poniedziałek, 15 czerwca 2015

Tak po książkowemu nie mogę sobie wyobrazić, że...

"Fap-page" (celowy błąd) już nie istnieje, ale...
Kiedyś Stanisław Lem stwierdził, że dopóki nie skorzystał z internetu, nie był świadomy, że na świecie znajduje się tylu idiotów. Sama nauczyłam się od ludzkości - jako od ogółu - wymagać mało, bo zbyt wiele razy dawałam kredyt zaufania i boleśnie przekonywałam się, że nie warto. Miałam jednak nadzieję, że ta statystyczna polska mniejszość, ta czytająca książki, nie zalicza się do grupy ludzi, hmm, jakby to dyplomatycznie powiedzieć, inteligentnej inaczej. Zatem zaczęłam radośnie blogować, uczęszczać w spotkaniach autorskich, wszelkich targach książki i imprezach kulturalnych, a także weszłam do kilku grup facebookowych o nazwach brzmiących niewinnie i niepozornie. Ot, taka "Książki moja miłość". Z pozoru grupka jak każda inna, w rzeczywistości otchłań, której poziom można porównać z blogereczkowymi "OBS za OBS". Dlaczego? Pozwólcie, że Wam wyjaśnię.

"Bo ja czytam książki i nie mogę sobie wyobrazić, że moi znajomi ich nie czytają!"

Przytulony z tej strony.
Ten argument pojawia się w "światłych" dyskusjach regularnie. Pada z ust przedstawicieli obojga płci, ludzi w różnym wieku, których dzieli praktycznie wszystko, ale łączy jedno - książki. Ci sami ludzie są gotowi rozrywać na piersiach koszuliny, by udowodnić światu, że dzięki lekturze ich świat wewnętrzny jest bogaty, a jednak z wyobraźnią problem.
Bo co robi człowiek, który po książki nie sięga? Z pewnością pije, pali, gwałci, rabuje, albo po prostu jest pustakiem i intelektualnym dnem. Łatwo sobie wyobrazić bezimiennego żulka sępiącego pod delikatesami o dwa złote, ale już trudno uwierzyć, że ten pan w garniturze, co właśnie zaparkował Mustanga pod naszym blokiem, sięga co najwyżej po menu w wykwintnej restauracji. A przecież na kilometr czuć, że ten drugi jest z "wyższej sfery", budzi szacunek. Więc on musi czytać! 
Nic bardziej mylnego. Wśród znajomych mam takich, którzy świadomie deklarują, że książek po prostu nie czytają. I wiecie co robią? No chyba Was zaskoczę.
Zajmują się rzeczami, o których większość "mości jaśnie oświeconych" czyta. Są mistrzami w swoim fachu, realizują się zawodowo, mają inne pasje. Niektórzy komponują, inni rysują przepiękne portrety, ktoś inny natomiast piecze przepyszne ciasta.
Zastanawiam się zatem jak to jest z tą wyobraźnią, bo chyba ona jakaś wybiórcza. Według logiki wspomnianych przeze mnie czytaczy mogę sobie wyobrazić, że lecę na smoku, albo patatajam na jednorożcu po tęczy, ale nie mogę zaakceptować, że na tym świecie jest ktoś, kto ma inne spojrzenie na życie i stara się je przeżyć po swojemu? No brawo, "elito intelektualna". Chyba jednak robicie coś źle.

"Wypożyczyłam kubek kawy, niema w bibliotece, mata pdfa?"

W której bibliotece wypożyczają kubki? I z jaką kawą?

Mówią, że książki uczą języka. Przynajmniej takie kity wciskano mi od czasów niepamiętnych. Podobno czytelnik w trakcie lektury sam, bez większego wysiłku umysłowego, przyswaja sobie gramatykę, ortografię i interpunkcję. Sam Stephen King radzi każdemu piszącemu, by więcej czytał, niż pisał. I chociaż ta rada dotyczy tych, którzy myślą o związaniu swego życia zawodowego z literaturą, przełożyłabym ją także na grunt prywatny. Czytasz? To w takim razie wypowiadaj się jak osoba czytająca, a nie jak typ mamusi, co regularnie dostarcza materiałów na stronę Beka z mamuś na forach (wiecie: Brajanki, Dżejziki i zdjęcia kupek na fejsika, bo "Szlachta nie pracuje").

W tej chwili naszła mnie pewna smutna refleksja na temat "pisarzy" wydających swoje teksty w firmach "wydających ze współfinansowaniem", ale to mała dygresja. Pragnę wrócić do czytelników.
Mogłabym zarzucać Was zrzutami ekranowymi przedstawiającymi przykłady "języka czytelnika", chyba nawet u części wywołałabym tym zawroty głowy. Zapewne zaraz bym po uszach dostała, że lwia część tych czytelników ma dysleksję i nie wolno mi przecież dokuczać tym, którzy mają orzeczenie z poradni. 
Z bulu i nadzieji adoptowany.
 Orzeczenie. Wiecie co? To mnie irytuje. Za często spotykam się z przykładami ludzi traktujących ten świstek jak zwykłą tarczę. Pani nauczycielka nie ma prawa wymagać od dziecka poprawnego zapisania pięcioliterowego wyrazu, bo dziecko ma dysleksję orzeczoną, a matka pręży dumnie swą miseczkę i gotowa jest skoczyć do oczu, że Dżejsika (sorry) i tak ma do następnej klasy przejść, a jak czegoś nie umie, to wina tylko i wyłącznie nauczycielki, bo mości rodzicielka wysyła dziecko do szkoły po to, by mieć czas na ploty z przyjaciółeczkami, tak samo pozbywającymi się swoich pociech. A orzeczenie jest wymówką. Po co pracować z potomstwem? Niech znika i nie przeszkadza w malowaniu paznokci. Machnięte w afekcie, urodzone, teraz karmione i ubierane, ale po co uwagę poświęcać? Po szkole ma gry na kompie i niech w nie tłucze, byleby cicho było.
Chciałabym przeginać w tym momencie, och jak bym chciała. Tylko że to zjawisko zaobserwowałam sama. Nie jest to kolejna miejska legenda.
Powyższa historyjka przychodzi mi czasem na myśl, gdy widzę wszelakie "niema w bibliotece", co ma oznaczać, że czegoś jest brak, a nie, że pani bibliotekarka nie mówi. Zwróć uwagę, już dostaniesz jadem od rodowitych, dumnych użytkowników języka polskiego. Oni zapewne też mają orzeczenie, ale nie traktują go jako potwierdzenia, że na niektóre aspekty muszą kłaść większy nacisk. Orzeczenie to ściana, mur. 

W sumie nie pamiętam gdzie znalazłam akurat tę grafikę. Google mówi, że tu.
"Wymiana pdfami". Tak, o tym można pisać wręcz poematy. Oczywiście, książki typu "Gwiazd naszych wina" lub innej, popularnej obecnie pozycji "niema" w bibliotece, "niema" w sprzedaży regularnej, więc trzeba szukać na gryzoniach, ale tam też "niema", więc może by tak spytać o to na facebookowej grupie ludzi podobno kochających książki. Kochajom, to majom. Po co inwestować 40 złotych w nową lub około połowę tej ceny w używaną? Lepiej ukraść.
Bo co z tego, że ktoś musiał poświęcić czas, by tę książkę napisać, ktoś ją musiał zredagować, ktoś inny znowu wydać, a może i nawet przetłumaczyć na inny język? Przecież im nie ubędzie, gdy jakaś "ambitna" persona, która wszakże "przeczytać musi, bo się udusi", podkradnie jeden egzemplarz i będzie rozpowszechniać to dalej?
Wiem, ciężko przełożyć to na realia życia przykładowej nastolatki, czy siedzącej na macierzyńskim kobieciny (ostatnimi czasy właśnie przedstawicielki tych dwóch grup rzucały mi się w oczy). Wątpię, by argument "wymyśliłaś jakiś fajny patent na makijaż, a tymczasem stado babsztyli go kopiuje" zadziałał. W sumie kalekie to.
Ale wyobraźcie sobie, że gotujecie obiad. Za ten posiłek macie otrzymać wynagrodzenie. Zatem ugotowaliście, wyszliście na chwilę z kuchni, a tu ubyła połowa, oczywiście kasy brak. Miło, co nie? Oczywiście "niema" problemu. Jak to było z tym Kalim i krową?

Powoli zaczęłam się wycofywać z aktywności internetowej. Mniej dyskutuję na wszelakich grupach, czy forach, bo zdałam sobie sprawę z bardzo przykrej prawdy: niepotrzebnie szarpię sobie nerwy i uszkadzam i tak już słabe paznokcie na klawiaturze. Kiedyś chciałam zmienić świat, potem zdałam sobie sprawę, że patykiem rzeki nie zawrócę.
Znalazłam natomiast kolejną grupę, która utwierdza mnie w przekonaniu, że nie warto się z nią identyfikować w całości. Wiem, są normalni czytelnicy książek, takich znam i lubię, ale niestety częściej napotykam na przykłady "oświeconych i dajta pdfa". Kiedyś wywoływało to bunt, teraz większość jestem w stanie ominąć, nie skomentować. Zastanawia mnie natomiast gdzie na grupach typu "Książki moja miłość" jest administrator? Dlaczego pozwala na "wymiany" ebookami?
Nie odpowiem, bo logicznej prawdy na tę okoliczność "niemam". Może Wy mi podpowiecie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.