłej jakości, jaką pijał z Werką, kiedy jeszcze razem pracowali.
Potrząsnął głową. Coś mu dzisiaj ta dziewczyna często na myśl przychodziła, to źle. Żeby chociaż miała cycki rozmiaru F, jak jej współlokatorka, a nie C. Niby ten rozmiar idealnie w dłoni leży, ale jednak Stonka lubił być przyduszany przez "gabaryty", o ile się zdarzała okazja.
- ... czyli sugerujesz, że ktoś rozprowadza tę substancję wśród studentów, a ci łykają to jak młode pelikany i robią się agresywni, po czym chwytają cokolwiek mają pod ręka i wychodzą na ulicę, by zabijać przypadkowych przechodniów? - agent zupełnie niechcący podsłuchał fragment rozmowy w gabinecie szefa. Automat buczał rozkosznie, gdy zalewał wrzątkiem kubek, ale jego szum nie zagłuszał dialogu.
- Na to wygląda, szefciu. - Stonka zamarł. Nie, to musiało mu się wydawać. Przecież ona nie może tutaj być. Nie może i już! Jest w zakładzie zamkniętym, gdzie w ramach rozrywki odbija się od podbitych miękką tkaniną ścian.
Ale jednak ją słyszał. Jakieś omamy, przez które niedługo i on sam mógł u czubków wylądować. W sumie to ten moment jakby zbliżał się coraz większymi i śmielszymi krokami.
- Widzę w tym raporcie same pierdoły. Może i prześledziłaś wszystkie dostępne źródła dotyczące absyntu i jego składu, ale to wszystko się nie trzyma kupy. Nie sądzisz chyba, że taka grupa studenciaków próbowałaby nielegalnej substancji, być może jeszcze czymś wzmocnionej lub wzbogaconej, co?
- To nie jest tak do końca Artemisia Absintum, przynajmniej tak mi się wydaje, szefciu. I pozwolę sobie zaryzykować, że pan nie studiował, prawda? Albo przynajmniej nie mieszkał pan w akademiku?
            Stonka wyciągnął kubek z automatu i przysłuchiwał się rozmowie. Złapał się na tym, że stał z uchem przy drzwiach i podsłuchiwał. Jak ta stara panna z trzeciego piętra. Na szczęście akurat nikt nie przechodził korytarzem, bo z pewnością by się zainteresował.
- Więc co to do cholery jest? - szef przemilczał uwagę o studiach, ale słychać było, że się wkurzył. Jak za każdym razem, gdy któryś z jego podwładnych starał się grać wykształciucha.
- Nie trafiłam jeszcze na próbki tej substancji, niestety toksykolodzy nie dają mi dostępu do mieszkań sprawców, gdy działam incognito, ale może Stonka...
            Mężczyzna poderwał się, gdy usłyszał swój pseudonim. Jednym szarpnięciem otworzył oszklone skrzydło i wparował do gabinetu z kubkiem gorącej kawy w dłoni. Nawet nie zauważył, że się pooblewał. W normalnych warunkach pewnie by zaklął, że poparzył wrzątkiem paluchy, ale w tamtym momencie jego mózg nie radził sobie z przetwarzaniem impulsów nerwowych. Niby wydział tę rozmawiającą parkę przed sobą, niby w normalnych warunkach śmiałby się w duchu z wpienionego zdrowo szefa, ale... Tam stała rzeczywiście ona.
            Była taka, jaką ją pamiętał, zanim nadszedł ten pamiętny dzień. Szelmowskie spojrzenie szarych oczu, rumieniec na policzkach, farbowane na rudo warkocze i fioletowy sweterek robiony na drutach. A pod swetrem wciąż C.
            W sumie wyglądała pięknie na tle zasłoniętych żaluzji, niedbale oparta o parapet. Niejeden pewnie by się zakochał w tej drobnej dziewczynie i zechciał otoczyć ją opieką, jak malutkie i nieporadne kocię. Wielu próbowało, a ona wykorzystywała to odpowiednio. Mały anioł zagłady, najlepszy snajper w Katolickich Służbach Specjalnych, bezlitosny łowca. O ile rzeczywiście ktoś miał ją porównywać do kota, najtrafniej określiłby ją jako samotną, bezdomną kotkę. Bo Werka działała przez dłuższy czas w pojedynkę, później dopiero przydzielono ją do Thorsona i skończyło się to źle. Jak dla każdego jej poprzednika. Jak dla prawie każdego jej następcy.
- Stonciu, kopę lat - przyskoczyła do niego i wbiła to swoje C w jego lewy łokieć. Dopiero teraz oprzytomniał, gdy resztka kawy rozlała się po jego dłoni.
- Cholera jasna, Wera! Co ty odwalasz?
- Przyznaj się, że się za mną stęskniłeś - zacisnęła powieki i uśmiechnęła się głupawo. - Twa miłość przez ściany biła i nie mogłam się powstrzymać, więc wydrapałam łyżeczką drogę ku tobie i oto jestem! - machnęła dłonią ku górze. Tak teatralnie, że zabrakło tylko Amorka z trąbką i konfetti.
- Od dzisiaj pracujecie razem - najszybciej oprzytomniał szef.
- Ale ja mam już Maksa za partnera. - agent postanowił bronić się przed tym przydziałem rękoma i nogami.
- Pracujecie we trójkę.
- Ale...
- Wypierdalać! - wrzaskowi towarzyszył trzask krzesła. Wyglądało na to, że jest poważnie.
            Stonka nie dyskutował. Wyrwał się z uścisku Werki, choć po dość długim poście "C" na łokciu mogłoby być miłe, szczególnie w innych okolicznościach. Takie rozkoszne "tête-à-tête", na przykład bez udziału szefa. Szczególnie mile widziane bez udziału szefa.

            Na korytarzu wzbudzali niemałe zamieszanie. Już sam powrót Weroniki budził zainteresowanie, w końcu wszyscy w jednostce wiedzieli gdzie była i dlaczego właśnie tam się znalazła. Dlatego też odrywali się od swoich codziennych zajęć - kawy, plotek, telefonów, śledzenia Viga, dociekania, palenia papierosów, patrzenia w sufit. Werka była sensacją sama w sobie. Natomiast jej dziwne podskoki i wymachy rąk, połączone z wyśpiewywaniem jakiegoś dziwnego "sieben, sieben, ay lu lu" z pewnością nie ułatwiały przemarszu do pokoju, gdzie Maks prawdopodobnie kończył pochłaniać kolejny kawałek pizzy.
- A już myślałem, że cię automat do kawy zeżarł i nawet chciałem wysyłać grupę poszukiwawczą - obecny partner Stonki obrócił się na krześle i z niedowierzaniem skonstatował widok niewysokiej, zdyszanej dziewczyny, która wdarła się do pomieszczenia za Thorsonem. - A to kto?
- Werka - burknął straszy mężczyzna. - Dzisiaj odkładałem butelkę od wódki do "jej" kartonu. Wiesz, ta z numerem siedem. Pewnie dlatego przez całą jednostkę mi o jakimś "sieben" szwabi.
- Miło mi cię poznać - Weronika przyskoczyła ku siedzącemu wciąż na krześle Maksowi, schwyciła jego dłoń i potrząsnęła energicznie.
- M... mi również..? - Maks instynktownie powstał. Musiał się przygarbić, by tej dziwnej lolitce spojrzeć w ogóle w twarz. Ile ona mogła mieć lat? Nie wiedział. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia, ale przecież musiała być starsza. Wystarczyło popatrzeć na tego weterana Stonkę, który już tylu partnerów niechcący doprowadził do zwolnienia, szpitala psychiatrycznego a niekiedy i do śmierci.
- No, to formalności za sobą, teraz do roboty. - podała Maksowi dokumenty. - Mamy sprawę, pracujemy we troje.
- Co?
- Dobrze słyszałeś - Stonka wyciągnął z pogniecionej paczki ostatniego papierosa i odpalił. Zaciągając się z lubością, wrzucił zgnieciony kartonik do pudła z siódemką. Skoro już wywołał jednego wilka z lasu, wolał nie ryzykować  następnym. Odpadek z cichym brzdękiem odbił się od szkła i spadł kilka centymetrów dalej. Tym razem drugi agent nie skomentował tego wyczynu. - Z tego, co podsłuchałem...
- Stonka, podsłuchiwałeś? - Klimkiewicz starał się ukryć złośliwy uśmiech, ale jakoś szczególnie mu to nie wychodziło.
- Nie przerywaj, do cholery! A, sorry. No w każdym razie coś o absyncie słyszałem... - spojrzał sugestywnie na swoją dawną partnerkę. Ona uśmiechnęła się głupawo i wyciągnęła z kieszeni różowego pendrive'a. Tego samego, którego dostała kiedyś od Thorsona na urodziny. Śmieszną, gumową świnkę.
- Nie będę biadolić, że absynt na mocy uchwały Kościoła jest substancją nielegalną, halucynogenną i niszczącą ład i porządek, bo to już wiecie. - zaczęła podpinając urządzenie pod najbliższy komputer. Na monitorze wyświetlił się krótki komunikat, po czym automatycznie uruchomił się folder z mnóstwem plików graficznych i tekstowych. - Ale jest poważnie. W normalnych przypadkach Zielona Wróżka ścina z nóg lub niesie dziwne wizje. Ludzie skaczą po ścianach, rozmawiają z łyżeczkami, a niektóre przypadki osiągają wyższą świadomość artystyczną i hmmm, "bytową". Tym razem jednak normalnie nie jest. Wśród studentów na mieście pojawiła się substancja, którą roboczo nazwałam "Absyntem 2.0". Owszem, wywołuje halucynacje, ale w tym przypadku to coś więcej. Żacy chwytają w ręce cokolwiek i wychodzą na ulicę mordować przypadkowych przechodniów, po czym w większości przypadków popełniają samobójstwo. Ze skutkiem.
            Agenci przysunęli się bliżej komputera. Maks chwycił za myszkę i odpalił pierwsze zdjęcie. Leżąca przy śmietniku, w kałuży krwi, starsza pani z siatką na zakupy i z pieskiem. Zatłuczona prawdopodobnie jakimś obuchem. Następna migawka. Młoda dziewczyna powieszona na szaliku i pokrywie od śmietnika. Zapewne morderczyni starowinki. Następne. Dwoje dzieci z poderżniętymi gardłami, obok młoda kobieta, może ich opiekunka, ze śladami wielu uderzeń nożem. Gdzieś tam w tle postać z narzędziem zbrodni wbitym w serce.
- Lodówką te zdjęcia robiłaś? - mruknął Maks włączając następne. - I skąd twierdzenie, że ci ludzie byli pod wpływem jakiegoś zmodyfikowanego alkoholu sprzed ponad stu lat?
- Wyczuwalny piołun. - odpowiedziała pewnie. Jej wzrok padł na karton z siódemką. Przysunęła się do niego i powoli, jakby z lękiem, wyciągnęła dwie puste butelki. Chwyciła je za szyjki.
- Ja tu widzę same trupy. - zaczął na nowo Maks zjeżdżając na sam dół folderu. - Mówiłaś, że większość przypadków popełnia samobójstwo. A gdzie są ci, którzy jednak zakatrupili kogoś i wciąż żyją?
- Jedna osoba została pojmana, chyba jakiś chłopak, ale odmawia składania zeznań. Nie wiem dlaczego, nie mam dostępu do protokołów z przesłuchań.
- No rzeczywiście, skoro wracasz z daleka...
- Tylko że Werka nie ma dojścia do toksykologów z KSS. - wtrącił Thorson. Zauważył, że rozmowa zaczyna zbaczać na niebezpieczny tor. Skoro mają już razem pracować, to nie powinni pozabijać się od razu. - I tu teoretycznie pojawiamy się my.
- Nie mamy takich uprawnień. Zresztą nawet nie piłem nigdy absyntu. Pewnie nie to, co ty, Stonka. - Klimkiewicz starał się jak najszybciej skończyć temat. Owszem, nosiło go, tak samo jak jego partnera, by wreszcie pójść za jakąś sprawą w teren, ale w tej  coś mu się nie widziało. Nie chodziło o zagadkę dziwnego absyntu, lecz o ekscentryczną współpracowniczkę, która teraz zaczęła tańcować jak menel pod wpływem zakazanych substancji. W XIX wieku może nazwaliby to kankanem, ale w tych czasach było to uznawane za niemoralne i budzące zgorszenie społeczne. Szczególnie, gdy "tancerka" artykułowała z siebie jakieś dziwne "cziki briki".
- Zdarzało się w dawnych latach, ale jakoś wróżka cyckami nigdy nie zaświeciła. Na ulicę też nie wychodziłem. - podrapał się po jasnej szczecinie. Udawał, że nie widzi ekscesów swojej dawnej partnerki. W sumie wolał nie zwracać na to uwagi, niech się wytańcuje, przynajmniej się zmęczy. - Wracając do sprawy, mam wejścia do laboratorium. Nie pytaj jakim cudem, ale załatwią mi zawsze wszystko od ręki. Pójdę zaraz do nich i zapytam o ten "absynt 2.0", może coś będą już mieli.
- No dobra, a mnie czeka historia o wdzięcznym tytule "Absynt przez wieki: geneza i działanie trunku". Weroniko, książkę pisałaś? - Klimkiewicz zwrócił się bezpośrednio do dziewczyny, choć zrobił to niechętnie. Ona uniosła ku górze obie ręce, jakby w geście poddania. Nie powiedziała nic, tylko wypięła język.
- Wera... - burknął Stonka. Przez chwilę poczuł się dziwnie, jakby upominał dziecko. - Musimy jakoś to rozplanować, w końcu nie będziemy łazić po mieście i zbierać resztek. Ktoś musi przecież tę substancję rozprowadzać. - kątem oka przyuważył, że dziewczyna energicznie kiwa głową. Westchnął ciężko. Dlaczego ona nie może być normalna? Co to za jakieś napady? - Studenci których uczelni najczęściej pojawiają się w przygotowanych przez Ciebie materiałach?
- Medyczny, Politechnika i Humanistyczny.
- Jakoś mnie to nie dziwi. - westchnął Maks. - Który jednak prowadzi?
- Human.
- Anglistyka czy filozofia?
- Idą łeb w łeb.
- Nie dziwi mnie to jakoś szczególnie. - zaśmiał się Stonka. - Tym bardziej, że sama jesteś po anglistyce, prawda Wera?
- Z przygotowaniem pedagogicznym. - dziewczyna dumnie wypięła to swoje C. - Mogę uczyć dzieci angielskiego w podstawówce.
- Może lepiej nie? - zaproponował nieśmiało Maks. Jego uwaga została jednak zignorowana.
- Jest plan, Wera. Za trzy dni studenci kończą ferie i zjeżdżają do swoich rozkosznych akademików. Czy byłabyś w stanie wkręcić się na listę kursantów i zakwaterować się w jednym ze studenckich domów?
- Spróbuję. Może szefciu pomoże? - wyszczerzyła się. Maks stwierdził, że dawno nikt go tak nie wkurzał.
            Weronika zamrugała kilka razy i bez pożegnania wyszła z pomieszczenia. Thorson odprowadził ją wzrokiem.
- Wiedz chłopie, że kibicuję ci, byś znalazł wreszcie normalną laskę. - Stonka poczuł klepnięcie między łopatkami. Obrócił się do swojego partnera. Szczerą gębę miał ten dzieciak.
            Pokuśtykał się do szafki, skąd wyjął nieskalaną naklejką z akcyzą butelkę, efekt współpracy z toksykologami, a raczej z jednym z nich, bimbrownikiem z powołania. Radecki znał się na rzeczy. Wracając do biurka, przy którym siedział Klimkiewicz, Thorson jakby się zatoczył i poleciał na drzwi. Celowo. Szybkim ruchem przekręcił zamek, po czym ruszył w stronę kolegi.
- Włącz głośno jakiegoś Vivaldiego, Mozarta, czy cokolwiek, co nie wzbudzi podejrzeń.
- Po co? - Maks spojrzał prosto w twarz Stonki. Z jego oczu ziała zimna determinacja.
- Bo zostajesz na noc w pracy.
- Chcesz ze mną chlać?
- Przeanalizujemy materiały, ale pozwól, że najpierw Ci coś opowiem.

Koniec części 1. Ciąg dalszy nastąpi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.