wtorek, 13 października 2015

Marsjanin - kolejna samotność długodystansowca?

Jakiś czas temu pewien sympatyczny człowiek zapatrzony w niebo podarował mi egzemplarz "Marsjanina" na Gwiazdkę. Sam przerobił już tę książkę w oryginale w audiobooku i wyniósł z tego mnóstwo pozytywnych wspomnień.
Jednak jak to zazwyczaj bywa, przygnieciona masą innych obowiązków, odłożyłam powieść Andy'ego Weira na stosik i przysypałam masą innych pozycji z sygnaturą "pewnego dnia to przeczytam".
Ale pewien dzień się zbliżał wielkimi krokami i może nie został obwieszczony majestatycznym "budum-budum", wystarczyło "bo wiesz, że idziemy do kina i będę ci gderał, że tak nie było w książce?". Ot, taka zawoalowana groźba. Groźba stała się o wiele bardziej realna, gdy na facebookowym profilu wydawnictwa Akurat wygrałam podwójną wejściówkę na przedpremierowy pokaz filmu. Ot, stało się. Wystarczyła "Samotność długodystansowca".
Miałam przesrane.

Ok, zdecydowanie bardziej przesrane miał główny bohater książki, Mark Watney, inżynier i botanik. Brał udział w ekspedycji na Marsa, która z założenia miała trwać 31 soli, czyli dób marsjańskich. Coś jednak poszło nie tak już w solu szóstym. Gwałtowne burze piaskowe zagrażały bezpieczeństwu misji, dlatego też dowódczyni  wydała rozkaz odwrotu na MAVa (rakiety mającej zabrać astronautów na oczekujący ich w przestrzeni statek Hermes). W trakcie takiej burzy Mark oberwał elementem anteny.
Pamięta niewiele. Próbującą ją złapać Johanssen.
Na Marsie obudził się sam. Z przebitym skafandrem, w którym dziurę załatał element anteny i krew. Myślał, że tu ma umrzeć, ale postanowił się nie poddawać.
Zdany sam na siebie rozpoczął realizację planu skontaktowania się z Ziemią i przetrwania do czasu, kiedy jakakolwiek pomoc z Błękitnej Planety może okazać się możliwa. Dzięki wiedzy o hodowli roślin zaczyna uprawę pierwszej marsjańskiej plantacji ziemniaków - z kartofli przywiezionych z myślą o uroczystym obiedzie z okazji Święta Dziękczynienia.

Jaki jest Mark? Silny. To przede wszystkim. Gdy sytuacja zaczyna się robić beznadziejna, on wciąż się nie poddaje. Przez sporą część książki uważa, że będzie pierwszym człowiekiem, który umrze na Marsie i jego zwłoki nigdy się nie rozłożą. Zostanie na wieki. Mark Watney, pierwszy botanik na Czerwonej Planecie.
Siła objawia się również w innym aspekcie - jak wytrzymać disco i tylko disco? Takie radosne boogie, Staying alive... Każdy normalny by zwariował. Tylko że zamiast współczuć Markowi pendrive'ów ze starymi serialami i utworami z minionej epoki (sama w dzieciństwie byłam katowana "jedyną i słuszną muzyką" - tą z okresu młodości moich rodziców), śmiałam się do rozpuku. Po prostu. Bo nie sposób przy tekstach bohatera się nie śmiać. Szczególnie, że czytelnik poznaje Marsa dzięki oczom Marka - w większości książka pisana jest z jego perspektywy.

Nic dziwnego, że "Marsjanin" przypomniał mi o książce z rodzimego podwórka - "Samotności Anioła Zagłady" Roberta Szmidta (poszło ładne wznowienie z Rebisu. Miałam w łapkach. Ok, koniec reklamy). Pamiętacie Adama, który po katastrofie nuklearnej wyrusza w podróż przez USA? Mężczyzna był pozostawiony sam sobie, zupełnie jak Mark. Jednak Adam nie miał świadomości, że gdzieś daleko żyje ktoś. Nie logował się regularnie, by przekazać potomnym wieść o swoim istnieniu - bo i komu by przekazywać?

Książkę czytałam pod presją czasu. Chłopię gderało mi, że zabierze mnie do kina na "Marsjanina" z Mattem Damonem i będzie sypał tekstami typu "tego nie było w książce, a to było lepsze". Zaparłam się, przeczytałam, wzruszyłam się niemiłosiernie (rozklejam się przy dobrych historiach) i pełna chęci wzięłam udział w konkursie wydawnictwa Akurat. Udało się upolować dwie wejściówki na pokaz przedpremierowy i...

... książka była lepsza.
Mało kiedy wrzucam memy, ale jeśli wrzucam, to stąd.
Film miał swoje momenty, ale Matt Damon o wiele bardziej mi się widzi jako rockowy wokalista przekonujący, że "Scotty nie wie, że Fiona i on...". Nie przekonały mnie dodane sceny, nie przekonały mnie postacie. Ok, to miał być pełnometrażowy film, a nie serial, ale oberwało się każdej z postaci z osobna - były płytkie.
Ale by nie było, że narzekam - efekty były naprawdę dobre, a widoki przepiękne. I przetłumacz niektórym Amerykanom, że to się nie działo naprawdę...
"Marsjanin" w wersji kinowej się broni - jako produkt, który można traktować jako coś oddzielnego od książki, jakaś historia poboczna. Polecam jednak zapoznać się z obydwoma i porównać.

Marsjanin

autor: Andy Weir
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 2014

moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję Tygrzykowi.

1 komentarz:

  1. Nigdy nie spotkałam się z tym, by film był taki dobry, jak książka, a co dopiero lepszy. Historie ludzi pozostawionych sobie dotykają naszej duszy, bo dla nas jest nie do pomyślenia, by aż tak walczyć o własne życie.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło jeśli pozostawisz po sobie ślad.
Pamiętaj, że komentarze będące spamem lub obrażające innych będą kasowane.

Informuję iż teksty (nie będące odpowiednio odznaczonymi cytatami z książek) oraz rysunki/ komiksy zamieszczane na tym blogu są moją własnością.
Okładki książek i komiksów pochodzą z serwisu lubimyczytac.pl .
Kopiowanie i/ lub przerabianie, przeredagowywanie tekstów bez mojej wiedzy i zgody jest zabronione.