niedziela, 3 maja 2015

... bo ja jestem Szczurem Wrocławia. Upiorno, upiorno, upiorno, upiornie!

Zdjęcie zrobione przez Anitę Roszuk, która ładnie rysuje.
Majówka i radosne rozluźnienie niestety dobiegają już końca, czas zatem usystematyzować wspomnienia i opowiedzieć Wam o spotkaniu autorskim z Robertem J. Szmidtem, które było elementem trasy promującej "Chaos", pierwszy tom serii "Szczury Wrocławia". Uśmiecham się do Was przekonująco, bardzo żywo. Zdjęcie nie pochodzi z imprezy promującej książkę, lecz z Warszawskich Targów Książki 2014, ale idealnie wpasowuje się w klimat. Zgadnijcie, dlaczego akurat z tej fotki szczerzę się do Was również z podstrony oficjalnej witryny szczurywroclawia.pl?

Wrocław 1963...

W mieście wybucha ostatnia (dane na rok 2015) w Polsce epidemia ospy prawdziwej. Spośród dziewięćdziesięciu dziewięciu chorych siedmioro zmarło (wśród tej siódemki czworo należało do służb medycznych). Sparaliżowane miasto zostało na kilka tygodni odcięte od świata kordonem sanitarnym.
W połowie lipca doktor Bogumił Arendzikowski, ojciec chrzestny Roberta J. Szmidta, diagnozuje chorobę, analizując przypadki pod kątem epidemiologicznym.
W połowie września kwarantanna zostaje zakończona. Uznaje się, że epidemia wygasła.

... i Wrocław 1963...

Dziewiąty sierpnia, niewiele przed godziną dwudziestą, izolatorium przy ulicy Kiełcowskiej.
To miał być kolejny, zwykły i normalny wieczór. Patryk Mielech, funkcjonariusz odpowiadający za porządek w peryferyjnym izolatorium martwił się, że Agnieszka Krokowicz już za dwa dni zupełnie zniknie z jego życia. Kobieta podlegała kwarantannie, ponieważ miała kontakt bezpośredni z tak zwanym "pacjentem zero", gdy wykonywała swoje pielęgniarskie obowiązki.
Ten wieczór jednak nie był normalny. Najpierw z okna budynku numer pięć wypadła siostra Ina Młocicka. Mimo uszkodzeń ciała wciąż mogła stanąć na nogach i powoli ruszyć przed siebie.
Zszokowani bohaterowie nie wiedzieli, że to dopiero początek epidemii...

Spełnienie marzeń wielu. Edycja kolekcjonerska prawie w komplecie. Na
odwrocie plakatu grafika z bijącym zombie ZOMOwcem, w pudełku oficjalny
akt zgonu mojego "alter".
Książka "Szczury Wrocławia: Chaos" ukazała się na rynku dwudziestego drugiego kwietnia, jednak już wcześniej obrosła kultem. Stało się to za sprawą postaci, które miały na kartach tej powieści się pojawić i... zginąć.
Pamiętacie deklarację George'a R. R. Martina, że za określoną kwotę uśmierci dwoje ludzi spośród czytelników sagi "Pieśń Lodu i Ognia"? Robert J. Szmidt poszedł o wiele dalej. Założył na facebooku profil "Szczury Wrocławia" i spośród osób dających "łapki w górę" typował swoje potencjalne ofiary, zaglądał na ich profile i wpasowywał je w akcję powieści. W ten sposób znalazłam się tam także i ja, choć nie sądzę, bym stała się przez ten występ celebrytką. W chwili pisania tych słów jestem już w połowie książki i swoje personalia ujrzałam trzy razy w niewielkim odstępie od siebie. Tylko że czekałam na chwilę, gdy przeczytam o postaci, która nazywa się tak samo jak ja, która jest dość drobna (cicho, szydercy!) i... Dobra, nie powiem.



Nie wyczekiwałam premiery książki. Wiedziałam doskonale, że wtedy jeszcze nie dostanę jej w swoje drżące z podekscytowania łapki. Owszem, walczyły we mnie dwie siły. Jedna chciała zamówić kuriera i dostać tę książkę już przed premierą, jak zrobiło to wielu wybrańców z utworzonej na potrzeby komunikacji grupy Szczury Wrocławia. Druga siła natomiast uparła się, że odbiorę swój pakiet tydzień po premierze, na oficjalnym spotkaniu Roberta Szmidta z fanami w warszawskim Empiku Juniorze. Druga frakcja wygrała, ten pragmatyzm.

Z Anitą w niezbyt świeżym wydaniu. Zdjęcie użyte
za zgodą autora bloga
Książki w pajęczynie.
Nadszedł ten dzień. Środa. Wierciłam się na zajęciach niemiłosiernie, po nich podskoczyłam po Anitę (tak, bardzo ładnie rysuje. Sami zobaczcie i pokochajcie jej prace), chwyciłam pomalowaną wcześniej na tę okazję koszulę, zapakowałam kosmetyki i ruszyłyśmy do Juniora, by tam się ucharakteryzować. Pogderam: nie lubię wyróżniać się za długo w tłumie, dlatego też makijaż robiłyśmy na miejscu.

To może wydawać się zdumiewające, że mimo wyglądu zombie (Szczurek i Wanna be Szczurek), udało nam się przemknąć przez całe piętro praktycznie niezauważonymi. Zombie odblokowały skill ninja, ukrycie między półkami, ludzie w Warszawie natomiast jakoś na boki się nie rozglądają. Tylko jeden odwiedzający uśmiechnął się na nasz widok i dopytał o przyczynę takiego wyglądu. Dowiedział się, że za kilkanaście minut miało odbyć się spotkanie z Robertem J. Szmidtem, "seryjnym mordercą, jak pewnie teraz pisarz ten będzie w niektórych kręgach określany.

Na zegarku dochodziła dziewiętnasta, krzątające się Szczury odebrały już swoje egzemplarze, chętni zebrali pamiątkowe wpisy do swoich egzemplarzy kolekcjonerskich i usadowili się na miejscach. Fani klimatów postapokaliptycznych mogli przyuważyć na widowni Bartosza Biedrzyckiego, autora "Komleksu 7215", czy Marcina Podlewskiego (o jego "Szklanej górze - ponurych baśniach" będę Wam chciała pogadać, jeno muszę odświeżyć tekst). Wokół sceny zebrał się niewielki tłumek fanów pisarza oraz - wydawałoby się - przypadkowych przechodniów, którzy przystanęli na chwilę, by posłuchać o tajemniczej epidemii z Wrocławia 1963, która pochłonęła w pierwszym tomie około 220 prawdziwych postaci. Przyczyny choroby nie są znane i prawdopodobnie zdradzone nie zostaną. Wiadomo natomiast, że zaraza rozprzestrzenia się przez choćby najmniejszy kontakt powierzchni zakażonej z krwią ludzką - czyli niekoniecznie delikwent musi zostać ugryziony. Wystarczy, że zostanie choćby zadrapany przez nieumarłego i już sam może czuć się zaliczony w ten poczet.

Robert J. Szmidt z egzemplarzami kolekcjonerskimi.
Zdjęcie autorstwa Mariusza z bloga
Książki w pajęczynie.
Szczury Wrocławia, kim oni są? Sam autor wyjaśnia, że jest kilka możliwości interpretacji tego tytułu i zadanie to pozostawia czytelnikowi. Żartobliwie pisarz zaczął od szalejących obecnie we Wrocławiu szczurów-zwierząt, które są prawdziwym problemem dla mieszkańców miasta. Zaproponował również spojrzenie na bohaterów, którzy przetrwali wybuch epidemii i teraz starają się przedrzeć przez ulice zainfekowanego miasta i jakoś przetrwać. Szczurem może być również każda postać, która pojawiła się w książce i niekoniecznie pozostała przy życiu. 
Do wyboru, do koloru.

Uniwersum "Szczurów Wrocławia" ma się rozrastać. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o planowanym tomie 1,5 "Szczurów...", który ma stać się prologiem do "dwójki". W "Chaosie" wydrukowano również opowiadanie "Horda" Artura "Dzikowego" Olchowego. Robert Szmidt podkreśla, że pomimo posuchy wśród czasopism tematycznych na rynku ("Science Fiction, Fantasy i Horror" nie jest już wydawany) wciąż odnajdują się ludzie utalentowani literacko, którzy nie mają za bardzo jak wystartować. Dlatego też bardzo możliwe, że do następnych jego książek dołączane będą też opowiadania autorów mniej popularnych lub dopiero zaczynających swoją przygodę z literaturą. Jest to ogromny ukłon w stronę fanów. Pamiętam, że kiedyś Jakub Ćwiek wyszedł z podobną inicjatywą, zapowiadał konkursy, w których nagrodą miało być opublikowanie opowieści zwycięzcy w którejś z wypuszczanych książek (przyznaję się, że nie pamiętam już, czy chodziło o serię "Dreszcz", czy też "Chłopcy". Działo się to w czasach, gdy o wskrzeszaniu "Kłamcy" nie gadał nikt). Do tego jednak nie doszło.

Obecne na spotkaniu Szczury i ich "tatuś".
Zdjęcie autorstwa Mariusza z bloga
Książki w pajęczynie.
W trakcie spotkania autorskiego prowadząca Dominika Węcławek, również bohaterka literacka, została zaatakowana przez jedną z pojawiających się w książce dziewczyn.
Po zakończeniu części oficjalnej w Empiku grupa w białych koszulkach oraz wszyscy chętni przemaszerowali za "Ojcem Zzombicielem" (w trakcie spotkania i przed nim pojawiały się różne przydomki, ale najlepsze chyba było hasło Mariusza "chodźmy za tatusiem!") na "patelnię". Dla niewiedzących: tak zwyczajowo nazywa się w Warszawie plac przy wejściu do stacji Metro Centrum. Nie ma w tym nic obraźliwego.
Po sesji na tle bilbordu reklamującego "Szczury Wrocławia" udaliśmy się do Paradoxu, gdzie czas upływał nam miło na wymianie poglądów, grze w Cards against humanity, kolejnych zdjęciach. Każdy, kto miał taką ochotę, mógł się wpisać do specjalnego wydania "Koloru magii" sir Terry'ego Pratchetta, które zostanie przesłane rodzinie zmarłego autora.
Zapominalskim, a przebywającym w Warszawie pragnę przypomnieć, że jutro jest ostatni dzień, by złożyć hołd Mistrzowi. Pamiętajcie, Paradox Cafe przy Anielewicza 2, wpisy do czwartego maja.

Pragnę podziękować Mariuszowi z bloga Książki w Pajęczynie za udostępnienie mi zdjęć z wydarzenia.
Zajrzyjcie do niego na stronę, jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądała impreza promująca "Szczury Wrocławia".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.